Brazylijscy bogowie futbolu czy herosi siatkówki rodzą się w sportowym piekle korupcji, biedy i chaosu organizacyjnego. Czy polityk, który zaczynał karierę na lewo od Fidela Castro, a obecnie jest główną postacią partii liberalno-konserwatywnej, przezwycięży ten paradoks?
Publicysta "The New York Times" Larry Rohter nazwał burmistrza Rio de Janeiro Cesara Maię "gzem". Nawiązał w ten sposób do przytoczonej przez Platona metafory Sokratesa: "Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". 14 lipca w mieście rządzonym przez Maię rozpoczęły się z wielką pompą Igrzyska Panamerykańskie. Impreza ta ma dać odpowiedź na pytanie: Czy Brazylia będzie w stanie zorganizować piłkarski mundial w roku 2014, a być może także igrzyska olimpijskie A.D.2016.
Odpowiedź nie jest wcale taka oczywista. Brazylijskie sukcesy w sporcie nie wynikaja bowiem z jakiegoś sprawdzonego systemu, z dobrze zaprogramowanej i naoliwionej maszyny organizacyjnej. Kolejne pokolenia zawodników z Kraju Kawy zdobywają coraz to nowe trofea, rekordy i uwielbienie kibiców na całym świecie, ale osiągają to wbrew bałaganowi panującemu na ich własnym podwórku.
Brazylijską ligą piłkarską co chwila wstrząsają skandale korupcyjne i afery finansowe. Zdecydowana większość klubów jest zadłużona, mimo że wartość sprzedawanych przez nie do Europy graczy rośnie z każdym rokiem. Firma Nike zapłaciła miejscowej federacji 400 milionów dolarów za zaszczyt bycia przez 10 lat głównym sponsorem reprezentacji Canarinhos. Skutek? Podobny do tego, jaki w polskim futbolu wywołały pieniądze z Canal+ za prawa telewizyjne do Ekstraklasy, czyli żaden. Inwestować bezpośrednio w kluby próbowali tacy potentaci jak włoski koncern Parmalat, czy amerykański fundusz inwestycyjny Hicks, Muse, Tate & Furst. Skorzystać na tym potrafili tylko działacze o marnej reputacji, zwani "cartolas" (cylindrami), którzy pobudowali sobie efektowne wille i kupili eleganckie samochody.
Z całym tym "układem" walczyć chciał wielki Pele, w latach 90. "nadzwyczajny minister sportu". Doprowadził nawet do przyjęcia pakietu ustaw, nazwanego jego imieniem, który uczynić miał brazylijską piłkę nożną czystą i transparentną. Gdy zadowolony z siebie zrezygnował ze stanowiska, kontrrewolucja cartolas szybko przywróciła status quo ante. Wkrótce potem sam Pele stał się bohaterem finansowej afery. Brazylijski futbol pozostał wielki, ale stary, obdrapany i nieprzystosowany do nowych czasów, tak jak jego najsłynniejszy pomnik, słynna Maracana.
Właśnie nieopodal tego legendarnego stadionu urodził się Cesar Maia. Jego rodzice byli średnio zamożnymi urzędnikami, a on sam miał zostać inżynierem. Już jako nastolatek zaangażował się w działalność polityczną w partii komunistycznej. Po latach sam przyznał, że znajdował sie wówczas o wiele bardziej na lewo niż sam Fidel Castro. Pod koniec lat 60. zmuszony jest wyemigrować do Chile, rządzonego wówczas przez Salvadora Allende. Tam dzięki stypendium kończy studia ekonomiczne. Wraca do ojczyzny w 1973 roku, "tym razem już jako keynesista, nie marksista" i rozpoczyna pracę na uniwersytecie w Niteroi. W 1982 roku nowo wybrany gubernator stanu Rio de Janeiro, lewicowy populista z Demokratycznej Partii Pracy Leonel Brizola, mianuje go sekretarzem ds skarbu w swoim urzędzie. Dziesięć lat później Maia, tym razem z poparciem centrowego Ruchu Demokratycznego, po raz pierwszy zostaje burmistrzem Rio. Po przegranej w wyborach z 1998 roku wiąże się z konserwatywnym Frontem Liberalnym i w jego barwach dwa lata później triumfalnie powraca do ratusza. Obecnie trwa już jego trzecia kadencja.
Co sam odpowiada ludziom krytykującym go za częste zmienianie barw partyjnych? "Moje rządy zawsze były socjaldemokratyczne, jeśli chodzi o cele i liberalne, jeśli chodzi o metody". Ma własne zdanie na każdy niemal temat i nie waha się zabierać głosu nawet za cenę niepopularności czy śmieszności. Klasie średniej zarzuca hipokryzję w sprawie biednych przedmieść zwanych fawelami. Media krytykuje za mitologizowanie wszechwładzy świata przestępczego w mieście. Ożywiona debata i zamieszanie to jego żywioł. Nawet przeciwnicy polityczni nie mogą odmówić mu przenikliwości, inteligencji oraz wytrwałości.
Najbliższe podejście do olimpijskiego wyścigu będzie już trzecim za jego urzędowania. Zawsze Rio odpadało w przedbiegach. Tym razem, gdy Maia udowodnił, że mimo piętrzących się problemów, miasto jest się w stanie na czas przygotować się do wielkiej sportowej imprezy, rezultat może być już inny. Ewentualny sukces i przyznanie Rio de Janeiro organizacji igrzysk olimpijskich może otworzyć Cesarowi Mai drogę do prezydentury w 2011 roku.
źródła: "International Herald Tribune"; "The New York Times"; F.Foer, Jak futbol wyjaśnia świat, wyd. Red Horse, 2006


Komentarze
Pokaż komentarze