Długo to trwało. Powiedziałbym, że nawet bardzo długo, bo dwa lata z kawałkiem. A jednak się udało. Cóż, przynajmniej częściowo... Ale jak to mówią, lepszy rydz, niż kibic...
Moja ukochana jest przeuroczą osóbką, którą jednak można łatwo zaliczyć do grupy tych wszystkich ludzi, którzy podpadają pod definicję leminga. Mało tego, ma luba nawet nie miała nic przeciw, gdy mówiłem jej wprost, że jest wykształciuchem i tym sennym zwierzątkiem. Po prostu zdawała sobie z tego sprawę, ale nie przeszkadzało jej to.
Starałem się jak mogłem. Przekonywałem, mnożyłem przykłady. Po to tylko, by osoba, którą darzę szczególnym uczuciem, nie miała klapek na oczach, by nie działała na swoją własną szkodę. Chciałem ją przekonać i zależało mi na tym o wiele bardziej, niż gdybym chciał przekonać zwykłego znajomego.
Widziałem, iż mój trud jest dość próżny, tak więc nie starałem się jej nawet przeorientować, by zagłosowała na PiS, bo to pozostawało w sferze raczej niespełnialnych marzeń. Postanowiłem jednak zadziałać tak, by moje słonko po prostu nie udało się na wybory. Jak sama stwierdziła, faktycznie nie interesowała się zbytnio polityką, ale przecież nie mogła pozwolić, by rządziły "kaczory". Gdy pewnego dnia rozmawialiśmy i stwierdziła, że może co najwyżej nie iść głosować, byłem wniebowzięty. Zaraz jednak dodała, że tylko pod warunkiem, jeśli ja również nie oddam swojego głosu. Powiedziałem, że wiem co muszę zrobić, na co ona, że w takim razie jednak też będzie musiała pójść.
Stan ten trwał długo. Niby przyznawała mi rację, ale mimo to, wciąż twardo trwała przy PO. Jednakże niedawny spór pomiędzy premierem, a Prezydentem spowodował, że coś pękło, coś się zmieniło. Okazało się bowiem, że serca mego dama była po stronie Kaczyńskiego w tym sporze. To jak Tusk postąpił w sprawie nieodesłania Prezydentowi samolotu, było już nawet ponad jej siły.
Gdy rozmawiała na ten temat ze swoimi rodzicami, opowiedziała się po stronie Kaczyńskiego. Biedactwo... nie zdawała sobie wtedy jeszcze sprawy jak czuje się ktoś kto odznacza się choćby cieniem sympatii dla PiSu lub dla Prezydenta RP. Nie wiedziała wtedy, że osoba taka nie spotyka się z rzeczową argumentacją, a jedynie z emocjami, a nawet nienawiścią. W skrócie skończyło się na tym, że została wyzwana (przez własnych rodziców) od wyznawców PiSu (choć jeden jedyny raz była po tej stronie barykady).
I teraz, gdy pokazuję jej jakiś ciekawszy tekst na Salonie, z chęcią go przeczyta, podczas gdy wcześniej mówiła, że jej się nie chce, bo tekst jest za długi.
Mój wujek, również wyborca PO, który nawet pół słowa dobrego nie był w stanie powiedzieć o PiSie, dziś psioczy na Tuska, bo ten okłamał go w sprawie kryzysu. Wujek chciał kupić w Niemczech samochód i wierzył, że złotówka ciągle będzie mocna. Biedny się przewierzył.
Czyżby to już ten czas? Czyżby lemingi powoli budziły się ze swego snu? Czy jest w ogóle taka szansa? Czy to już proces który zaczął się na dobre? Mogę powiedzieć tylko trzy słowa: oby, oby, oby!


Komentarze
Pokaż komentarze (25)