Blog
Watch my shoes
caster
caster programista, kreator niefortunnych momentów uniesień i straconych chwil
0 obserwujących 6 notek 3905 odsłon
caster, 7 czerwca 2009 r.

Anonimowość

Przechadzając się od publicysty do publicysty, i następnego i następnego, eksplorując wątki i komentarze do nich na salonie24, natrafiłem już po raz któryś na zagadnienie dotyczące anonimowości, jej plusów i minusów. Nic dziwnego, kwestia anonimowości w sieci, z racji ciągłej ekspansji internetu, nie może być niezauważona. To jasne. Postanowiłem więc również wypowiedzieć (wypisać) się na ten temat, by już więcej nie korciło mnie do komentowania każdego wątku związanego z anonimowością w sieci, na jaki trafię (a tych będzie pewnie jeszcze sporo).

Ciekawostką, przynajmniej dla mnie, jest fakt, że w znacznej większości wątków, artykułów, felietonów, czy jakkolwiek nazwać zamieszczaną na blogach twórczość, związanych z anonimowością, przewija się temat niejakiej Kataryny. Finalnie autor takiego wątku zmierza nie do opowiedzenia się za, lub przeciw anonimowości, ale dyskretnie określa się w kwestii za lub przeciw całej jako takiej afery dotyczącej Kataryny. Ja niestety zostanę przy zagadnieniu anonimowości, gdyż o sprawie Kataryny wiem praktycznie tyle co nic, gdzieś mi się coś tam przewinęło, przemignęło przed oczyma raz, czy dwa, ale jako że nie mam pojęcia o co chodzi, tym bardziej, jeśli ma to jakiekolwiek podłoże polityczne, zostawiam więc wszelkie Kataryny i inne gramofony i przechodzę do kwestii głównego tematu.

W moim odczuciu fakt, że we współczesnym Świecie nie jesteśmy anonimowi, ani w realu, ani w sieci, jest oczywisty i przyjęty przeze mnie za pewnik. Oczywiście od razu wspomnę, że należy w tym momencie ustalić umownie, że pojęcie anonimowość, jak też jej brak, jest względne. Jeśli to zrobimy, prościej będzie uświadomić sobie, że zakładając konto na blogu i nie podając imienia, nazwiska, ani adresu, nie jesteśmy anonimowi. Zawsze można namierzyć nasz komputer wirtualnie, geograficznie, sieć która udostępnia nam dostęp do internetu i wszystko inne potrzebne do tego, aby nas zidentyfikować. Oczywiście miliardy ludzi, którzy są przeciw odkrywaniu kart i nade wszystko cenią sobie prywatność, rozumianą przez nich poprzez anonimowość w sieci, mogą czuć się zupełnie bezpiecznie, ponieważ w sieci, jak to w życiu, żeby namierzyć osobę anonimowo wypisującą twory w sieci, potrzeba determinacji, pracy i czasu, co oczywiście nie zawsze idzie ze sobą w parze. Obawianie się o zdemaskowanie przez kogoś, na przykład administratora serwisu w sieci jest dla mnie przesadą i trochę histeryzowaniem. To tak, jakby przejmować się tym, że ktoś z pracowników naszej sieci komórkowej podsłucha wyrwane z kontekstu trzydzieści sekund rozmowy telefonicznej z miłością naszego życia, albo że któryś z pocztowców spędzi dwie godziny na uczenie się podrabiania Twojego podpisu odręcznego na kopercie, którym zasygnowałeś kopertę. Załóżmy, że ktoś obcy usłyszy Twoją rozmowę telefoniczną, w której mówisz o aspektach dotyczących seksu oralnego z Twoją dziewczyną, albo ktoś inny dowie się, że osoba, która na forum o swoim szefie napisała zadufany bufon, prawdopodobnie, tak jak Hitler, mający jedno jajko, to Ty. Co się takiego wydarzy? Co mogłoby się stać, czego nie bralibyśmy pod uwagę w momencie popełniania przez nas hipotetycznych błędów, które zostałyby później wykryte przez innych. Jeśli boisz się tego, co piszesz, co mówisz i co wysyłasz w mailach, to znaczy że prawdopodobnie jesteś nieszczęśliwym człowiekiem. Nie mówię tutaj o tym, by nagle wszyscy zaczęli publikować swoje prywatne maile, ani o tym, by każdy we własnym domu zamontował sobie kamery i urządził własnego wielkiego brata. Chodzi mi tylko o to, że z reguły ludzie, którzy postulują o anonimowość w sieci, albo mają coś na sumieniu, albo ciągle nie wyrośli z manii buntowania się przeciw wszelkim standardom, dla zasady i prawdopodobnie ciągle jeszcze słuchają Katarzyny Nosowskiej, Agnieszki Chylińskiej, czy wszelkich innych zbuntowanych, malujących sobie paznokcie na czarno i obcinających włosy na zero, wiecznie nieszczęśliwych wokalistek / wokalistów. Tego na sto procent nie wiem, bo sam osobiście nie przejmuję się moją anonimowością. Mam jednak świadomość tego, że większość internautów bardzo ją ceni i będzie o nią walczyć i ubiegać się przy każdej sposobności. Cóż, mają swoje racje i jeśli tak bardzo potrzeba im być niewidzialnie niewykrywalnymi w internecie i w realu, dobrze, nie mam nic przeciwko. Tylko czasem szlag mnie trafia, prawdopodobnie nie tylko mnie, gdy czując wibracje wyjmuję telefon i widzę na wyświetlaczu połączenie: numer nieznany.

Anonimowość w sieci często przekładana jest na wyznacznik poziomu wolności, jako czynnik który niejako ukręca bata cenzurze. Kogoś niezidentyfikowanego trudniej poddać osądowi, czy zaprowadzić do kąta. Warto jednak zawsze pamiętać, że prawdziwa wolność leży w naszych głowach i jest determinowana przez to, jak patrzymy na pewne sprawy. Jeśli przeszkadza Ci, że jakaś strona wyświetla adres IP każdego, kto dodaje komentarz, zawsze będziesz niewolnikiem swojej obsesji wolności, nawet siedząc w toalecie na sedesie i nerwowo rzucając głową w lewo i w prawo, sprawdzając czy przypadkiem ściany to nie lustro weneckie, a jeśli tak, to kto stoi po drugiej stronie.

Opublikowano: 07.06.2009 22:52.
Autor: caster
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Ostatnie komentarze

  • Oczywiście Oczywiście świadomość na temat UE z pewnością wpłynęła na nikłą...
  • Czy na pewno cisza jest zła? Czy cisza wyborcza to taki zły pomysł? Ja tak nie uważam,...

Tematy w dziale