claroklara claroklara
583
BLOG

Na mieliźnie życia - reportaż (2008)

claroklara claroklara Rozmaitości Obserwuj notkę 12

Na mieliźnie życia

 

Niedziela, 9 marca, Warszawa. Zima nadal nie ustępuje. 9.30 rano, Miodowa 13, Msza Święta w kościele ojców Kapucynów pod wezwaniem „Przemienienia Pańskiego”. W kazaniu ksiądz mówi, że żyjemy jak bezdomni włóczędzy „na mieliźnie”, „od posiłku do posiłku, lub od napicia się do napicia się”.
Po wyjściu z kościoła, w którym spoczywa serce Jana III Sobieskiego, widać kolejkę ludzi. Stoją w niej głównie mężczyźni. Przybywa ich z minuty, na minutę. Kiedy mijają ich przechodnie, ich ponura masa rozstępuje się. Ubrani „na cebulkę”, ze zniszczonymi twarzami, rozmawiają ze sobą w oczekiwaniu na darmowy posiłek. Wśród nich tyłem stoi kobieta. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że jest młoda i atrakcyjna: szczupła, zgrabna, ubrana na czarno, tylko jej włosy związane są paskudną, turkusową frotką. Odwraca się. Jest jedną z nich.

Ulica Kapucyńska, furta klasztorna. Za drewnianym wejściem kolejne drzwi, zamknięte okiennice w wewnętrznym okienku i domofon.

11.30. Kolejka ludzi nadal stoi na mrozie.

Św. Franciszek, zarost i sandały

Ojciec Piotr szybko odpowiada na maile z prośbą o spotkanie. 16 marca, w Niedzielę Palmową, staje w drzwiach.
- Słuchaj, teraz będę odprawiał mszę. Byłaś na mszy? – pyta bez ogródek.
- Jeszcze nie.
- To chodź i spotkajmy się po niej w zakrystii.

Mszę odprawia młody zakonnik, na oko przed 30-tką, z ciemnym zarostem, szczupły, o przyjemnym głosie. To właśnie ojciec Piotr. Wstąpił do zakonu Kapucynów, ponieważ – jak twierdzi – spodobało mu się w nich to, że nie trzeba się golić, można chodzić w sandałach, ojcowie są blisko natury, wszystkim się dzielą, mają wspólne pieniądze, nie mają prywatnych samochodów ani telewizorów.

Miłość o zapachu denaturatu

- Zdarzają się przypadki, że bezdomni zamarzają z zapicia, robaki toczą im chore nogi, straż miejska wygania ich z miejsc, w których śpią: kanałów ciepłowniczych, klatek schodowych, piwnic, strychów, studzienek, koszów na śmieci, dworców – wymienia ojciec Piotr. – Brak im motywacji do wyjścia ze stanu „permanentnej depresji” leczonej denaturatem.

Kapucyni mają punkt sanitarny, dzięki któremu zapewniają podstawową opiekę medyczną bezdomnym, zajmują się ranami szarpanymi, kłutymi, chorobami serca i nadciśnieniem. W poważniejszych przypadkach, kiedy bezdomnym obumierają nogi, dzwonią po karetkę, która czasem zabiera pacjentów.

Stołówka dla bezdomnych położona jest w zimnych podziemiach, gdzie w okresie Bożego Narodzenia znajduje się słynna ruchoma szopka. Po drodze do wyjścia jest punkt sanitarny, przypominający gabinet pielęgniarki z liceum. Jednak ta zimna stołówka i ten skromny punkt medyczny ratują życie i stanowią punkt zaczepienia dla ubogich, nie mających gdzie szukać pomocy.
Ojciec Piotr ma wątpliwości, jak należy postępować z tymi ludźmi – czy należy wydawać posiłki ludziom pijącym alkohol? Jedni uważają, że nie powinno się tego robić, inni, że każdy powinien otrzymać pomoc. Kapucyni stosują jednak zazwyczaj „twardą miłość” – bezdomni wiedzą, że nie dostaną posiłku, jeśli na stołówkę przyjdą pijani.

Ojciec Piotr opowiada o bezdomnym, który związał się z kobietą, która poważnie się rozchorowała. Poznali się na ulicy, nazwał ją „żoną”. Odkąd „żona” leży w szpitalu, „mąż” odwiedza ją codziennie w szpitalu.

- To bardziej miłość o zapachu denaturatu, ale jednak to piękne, że on znajduje czas i chęć, by do niej pojechać, później opowiada nam, jak ona się czuje. Niestety, jej stan zdrowia nie rokuje dobrze, zanosi się na smutny koniec – ojciec Piotr poważnieje.

Wśród włóczęgów dominują mężczyźni, bezdomna kobieta to rzadkość. Ojciec Piotr nazywa je „długodystansowcami”.
– Są silniejsze, ale kiedy już wpadną w nałóg, kiedy się stoczą i zatracą siebie, kobiecość umiera w nich, zabijają w sobie piękno i właściwie nie ma szans na to, żeby je z tego stanu wyciągnąć – twierdzi.

