65 obserwujących
69 notek
429k odsłon
2892 odsłony

Czarna prawda o szlachetnych komunistach

Wykop Skomentuj96
Dlaczego grupa liberalnych i lewicowych historyków zdecydowała się pisać o zbrodniach komunizmu dopiero w 1997 roku? Gdzie byli oni, gdy ich potrzebowaliśmy między 1917 a 1989 rokiem?

Przypomnijmy. W 1997 roku grupa historyków, w większości Francuzów, opublikowała głośną pracę: Czarna księga komunizmu. Badacze ci stwierdzili, że komuniści są odpowiedzialni za śmierć około 100 milionów ludzi w okresie od 1917 do 1990 roku. W samym Związku Sowieckim zginęło przynajmniej 20 milionów między 1917 a 1955 r. W ciągu pierwszych 3 miesięcy bolszewickiej władzy zamordowano około 15 000 osób.

Dla porównania, w Rosji carskiej w ciągu prawie stu lat (1825-1917) wykonano zaledwie około 4 000 egzekucji na więźniach politycznych, z czego prawie 3 800 osób stracono w latach 1905-1910, czyli w okresie gwałtownej rewolucji. Zbrodnie komunizmu zaćmiły też zbrodnie niemieckiego narodowego socjalizmu, którego adepci spowodowali śmierć około 25 milionów osób. To właśnie porównanie komunizmu (socjalizmu międzynarodowego) do narodowego socjalizmu spowodowało wielki skandal wokół Czarnej księgi komunizmu.

Najbardziej szokującym aspektem tego porównania była teza postawiona przez jednego z autorów, Stephane Courtois, że nienawiść do całych grup społecznych wyrażona marksistowską formułą "walki klas" jest równie rasistowska, jak narodowo-socjalistyczna teoria "walki ras." W końcu człowiek nie wybiera, że rodzi się synem ziemianina, przedsiębiorcy, kupca, czy zamożnego gospodarza. Jeśli karze się człowieka za pochodzenie, represje przeciw niemu występują na podstawie selekcji genetycznej. Jeśli odziedziczyliśmy krew "burżuja" czy "reakcjonisty", komuniści albo nas mordowali albo "tylko" prześladowali: wsadzali do obozu, wysiedlali na Syberię, rabowali dorobek życia, rugowali z uczelni, bądź uniemożliwiali awans w pracy. Podkreślmy, że represje stosowano w oparciu o kategorie urodzenia. W komunistycznej teorii krew determinowała o losie człowieka, tak jak w narodowym socjalizmie. Ta prosta prawda o wspólnych korzeniach komunizmu i nazizmu rozwścieczyła wielu krytyków książki i spowodowała, że część współautorów odcięła się od porównań obu systemów.

Jednak wielu konserwatywnych obserwatorów zdziwił zgiełk na lewicy. Przecież w zasadzie Czarna księga komunizmu nie ujawnia nic nowego. Na prawicy od dawna funkcjonowało przekonanie o ideologicznym pokrewieństwie między komunizmem, a narodowym socjalizmem. Na przykład, jeszcze w latach trzydziestych Erwin Freiherr von Aretin, katolicki konserwatywny publicysta i polityk z Bawarii, nazywał narodowych socjalistów, "brązowymi bolszewikami," a po wojnie podobnie pisał o nich wpływowy monarchista Erik von Kuehnelt-Leddihn.

                    Wiedzieliśmy również od dawna o wielomilionowych ofiarach komunizmu, którymi nie byli przede wszystkim "dobrzy komuniści" (trockiści, gomułkowcy i inni), a po prostu zwykli ludzie (głównie chłopi) oraz tradycyjne elity. To prawda, dostęp do sowieckich archiwów spowodował pewne korekty dotyczące statystyki zbrodni, jak również pozwolił na zniszczenie mitu "dobrego Lenina" (który to mit najwytrwalej głosił profesor Moshe Lewin), czy legendy o tym, że "Stalin nie decydował" (którą to legendę propagowali ostatnio profesorowie Sheila Fitzpatrick i J. Arch Getty). Ale przecież mity te funkcjonowały włącznie wśród zdominowanych przez liberalizm i lewicę elit akademicko-medialnych. Mimo stosowanej przez te elity blokady informacyjnej przecież od dawna było wiadomo, że na przykład kolektywizacja rolnictwa w Związku Sowieckim kosztowała miliony żywotów ludzkich.

                Już w latach trzydziestych, na przykład w Niemczech, znana była liczba 15 milionów ofiar kolektywizacji. W 1986 roku profesor Robert Conquest uściślił ją na 14,5 mln., jednak obecnie jeden z autorów Czarnej księgi komunizmu zaniżył ją do 6 milionów zgładzonych głodem i "setkach tysięcy" zmarłych w wyniku deportacji. Jednak po zapoznaniu się z nowo dostępnymi dokumentami prof. Conquest do dziś utrzymuje, że jego szacunki są bliższe prawdy.

              Zmusza to nas do zadania pytania: dlaczego grupa liberalnych i lewicowych historyków zdecydowała się pisać o zbrodniach komunizmu dopiero w 1997 roku? Gdzie byli oni, gdy ich potrzebowaliśmy między 1917 a 1989 rokiem?

             Ano, w większości albo w partii komunistycznej, albo w jej satelickich organizacjach. Czarna księga komunizmu jest bowiem usiłowaniem intelektualnego dojścia ze sobą do ładu przez lewicowców. Złożyło się na to kilka powodów. Po pierwsze, upadł Związek Sowiecki i komunizm w Europie Wschodniej; nie można udawać więc, że zbrodni nie było. Po drugie, nawet spóźniony udział w debacie o zbrodniach pozwala liberałom i lewicowcom owinąć się we flagę moralności i współczucia ofiarom. Po trzecie, trzeba zabrać głos bo inaczej, debata o zbrodniach komunistów zostanie zdominowaną przez prawicę. Jak stwierdził jeden z autorów, "jeśli lewicowcy uczciwie zajmą się [sprawą zbrodni komunistycznych], pokażą, że również i oni mają prawo dyskutować na ten temat, zamiast zostawiać tę sprawę coraz bardziej wpływowym skrajnym prawicowcom. Zbrodnie komunizmu trzeba osądzić z punktu widzenia wartości demokratycznych, a nie z punktu widzenia ultranacjonacjonalistycznych czy faszystowskich filozofii."

Wykop Skomentuj96
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale