Budyń78 Budyń78
57
BLOG

Traktat, pośpiech i wielkie słowa

Budyń78 Budyń78 Polityka Obserwuj notkę 17

Motto:

Nie marnujmy źródeł ognia, ani sił na budowę barykad

Z których nigdy nie padną strzały i nie zabrzmi piosenka o wolności

(Guernica Y Luno)

O sprawie Traktatu Reformującego trudno jest pisać. Trudno dlatego, że każdy ma zdanie wyrobione i pełne sądów ostatecznych. Gdy pełno słów o zdradzie, szansie, utracie niepodległości i dziejowej konieczności, niewielkie są szanse na przekonanie kogokolwiek. Swoje przemyślenia na temat traktatu zacznę od przyznania się, że nie opuszczając żadnych wyborów samorządowych, parlamentarnych i prezydenckich, a także referendum konstytucyjnego, całkowicie świadomie zrezygnowałem z wzięcia udziału w referendum w sprawie naszego członkostwa w UE. Znając liczne argumenty zarówno za, jak i przeciw, wolałem pozostać w domu, nie będąc do końca przekonanym do racji żadnej ze stron. Inaczej jest w sprawie eurokonstytucji, zarówno w jej pierwotnym wcieleniu, jak i jako eurotraktatu. Jestem przeciwny przyjęciu przez nas tego dokumentu, zaś zgodę na niego w formie, do której dąży PO (rezygnacja z uzyskanych wcześniej koncesji na rzecz resztek suwerenności) uważam za posunięcie fatalne w skutkach, lecz będące niestety zwieńczeniem antypatriotycznej retoryki Donalda Tuska. Jednakże daleki jestem od wznoszenia wraz z wieloma bliskimi mi ideowo prawicowymi blogerami okrzyków o hańbie i zdradzie, zwłaszcza ze strony prezydenta i PiS. Już wyjaśniam, dlaczego.

Pisałem już w komentarzu do tekstu Kisiela[1], którego ten tekst jest bardzo obszernym rozwinięciem, a także wcześniej, na forum internetowym, że, niezależnie od naszego bezkompromisowego stanowiska, większość Polaków ma ochotę na ten ogólnonarodowy masochistyczny eksperyment. Nie ma się co pocieszać wynikami łatwych do zmanipulowania w każdą stronę sondaży, nad którymi równie dzielnie pracują najemnicy medialnych koncernów, jak eurosceptycy, skrzykujący się na blogach i forach. I choć czasem tym drugim uda się uzyskać przewagę, nie ma się co łudzić – referendum, tak upragnione przez większość przeciwników traktatu, skończyłoby się ich dotkliwą porażką. Słowa w Polsce potaniały w ostatnich latach bardziej, niż dolar. Polak słysząc o zdradzie ziewa, słysząc o hańbie zaś nerwowo szuka pilota. I choćby tym razem te słowa były całkowicie uprawnione, Polak nie będzie chciał ich słuchać. A nawet jeżeli posłucha, zaraz jego największe autorytety pokierują go na dobrą drogę. Gdy to samo powiedzą Polakowi premier Tusk, biskup Dziwisz i Doda Elektroda, ten uwierzy z łatwością, że zgoda na przyjęcie napisanego niezrozumiałym językiem dokumentu, którego nie czytał w całości, jest najlepszym, co może spotkać jego, jego dzieci i wnuki. Jeżeli ktoś ma jakiekolwiek wątpliwości, niech przypomni sobie, jakich wyborów dokonywali Polacy przez ostatnie lata i kto (z nielicznymi wyjątkami) cieszył się ich największym zaufaniem.

W obecnych realiach nie istnieje możliwość nieprzyjęcia traktatu. W sytuacji, gdy popiera go większość społeczeństwa, nie znajdzie się żaden ważny polityk (polityk, nie gwiazda Internetu z grupą wiernych fanów, z całym szacunkiem), który powie „Nie”. Gdy Jarosław Kaczyński zaczął utrudniać ratyfikację, spotkał się z miażdżącą krytyką nawet ze strony resztki przyjaznych mu mediów („Wprost”, „Rzepa”), zaś u eurosceptyków zaufania nie zyskał za grosz. Podobnie z prezydentem. Stąd w obecnym momencie Kaczyńskim walka z traktatem się nie opłaca, bo wpycha ich w ramiona osób, które już dawno w tych ramionach widzieć ich nie chcą, z drugiej strony jest walką z większością otumanionego przez wyjątkowo jednomyślną w tej sprawie propagandę społeczeństwa. Prezydent reprezentuje naród, a czego naród chce, już niestety wiemy, i nie jest to, czego chcielibyśmy my. Prezydent też zapewne tego nie chce, ale nie będzie szedł na wojnę z narodem, mając już i tak wystarczająco wiele otwartych frontów. Bardziej opłaca mu się grać rolę trochę miotającego się, a trochę naiwnego strażaka gaszącego bardziej widowiskowy, niż naprawdę groźny pożar z podrzuconym mu przez brata z koktajlem Mołotowa w kieszeni. I patrzeć na rozwój wypadków, bo wbrew patetycznej jeremiadzie, nie wszystko jeszcze stracone.

