Szymon Grych Szymon Grych
52
BLOG

Pali się, moja panno

Szymon Grych Szymon Grych Polityka Obserwuj notkę 1

 

O tym, jak 4 lata temu miałem okazję wyrwać znicz olimpijski i podpalić nim... redaktora Gazety Wyborczej.

Ale od początku... Bilety na lekką atletykę były w Atenach cholernie drogie, zwłaszcza jak na kieszeń studenta znad Wisły. Stadion olimpijski trzeba jednak było zobaczyć. Jeden jedyny wieczór, na jaki kupowaliśmy bilety, był wybierany z wielką starannością pod kątem polskich szans medalowych danego dnia. Zdecydowaliśmy się na sesję, w której zaplanowano finały rzutu młotem i skoku wzwyż panów. Niestety, zarówno mistrz olimpijski z Sydney Szymon Ziółkowski, jak i wysoko w tamtym sezonie skaczący Grzegorz Sposób przepadli już w eliminacjach (ten drugi podobno przez źle dobrane obuwie).

Owego feralnego dnia w południe, przy malowniczej stacji metra na Place - handlowym sercu Aten - spotkaliśmy polskiego kibica. Łatwo się było wówczas nawzajem odnaleźć w niezmierzonym tłumie turystów, bo niemal każdy ubrany bądź umalowany był w barwy narodowe. Wspomniany kibic oczywiście nie ukrywał pewnego rozczarowania. W odróżnieniu od nas przyjechał do stolicy Grecji jedynie na kilka dni, więcej czasu niż sam pobyt zajęła mu podróż pociągiem przez pół Europy. Też miał bilety na lekką atletykę tego wieczora. Nie żałował jednak ani wydanych pieniędzy, ani straconych dziesiątek godzin w dusznym przedziale. Przez chwilę był, tak jak i my, w Centrum Wszechświata.

Co to znaczy, a raczej: co wówczas to dla nas znaczyło?

Być w Centrum Wszechświata to...

To znaczy móc wymieniać przyjazne gesty z kibicami najbarwniejszymi z barwnych - Jamajczykami.

To znaczy móc w ateńskim metrze wysłuchiwać peanów na cześć Otylii Jędrzejczak wypowiadanych przez naprawdę znające się na pływaniu starsze panie z Holandii i odwzajemniać się komplementami pod adresem Pietera van den Hoogenbanda.

To znaczy móc podziwiać urodę litewskich fanek koszykówki i wspólnie z nimi dopingować ich ulubieńców do historycznego zwycięstwa nad amerykańskim Dream Teamem.

 

Jamajscy fani potrafią skutecznie dopingować swoich lekkoatletów.

źródło: dailypennsylvanian.com

 

Droga na znajdujący się w pewnym oddaleniu od pozostałych obiektów olimpijskich tor kajakowo-wioślarski okazała się dość skomplikowana dla osób, które chciały tam dotrzeć inaczej niż autobusami odjeżdżającymi z centrum Aten. Próby zatrzymania takiego autobusu już na trasie metodą "na stopa" spełzły na niczym. Wówczas pomocną dłoń do dwójki sterczących na poboczu polskich kibiców wyciągnęli, zdążający w tym samym kierunku, zmotoryzowani fani z Niemiec.

Przyjacielska, "sąsiedzka" dyskusja w ich samochodzie zeszła w pewnym momencie na świeżo upieczonego, sensacyjnego złotego medalistę w biegu na 110 m przez płotki, Liu Xianga. Konkluzja była wspólna, polsko-niemiecka: Jeśli już w 2004 roku Chińczycy wygrywają z resztą świata w takiej konkurencji, w takim świetnym stylu, to jaki los czeka nas, Tradycyjne Sportowe Potęgi Zachodu (sami dopisaliśmy się do tej kategorii leciutko na wyrost), w roku 2008, na chińskiej ziemi?

Właśnie, co nas czeka? Śledząc doniesienia z trasy tegorocznej sztafety olimpijskiej, można mieć obawy, czy takiego samego opisanego przeze mnie wcześniej klimatu Festiwalu Narodów - niemalże utopijnego bo jedynie odświętnego (a może odświętnego bo utopijnego?) - będzie można doświadczyć także w stolicy Państwa Środka. Oglądam w ostatnich dniach migawki z Londynu, Paryża, Los Angeles i zaczynam w to poważnie wątpić.

W tym roku znicz olimpijski można obejrzeć jedynie w telewizji, bo ludzie stojący na trasie sztafety nie widzą nic spoza pleców setek barczystych, uzbrojonych po zęby ochroniarzy. Cztery lata temu, gdybym miał taką zachciankę, słynną pochodnię mogłem zagarnąć bez większego problemu ja sam, facet wzrostu lekkopółśredniego bez karnetu na siłownię.

Drugiego dnia pobytu w Grecji, z niemałym trudem wstaliśmy skoro świt, aby obejrzeć przebiegającą zaledwie kilkadziesiąt metrów od naszych kwater sztafetę. Na kilkusetmetrowym odcinku historycznej drogi z Maratonu do Aten kręciło się dosłownie kilku wyglądających na wyluzowanych greckich policjantów. Wokół z wolna do życia budziło się podateńskie miasteczko. Okoliczni sklepikarze, otwierający swoje biznesy, z łagodnie mówiąc średnim zainteresowaniem obserwowali zbliżającą się w żółwim tempie kawalkadę. Sam konwój liczył co prawda dobre kilkanaście pojazdów i kilkaset metrów długości, ale po bokach można było się do niego spokojnie zbliżyć. Przed mężczyzną biegnącym ze zniczem jechała platforma z kamerą rejestrującą całe przedsięwzięcie. Obok niego truchtały trzy, góra cztery osoby w podobnych dresach. Nic nie wskazywało na to, żeby mogli mieć pod nimi ukrytą broń. Całą karawanę kończył tajemniczy człowiek biegnący w stroju greckiego hoplity. Dopiero po powrocie do kraju dowiedziałem się, że był to redaktor Radosław Leniarski z "Gazety Wyborczej".

Patrząc na tę całą „zabawę w chowanego”, jak BBC nazwała tegoroczne perypetie ze zniczem, mógłbym wszystkie swoje wspomnienia z Aten podsumować „To se ne vrati”. Iskierka nadziei jednak się we mnie dalej tli. Podczas gdy „Donald maži, żeby bylo milo”, ja marzę, żeby Chińczycy potwierdzili, jak mądrym są narodem, i tej olimpiady zwyczajnie nie sp...

Za cherlawy na sportsmena, By iść w posły zbyt uczciwy, faktu jednak to nie zmienia, że obie te dyscypliny kocha aż do zapomnienia.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Polityka