38
BLOG
O bojkocie powiedziano już wszystko. Jest śmieszny, więc trzeba o nim pisać, jest bez znaczenia, więc należy poświęcać mu uwagę. Pozostaje podziękować wszystkim za uczestnictwo i reklamę. Z nielicznymi wyjątkami nie widzę szansy na dyskusję z przeciwnikami bojkotu, a nie widzę jej dlatego, że osoby te z reguły dostrzegły tam coś, czego w ogóle tam nie było i obawiam się, że jest to częściej zła wola niż zwykłe niezrozumienie tekstu. Dodatkowo sprawę utrudnia fakt, że wbrew opinii większości krytyków nie istnieje żaden jednolity „zakon czcicieli JarKacza” i zapewne ilu uczestników akcji, tyle jej wizji i rozumienia. Zapewne każdy napisałby apel trochę inaczej, poprzesuwał akcenty i niuanse. Jednak nie pora była w to grzęznąć, ponieważ każdy z nas miał świadomość, że jest to pierwszy krok. Dla nas miał on duże znaczenie, choćby właśnie takie, że był – miejmy nadzieję – początkiem czegoś większego. W przypadku rzeczy ważnych z reguły pierwsze kroki jeszcze nie wskazują, do czego doprowadzi cała droga. Jednak histeryczne reakcje na tak drobne działanie wskazują, że kierunek jest dobry, zaś większość polemistów, z nieocenionym redaktorem Łukaszem Warzechą, dała nam impuls do dalszego działania. Ja sam bojkot rozumiem jako działanie raczej ekonomiczne, niż zrzekanie się dostępu do pewnych informacji i dyskusji. Ja po prostu nie zamierzam wydawać swoich realnych pieniędzy, które widzę i czuję w swojej kieszeni na finansowanie działalności wobec mnie wrogiej, a za taką uważam celowe wprowadzanie mnie w błąd, czy raczej jego próby, przez takie media jak Dziennik, czy też Gazeta. I do tego namawiam osoby, podzielające moje przekonania. O ile „GW” już dawno większość z nas nie kupuje, o tyle z „Dziennikiem” jest trochę inaczej – nie wszyscy czytelnicy równie szybko potrafią się przeorientować, co redaktorzy tej gadzinówki. Czasem jeszcze pojawi się tam coś (z reguły tekst Mazurka), co pozwoli dalej tkwić w złudzeniu co do „obiektywizmu” Dziennika. TVN 24 zaś, które kiedyś leciało u mnie w domu non stop (jeszcze w wakacje tak bywało), po prostu przestałem oglądać i już nawet nie odczuwam takiej potrzeby. Jeżeli chodzi o portale, to owszem czytam je, dzięki czemu udaje mi się pozostać w obiegu i śledzić na bieżąco, co też tym razem „Dziennik” wraz z „Faktem” przygotowały dla mas. Argument o reklamach w sieci nie trafia do mnie, co już tłumaczyłem u Rybitzkiego. Wystarczy minimalne działanie, by reklam po prostu nie widzieć. Wiedza na ten temat jest coraz powszechniejsza i za jakiś czas reklamodawcy dojdą wreszcie do tego, że reklama w sieci nie jest aż tak opłacalna, jak się to wydaje teraz. Zauważyłem też sympatyczną tendencję do machania jak pałką sprawą Tybetu. Część zwolenników bojkotu wcześniejsze akcje w sprawie Tybetu krytykowała, część poparła, jednak wszystkim tłumaczy się, że nie mają prawa do działania w sprawie mediów, gdyż wcześniej nie popierali inicjatyw dotyczących Tybetu. Tego, że argumenty ówczesnych obrońców rozmaitych akcji idealnie znoszą ich obecne zarzuty co do „nieskuteczności”, braku szans i znaczenia naszego bojkotu mediów – przeciwnicy nie widzą, ponieważ specjalizują się w widzeniu rzeczy, których nie ma (zakazu czytania prasy np.). Warto przypomnieć sobie antypisowską reklamówkę z ostatniej kampanii wyborczej, w której jedna osoba mówi, że jej głos nie ma znaczenia. Później dołącza się druga, aż okazuje się, że jest ich całkiem sporo i coś tam jednak razem mogą. Zabawne, ale kto mieczem wojuje, od miecza ginie, a ten filmik pasuje jak ulał do sytuacji sprzed trzech dni. I może dlatego tyle nerwowych i ośmieszających reakcji, bo jeszcze ktoś mógł tamtą reklamę społeczną zauważyć. Bo tu nie kilku blogerów, tylko kilkudziesięciu i pojawiają się, choć wolniej nowi, a można mieć nadzieję, że gdy pojawi się plan na dalsze działanie, wystarczająca grupa będzie gotowa go podchwycić. Przez pierwsze 12 godzin akcji w S24 2/3 wpisów stanowiły te zawierające apel, zaś duża część pozostałych była to dyskusja na jego temat. Wiele osób zaczęło pisać, ze chcemy doprowadzić do wykluczenia pewnych głosów z debaty, a wzywając do bojkotu niektórych tytułów odmawiamy im prawa do udziału w debacie publicznej. Ciekawym, czy wszystkie te osoby codziennie kupują „Nasz Dziennik”, a raz na tydzień „Gazetę Polską”, „Najwyższy Czas” i „Naszą Polskę” by poznawać argumenty i dbać o udział wszystkich poglądów w debacie. Mam wrażenie, że tak nie jest.


Komentarze
Pokaż komentarze (11)