W całej tej sytuacji bowiem pozostaje nam czekać na moment, gdy ludzie będą mogli odczuć negatywne skutki Traktatu Reformującego. A czekanie wcale nie musi trwać długo. Głównym argumentem przeciwko naszemu wejściu do UE, a później przeciw naszej w niej obecności, był fakt, że Unia jest socjalistycznym potworkiem bez racji bytu. Ten argument nie tylko nie stracił na aktualności, ale zyskał na znaczeniu w momencie pojawienia się antyliberalnych zapisów Karty Praw. Nawet dziś Mikev pisze na swoim blogu:

Cokolwiek by o Unii nie powiedzieć jest ona tworem szalenie kruchym, do tego z socjalistyczną, znajdującą się w permanentnym kryzysie gospodarką. Taki polityczny twór po prostu się nie rozwija. W najlepszym przypadku jest pogrążony w stagnacji. Najmniejszy wstrząs może doprowadzić do upadku całej organizacji, z którego już się nie podniesie.

Dlatego moim zdaniem Unia Europejska nie przetrwa zbyt długo. Powodem są zbyt duże różnice w interesach narodowych państw członkowskich. Łatwo zaobserwować nieustanne dążenie Niemiec do uzyskania pozycji hegemona, co wyraźnie nie podoba się Francji i Wielkiej Brytanii. Te państwo już podejmują kroki w celu osłabienia wpływów Niemiec. Wydawałoby się, że wraz z pogłębiającą się integracją interesy narodowe powinny słabnąć. Sprawy mają się dokładnie odwrotnie. Nie da się pogodzić odwiecznych sprzeczności. Unia Europejska faworyzuje większe państwa stąd naturalne stają się dążenia do samodzielnej dominacji. Ta zaś nie sprzyja stabilności politycznej.[2]

Tak więc można mieć nadzieję, że UE albo się rozsypie, albo też w pewnym momencie będzie musiała przejść na pozycje łatwiejsze dla nas (szeroko pojętej prawicy) do zaakceptowania. A nawet jeśli nie, to łatwiej będzie podjąć kroki rozluźniające, bądź zrywające nasze więzi z Unią, gdy wśród Polaków pojawi się niezadowolenie z jej funkcjonowania. Obecnie eurosceptycy są niestety niewielką grupą, zajmującą się głównie utwierdzaniem samej siebie w eurosceptycyzmie, z niewielką możliwością zdobywania nowych zwolenników. Jednak sytuacja zmieni się, gdy Unią zacznie wstrząsać nieunikniony, w świetle powyższego, kryzys. Wtedy zaś o wiele łatwiej będzie wywołać nastrone eurosceptyczne wobec niezainteresowanych dziś obywateli, przypominając, ze Traktat przyjęto ponad ich głowami, nie pytając o zdanie. Ludzie nie lubią bowiem przyznawać się do tego, że dali się wprowadzić w błąd i gdyby dziś dobrowolnie przyjęli dokument w referendum, choćby spełniały się najczarniejsze proroctwa o przyszłej dominacji Niemców i homoseksualistów, nie łączyliby tego z podjętą przez siebie decyzją. W momencie zaś, gdy traktat zostaje przyjęty na chybcika, wręcz „na chama”, ponad głowami i bez społecznych konsultacji, ludziom łatwiej będzie się przeciwko niemu obrócić, uznać za nieszczęście sprowadzone na nich przez polityków. Nie na darmo bowiem przysłowie mówi, ze co nagle, to po diable i właśnie ten dzisiejszy pośpiech w przypadku pierwszego poważnego kryzysu Unii się na dzisiejszych euroentuzjastach zemści.

 

PS. Normalnie staram się nie wrzucać dwóch notek w tak krótkim czasie, tym razem jednak stało się inaczej, więc zapraszam do lektury poprzedniego tekstu, umieszczonego wczoraj w dzień, traktującego o lewicy, niedojrzałości i kompleksach

Budyń78
O mnie Budyń78

https://twitter.com/karnkowski

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (17)

Inne tematy w dziale Polityka