Jednak doświadczenie pracy z bezdomnymi uczy, że nie można stawiać na nich krzyżyka. Brat Piotr zna mężczyznę, który przez dwa lata przychodził jeść zupę w kościele na Miodowej, w pewnym momencie zniknął. Po jakimś czasie odwiedził zakonników już nie jako bezdomny, okazało się, że znalazł pracę, ustatkował się. Od tej pory często przychodzi do klasztoru z różnymi darami, przynosi bezdomnym jedzenie, ubrania.

Z drugiej strony, nie jest rzadkością to, że ktoś znika bez śladu. I nikt nie łudzi się, że stało się coś dobrego.

Leon, chleb ze smalcem i dynks
Bezdomny Zbigniew umówił się z ojcem Piotrem pod pomnikiem Powstańców Warszawskich. Jest lekko przygarbiony, ubrany w ciemną kurtkę, na powitanie podaje zabrudzoną rękę. Tego dnia są jego imieniny, od ojca Piotra dostał zegarek, żeby nie spóźniał się na zupę.

Matka Zbyszka zmarła, gdy miał 16 lat, później zajmował się nim ojciec.
– Był agentem kontrwywiadu niemieckiego – opowiada konfidencjonalnie bezdomny. - Odwiedziłem go, jak już mieszkałem na ulicy. Poprosił, żebym poszedł po alkohol i jajka, chciał zrobić jajecznicę, jak dawniej mama. Poszedłem, później wypiliśmy i wyszedłem do kuchni. Zacząłem przygotowywać jedzenie, aż tu nagle słyszę „łup!”. Ojciec strzelił sobie w łeb.

Zbyszek na ulicę trafił w 1984 roku. Na pytanie, co się stało, że tam wylądował, macha ręką: „Nie ma o czym mówić”. Skończył chemię, był kucharzem w wojsku, zna niemiecki, pracował w cyrku jako iluzjonista i zwiedził całą Europę z wyjątkiem Holandii, czego bardzo żałuje. Zbigniew lubi zwierzęta, a najbardziej w ZOO lubił Leona.
– Leon to lew, taki tygrys znaczy – opowiada. – Kiedyś przyszedł do ZOO inspektor, strasznie pewny siebie. Koło klatki Leona położył swoją teczkę, a Leon myk porwał mu to i zjadł. Uśmialiśmy się wtedy strasznie. Więcej już żaden inspektor nie przychodził.

Zbyszek zachwala kuchnię ojców kapucynów, bo na innej stołówce bezdomni dostawali zupę ze smalcem.
- To był właściwie smalec z zupą, bo płynu było jak na lekarstwo, a po jej zjedzeniu na dnie zostawała warstwa tłuszczu – żartuje Zbyszek. – Trzeba było przychodzić z chlebem, można było wtedy się najeść.

Zbigniew sypiał w różnych miejscach i jest mało wybredny, ale nie chce spać na Dworcu Centralnym.
- Dworca unikam jak ognia!
- Dlaczego?
- Dlaczego?! A co mam się z pedałami i pedofilami bić?! Raz tam tylko byłem, jak ksiądz w święta zorganizował spotkanie na Dworcu.

Zbyszek, jako chemik, zna się na trunkach. Denaturatu nie pije, za to gustuje w „dynksie”, tajemniczym alkoholowym specyfiku kukurydzianym. Kupić go można całkiem niedrogo na stadionie od Ruskich – 18 złotych za litr.

Tragedie, cuda w wariatkowie i habit
Brat Andrzej jest kapucyńskim wolontariuszem i byłym bezdomnym. Mówi bardzo szybko, patrzy prosto w oczy rozmówcy. Na szyi zawieszony ma duży, brązowy krzyż z figurą Chrystusa. Nie skończył jeszcze trzydziestki, parę lat życia spędził na ulicy. Chętniej opowiada o ludziach, których spotkał na swojej drodze, o ich tragediach, które doprowadziły do utraty domu i rodziny.

- Nie wolno tych ludzi osądzać z góry – wyjaśnia. – Jeden z bezdomnych miał normalny dom, rodzinę, ale pewnego dnia jego 13-letnia córka zaraz po tym, jak wysiadła z autobusu, nie oglądając się, wbiegła na ulicę. Na jego oczach przejechał ją samochód ciężarowy. Ten człowiek nie mógł już wrócić do domu, w którym każda rzecz przypominała mu o dziecku. Nigdy nie winił kierowcy i podobno płakali razem w swoich objęciach.

Andrzej kiedyś, na ulicy, zobaczył bezdomną kobietę, której nogi zżerały robaki. Wiedział, że pogotowie jej nie zabierze, więc zaczął wołać przypadkowych gapiów, żeby stali przy niej kiedy dzwonił po karetkę. Sanitariusze nie mogli jej zostawić przy świadkach. Wnieśli ją do karetki.
- Ale nie trafiła do szpitala – opowiada Andrzej. – Wywieźli ją na wysypisko śmieci.

