Dzień jak co dzień, a jednak inny. Choroba trzymała mnie cały czwartek, piątek i sobotę w domu. Zamiast weekendowej zabawy, było weekendowe kichanie. Przez te dni praktycznie nie wykąpałem się ani razu, ograniczając się jedynie do mycia zębów, bo jak wiadomo, gdy człowiek chory, po kąpieli czuje się znacznie gorzej.
No, ale nadeszła niedziela i zagłosować trzeba. Przemogłem się, doprowadziłem do porządku i ruszyłem do lokalu wyborczego (który na szczęście jest niedaleko - jakieś 300 metrów). Po drodze spotkałem dwóch znajomych, z czego jeden również wybierał się spełnić obywatelski obowiązek.
Ja nie miałem problemu. Dostałem dwie karty, szybko postawiłem X-sy przy odpowiednich nazwiskach, zgiąłem papier i wrzuciłem do urny, i byłem gotowy do wyjścia. Kolega jednak postanowił poczytać sobie wszystkie nazwiska, więc potrwało to jakies pięć minut nim wyszliśmy.
W tym czasie patrzyłem na twarze wchodzących do lokalu ludzi, próbując na podstawie ich wyrazu odgadnąć na kogo też będą oni głosować - bezskutecznie.
Ludzi ogólnie było dużo co daje nadzieję na nienajgorszą frekwencję. I myślę, że właśnie frekwencja jest tu kluczem. Jeśli faktycznie duża frekwencja sprzyja pewnym partiom to uważam, iż zwycięzca będzie inny niż dwa lata temu. Jeśli jednak nie ma to znaczenia to ja już zwycięzcę znam.
Jak to zatem jest z tą frekwencją? Jedno jest pewne - wkrótce się przekonamy.


Komentarze
Pokaż komentarze (15)