Zanim zostaliśmy wcieleni do Unii E. (wiem – większość tak zdecydowała, bez mojej zgody) zdarzało mi się robić zakupy w sklepach internetowych w USA. Płatność kartą kredytową i za kilka dni listonosz przynosi paczkę. Podpis, dziękuję i miłego dnia.
Tydzień temu – taka sama transakcja, zapłata kartą i czekam na przesyłkę. No i co? Pstro. Dzisiaj przykra niespodzianka. Zamiast przesyłki – zawiadomienie z Poczty Polskiej. Przesyłka przyszła, a jakże, tyle, że leży w Oddziale Celnym a za towary o łącznej wartości ok. 130 USD (wraz z przesyłką) muszę zapłacić nie cło a podatek VAT 22%. Mało tego, muszę do Oddziału Celnego dostarczyć fakturę z kosztami transportu lub inny dokument stwierdzający wartość oraz potwierdzony bankowy dowód zapłaty + NIP + PESEL.
Zakup nie jest na firmę, jest na prywatną osobę, nie w celach handlowych. Ale jeśli chcę, żeby zakupiony towar dotarł do mnie, to muszę to wszystko co wyżej zrealizować. Faktura powinna być w środku, w paczce – nie wiem skąd im wezmę zanim dostanę paczkę (w poczcie mejlowej będzie jakiś ślad tej transakcji – może będą tak mili i zgodzą się to przyjąć). Bankowy dowód zapłaty – nie mam. Płatność kartą więc trzeba się pofatygować do banku (i pewnie zapłacić za jakiś papierek). Na szczęście numery NIP i PESEL mam pod ręką. Ale zawracanie głowy że….. kurwa mać.
Dodam tylko, że zakupiony towar to nie papierosy czy alkohol – wtedy jeszcze doliczyłoby się cło. Opisana przeze mnie droga czeka wszystkich, którzy kupią w sklepie internetowym gdzieś poza Unią np. książkę, aparat fotograficzny czy wodę toaletową. No chyba, że ktoś nie dopełni swoich obowiązków i jakaś poczta czy inny ups nie zgłosi przesyłki do odprawy celnej. Wtedy możecie uznać się za szczęściarzy.



Komentarze
Pokaż komentarze (17)