Nowe koszulki polskiej reprezentacji wywołały gigantyczną burzę. Oczywiście powstały grupy protestu na Facebooku, fora i blogi zostały zalane wręcz głosami oburzenia. Słusznie?
Jak dla mnie to tylko kolejny etap na drodze odnaradawiania reprezentacji. Kolejny etap degrengolady i zaniku jakichkolwiek norm, które jeszcze kilkanaście lat temu wydawały się być nie do ruszenia.
Kiedyś, aby grać w naszej drużynie narodowej, trzeba było być Polakiem. Urodzić się w Polsce, mieszkać Polsce, wychowywać i trenować w Polsce, umieć mówić po polsku, znać historię kraju, umieć zaśpiewać hymn…
Ale przecież mamy tak zwany postęp, więc dlaczegóż, zamiast trenować i kształcić zawodnika, nie wziąć jakiegoś wyrobnika z Zachodu czy Afryki (albo Brazylii), który co prawda jest za słaby, by grać w rezerwach rezerw swojego kraju, ale za to widział kiedyś Polaka i nawet z nim rozmawiał, więc powinien dostać nasze obywatelstwo? Po co nam słabi, niedouczeni technicznie Polacy, skoro jest zawodnik o jakże polsko brzmiącym nazwisku Boenisch? I oliwkowy Roger, i nieco mniej oliwkowy Olisadebe… I Perquis, który co prawda nie zna polskiego, ale zapewnia, że kiedyś się nauczy (kiedyś… kiedyś… kiedyś…)
Nic dziwnego, że nowe koszulki nie mają już orła na piersi. Coraz mniej w niej miejsca dla reprezentantów Polski, coraz więcej dla odrzutów z różnych narodowych rezerw. Podążamy niby ku Europie, ale rezultatem jest coraz okazalsza utrata sportowej, narodowej tożsamości.
Konsekwentnie przyklaskuje temu PZPN, najpierw pozwalając na eliminację Polaków ze składu narodowej reprezentacji, a teraz – pozbawiając naszą reprezentację narodowej tożsamości.
Mamy więc drużynę PZPN.
A reprezentacja Polski może kiedyś wróci, tym razem w pełnym składzie, a nie połatana przyszywanymi na siłę rzemieślnikami z innych lig.
I może wtedy dopiero orzeł wróci na swoje miejsce.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)