Gdy już uniesie się bitewny kurz, gdy opuścimy ustawione na sztorc kosy, gdy otworzymy pogięte od ciosów przyłbice, jaki widok nam się ukaże? Miraż Narodowego Stadionu gdzie stał, tam stoi. Na piasku.

Właśnie przez nasze media przetoczyła się z wielkim hukiem dyskusja o lokalizacji Stadionu Narodowego. Przyćmiła na moment senne, mało widowiskowe rozmowy koalicyjne. Uatrakcyjniła nerwowy moment oczekiwania na pierwsze powyborcze słowa prezydenta. Czas pokaże, czy to starcie dwójki harcowników - Elżbiety Jakubiak i Mirosława Drzewieckiego - zapowiedziało atmosferę i charakter przyszłej ciężkozbrojnej batalii dwóch wielkich armii i ich wodzów - Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska. Póki co warto jednak przystanąć i zrobić bilans zysków i strat.
Niekiedy przed rozpoczęciem, niekiedy po zakończeniu wielkich bitew królowie, hetmani, generałowie zwykli pytać się swoich nadwornych, tudzież sztabowych geografów: "Jak zwie się ta wioska, nieopodal której przyszło nam miecze nasze skrzyżować?" Następnie, nikomu wcześniej w szerokim świecie nie znane Grunwaldy, Austerlitze, przy pomocy kronikarzy trafiały na karty historii. Jednak w wypadku naszej tytułowej bitwy, miejsce jej rozegrania nie potrzebowało nowej rozróby, by stać się sławnym. EURO 2012 było i jest wielkim cywilizacyjnym wyzwaniem dla nas wszystkich. Jej los rozpala tak samo mocno serca Ultrasów z Platformy, Hoolsów z PiS-u, jak i LiD-owską Żyletę. Kibicować mu powinno także te 46 procent, które 21 października pozostało w domach.
Czy warto było zatem marnować cenną energię i jeszcze cenniejszy czas na spór o sprawę, na której wygramy wszyscy albo wszyscy przegramy, niezależnie od barw klubowych, od łopoczących nad nami chorągwi?
Na to pytanie będzie sobie musiała odpowiedzieć minister Elżbieta Jakubiak. Przez trzy i pół miesiąca swojego urzędowania tak ochoczo i skutecznie zapraszała ona do dyskusji o lokalizacji Stadionu Narodowego i potrzebnych w przygotowaniach do Euro zmianach ustawowych, że żadna otwarta debata z udziałem reprezentujących różne koncepcje fachowców oraz ówczesnej opozycji, a przyszłej władzy się nie odbyła. Nie odbyła się wtedy, kiedy rzeczywiście był na nią czas.
Z tym samym pytaniem powinien zmierzyć się Jarosław Kaczyński. Kiedy Hryhorij Surkis skutecznie lobbował za EURO 2012 w Polsce i na Ukrainie, nasz premier wysyłał CBA za członkiem swojego rządu Tomaszem Lipcem, którego biografia była doskonale znana chociażby Lechowi Kaczyńskiemu. Niejaki pan L., dzisiejszy bohater kronik kryminalnych, nie wziął się z Księżyca. Kontrowersje wokół jego działalności pojawiały się już, gdy pracował w stołecznym ratuszu. Gdy tylko został ministrem, dokonał prywatnej wendety na profesorze Smorawińskim, człowieku, przez którego jeszcze jako sportowiec był na dwa lata zdyskwalifikowany za doping.
Rachunek sumienia powinna też zrobić Hanna Gronkiewicz-Waltz. W swojej zeszłorocznej ulotce wyborczej przedstawiła mapkę "wymarzonej Warszawy", na której to Narodowe Centrum Sportu umieszczone zostało tam, gdzie przewiduje je wybudować minister Jakubiak. Zmiana stanowiska, a przynajmniej jego publiczne wyrażenie zabrało pani prezydent aż dziesięć miesięcy.
W lustro niech spojrzy również Mirosław Drzewiecki. Od zeszłego roku zasiadał on w gabinecie cieni Platformy Obywatelskiej i odpowiadał w nim za sprawy sportu. Czy ktoś wcześniej niż w ostatnim tygodniu poznał jego skądinąd pachnące populizmem argumenty o sprzedaży gruntów wokół Stadionu Dziesięciolecia i przeznaczeniu ich pod zabudowę mieszkaniową oraz na żłobki i przedszkola dla naszych dzieci"?
Dyskusja o różnych aspektach przygotowań do EURO 2012 nie skończyła się. Pora jednak najwyższa na zmianę stylu i zasad z wymiany ciosów łokciami na kurtuazję i fair play. Czas też na samodyscyplinę i wyznaczenie jasnych, nieprzekraczalnych terminów na poszczególne kwarty, tercje, połowy, czy sety pojedynku.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)