Szczęśliwie dla tej kobiety przejeżdżała tamtędy pracownica opieki społecznej. Wzięła ją do auta i wyleczyła na własny koszt. Tamtego dnia jej nogi nadawały się do amputacji, dziś normalnie chodzi.
- Niestety, większość organizacji pomocy społecznej istnieje na pokaz. Nawet Caritas. Kiedy przychodzą reporterzy to się przygotowują, specjalnie szukają kogoś na ulicy, przyjmują go w swoim ośrodku, aby pokazać swoją działalność dobroczynną. Niestety poza światłami kamer, kiedy bezdomny puka do ich drzwi, zatrzaskują mu je przed nosem – mówi.

Po dłuższej rozmowie przyznaje, że on sam na ulicę trafił z własnej głupoty. Daje do zrozumienia, że był hulaką. Kilka lat temu, w zimę, stracił przytomność na ulicy. Nie wie, co się stało, obudził się dopiero w szpitalu. Miał bardzo poważne obrażenia głowy, także odmrożone lewe płuco.
- Bałem się, że trzeba będzie je usunąć operacyjnie, ale pani doktor zapisała mi leki, dzięki którym obumieranie miało zostać zatrzymane. Miałem je brać do końca życia. Tymczasem mija trzeci rok żyję bez ich przyjmowania.
Kiedy obudziłem się w szpitalu i rozejrzałem się wszędzie było biało. Byłem przekonany, że to szpital psychiatryczny. Później okazało się, że przez dwa tygodnie znajdowałem się w stanie śpiączki.
Uciekałem wiele razy ze szpitala, łącznie leczenie trwało pół roku.

Kiedyś w szpitalu odwiedziło mnie dwoje starszych ludzi. - Troszczyli się o mnie, co było zaskakujące, bo ich nie znałem. Po jakimś czasie poznałem rodzeństwo, które pokazało mi swoje zdjęcia rodzinne i nagle im mówię: „A to kto? Przychodzili do mnie, jak leżałem w szpitalu!”. Pokręcili głowami, że to niemożliwe. To byli ich rodzice, zmarli w tym samym roku, kiedy trafiłem na ulicę. Chodziłem później od księdza do księdza, żeby spytać, jak to możliwe i jeden zakonnik powiedział mi, że to był przykład świętych obcowania.
Od trzech miesiący jestem w zakonie.

Brat Andrzej mówi, że doświadczenie bezdomności ukształtowało go i czasem brakuje mu tych ludzi, którzy mu pomogli. Bez nich nadal byłby bezdomnym.
- Jak się patrzy z boku, to tego nie widać, ale ciągle kogoś ubywa – twierdzi. – Ci ludzie wciąż umierają. Reporterzy przebąkują o tym w okresie świątecznym i na tym problem bezdomności w życiu publicznym się kończy.

Bezdomny biznesmen
Tomek urodził się w 1949 roku, obecnie pomieszkuje na działkach w lesie i należy do bit-bitowego zespołu „Trapersi” założonego przez księdza Leona Kantorskiego z Podkowy Leśnej. Z zespołem odwiedził nawet papieża Jana Pawła II. Przysadzisty, ciemnowłosy, z zarumienionymi policzkami, rozmawia konspiracyjnym szeptem. Nosi granatowe ogrodniczki i dwie kurtki, od księdza dostał rękawiczki. Na przywitanie całuje w rękę i od razu przechodzi do rzeczy. Opowiada jak rozwiódł się z żoną alkoholiczką, jak jego młodszy brat dostał mieszkanie w spadku i od razy je stracił, jak starszy brat zmarł 2 lata temu, jak syn popełnił samobójstwo w więzieniu.

- Syn miał brać ślub z dziewczyną, którą strasznie kochał, a ona zażartowała, że chce rozwodu. Tak się zdenerwował, że zarąbał ją, jej siostrę, matkę, ojca i babkę. Dostał dożywocie.

Wojtek lubi liczby. Przy każdej okazji wplata je w rozmowę. Skończył technikum budowlane, był kierowcą autobusu PKS, który jeździł po Europie. Umie obsługiwać laser medyczny. Niedawno dostał 25 mln od swojego ojca chrzestnego, zamierza otworzyć pensjonat w Szklarskiej Porębie i wziąć ślub z kobietą, której małżeństwo zostało uznane za nieważne przez Sąd Metropolitalny. Znajomej oddał drogie auto, żeby mogła matkę wozić do lekarza. Zna sześć języków. I jeszcze, jakby tego było mało, od pół wieku służy jako ministrant do mszy.
Mimo to od 13 lat jest bezdomnym i jada w kapucyńskiej stołówce. Mógłby być bajkopisarzem. Na pożegnanie ponownie całuje w rękę. Gentleman.

 

 

bezdomny

claroklara
O mnie claroklara

Polka, choć francuskiej krwi. Katolik. Prawicowiec. Żona. Matka, rodząca w domu. Dziennikarz. "O-filozof". Oszołom na wielu płaszczyznach.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (12)

Inne tematy w dziale Rozmaitości