Bywały takie czasy, gdy poczynania rządu oceniało się ze względu na ich skuteczność. W zasadzie było tak zawsze aż do dnia, gdy wybory wygrała Platforma Obywatelska. Historia pokazuje nam, że odkąd mamy (nie mamy?) w Polsce ustrój demokratyczny, żadne ugrupowanie nie sprawowało władzy samodzielnie. Tak jest i dziś. Różnica polega jednak na tym, że dawniej społeczeństwo nie usprawiedliwiało rządzących z niewywiązywania się ze składanych obietnic i z nierealizowania programu wyborczego. Obecnie sytuacja taka ma miejsce.
Winny Prezydent, winny PiS
Oczywiście znamy winowajcę nieskuteczności ekipy Tuska. Jest nim nie kto inny jak Lech 'szkodnik' Kaczyński, który jako za jedyny cel swej prezydentury obrał uniemożliwianie PO zmieniania Polski w kraj wiecznego dobrobytu, gdzie miód i mleko, gdzie manna z nieba. I nad tym elektorat PO przeszedł do porządku dziennego. Warto zauważyć, że ów elektorat wykazuje się swoistym dwójmyśleniem.
Było tak bowiem, niedawno zresztą, iż rządził PiS. PiS również (jak PO i poprzednie rządy) nie był w posiadaniu parlamentarnej większości. Ci sami ludzie jednak, którzy dziś z tak dobrotliwą wyrozumiałością spoglądają na partię Donalda, wymagali od PiSu spełnienia wszelakich obietnic wyborczych (wszyscy pamiętamy namiętne wypominanie jak to ten PiS nie wybudował trzech milionów mieszkań). Mało tego, PiS mając do wyboru bierne pozostanie u koryta przez okres lat czterech, postanowił jednak działać i w tym celu zawiązał koalicję. Jakież to larum się podniosło, że jak to tak PiS może wchodzić w koalicję z przestępcą Lepperem i oszołomem Giertychem. Tak, PiS wszedł w te koalicje chcąc reformować kraj i zapłacił za to cenę, ale zrobił to, co normalne społeczeństwo wymaga od partii wygrywającej wybory, zaczął rządzić.
Platforma z kolei wybrała wariant jednego koalicjanta. Wariant taki, który nie umożliwia jej przepychania ustaw bez kooperacji Prezydenta lub PiSu. Jest to dla nich pozycja wygodna, z której wszelkie niepowodzanie zrzucane są na kark Kaczyńskich. Czy PO mogłaby uniezależnić się od bliżniaków? Jak najbardziej. Wystarczy wejść w koalicję z SLD i wtedy już żadne weto im niestraszne. Tyle tylko, że taka decyzja wymagałaby 'cojones' i wzięcia na swe barki odpowiedzialności za kraj, czyli czegoś, czego w PO brak. Jednakże wyborcy PO to jakieś przedziwne istoty zdające się nie zauważać u siebie występowania moralności Kalego.
A czego jeszcze nie zauważa 'lemingowy' wyborca? Że tak naprawdę droga do oazy w postaci nieliczenia się z prezydenckim wetem jest o wiele prostsza, zakładając oczywiście choć umiarkowaną wiarę w sondaże. Sondaże, które z reguły dają Platformie 50-60 procentowe poparcie, w tym samym czasie przewidujące 20-25 procentowe poparcie dla PiS. Gdyby wyniki te odzwierciedlały rzeczywiste poparcie wyborców to nic prostszego dla PO, wystarczy rozpisać nowe wybory i wygrać je w przedbiegach. Mieliby większość parlamentarną, zdolną do odrzucenia weta Prezydenta, a nawet do zmiany konstytucji. Dlaczego więc PO nie podąża tą drogą? Dlaczego PO nie chce wziąć odpowiedzialności za rządzenie, tak jak uczynił to PiS w sytuacji, gdy dalsza współpraca z SO i LPR okazała się niemożliwa? Dlaczego wyborcy PO nie widzą tej jakże oczywistej możliwości?
Bo prawda jest taka, że nawet zakładając, iż Prezydent faktycznie blokuje wszystko, tylko po to by blokować, to przecież PO może bez trudu z tej sytuacji wybrnąć. Wystarczy chcieć i mieć... 'cojones'.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)