Ani chwili spokoju. Ukochany pan premier, piesztotliwie podobno nazywany Mamamuszim, spoziera na nas z ogromnych plakatów wyborczych. Nie będzie robił polityki (rzadko kiedy pan premier był tak zgodny z prawdą), bo buduje mosty. Czy dla pana starosty? Może. Nie będzie też robił polityki, bo buduje szkoły, bo buduje autostrady czy drogi (gdyby konie chodziły dziś, jak dawniej, po ulicach padałyby ze śmiechu). Wszystko nasz ukochany Mamamuszi (ja tylko powtarzam, ja tylko powtarzam) nam wybuduje. I co? I nic. Telewizja milczy, radio milczy, politolodzy i socjolodzy milczą (rozumiem, że milczy politolog Migalski, ale dlaczego milczy prof. Kik, może dlatego, że zawsze powtarza to, co mówią przed nim), kabarety milczą. Milczą kabarety! Kabarety, które jakiś dureń ileś tam lat temu nazwał enklawą wolności. Wolności słowa. Kabarety milczą. Umówiły się? Pewnie tak, bo przecież na pewno nie milczą ze strachu, bo IV RP się skończyła.
Rząd nie robił, nie robi i nie będzie robił polityki. Nie będzie, bo nic nie robi. I nikomu to nie przeszkadza. Nikogo to nie interesuje. Nie interesuje dlatego, że wszyscy zainteresowali się "trzęsieniem ziemi" w PiS-ie. Ani Szwejk, ani Czonkin by tego nie wymyślili! Wykluczona poseł Jakubiak mówi dziś, że chce, by zakończyła się wojna polsko-polska. Urwała się z choinki, przeceniła własne poczucie humoru czy koleżanka tak bardzo ją zahipnotyzowała, że sama nie bardzo już wie, co mówi. A koleżanka hipnotyzerka zdążyła już, chyba również nieoczekiwanie dla samej siebie, awansować na "żelazną lady" polskiej polityki. A może jest, jak to rzekł za komuny pewiem kretyn, "panią, żelazną lady".
Wszystko to, jakby nigdy nic, całkowicie niespodziewanie (i jak zwykle) służy PO i rządowi. Są sprawy, o których głośno się nie mówi, i są takie, o których bębni się tygodniami na cały świat, choć nie są warte dwóch zdań. Szczęściarzowi szczęście sprzyja nawet wówczas, gdy inni stojący obok niego topią się w łyżce wody. Dziwna ta nasza polska rzeczywistość.
Że o "trzęsieniu ziemi" w PiS-ie mówią trzęsieniem ziemi w PiS-ie zainteresowani, zrozumieć łatwo, że mówi o tym europoseł Migalski, trudniej, ale też zrozumieć nie tak trudno. Milczeć i czuć urazę, choćby urazę uzasadnioną, i czynić tak dla dobra sprawy, jeśli taka rzeczywiście kiedykolwiek istniała, to jest wyższa szkoła jazdy. To szlachectwo. Albo się to ma, albo nie. To nie owsiki, których można się nabawić, ale można się też pozbyć. Krąg zainteresowanych trzęsieniem ziemi zdaje się poszerzać.
Poseł Ołdakowski posyła list (dobrze, że nie włożył go do butelki, a tej nie wyrzucił do Wisły), pan Cichocki rozdziera szaty intelektualne. Aż strach pomyśleć, kto jeszcze się odezwie (o premierze Kazimierzu nie wspominam, żeby nie popaść w nadmierną przesadę). Ja im tego, oczywiście, nie bronię. Ja ich może i w jakiś sposób rozumiem, ale ... powoływanie się na "Leszka", który przypisywanych mu odczuć ani nie potwierdzi, ani im nie zaprzeczy, budzi mój niesmak. Spory niesmak. A niewybredna tyrada o tym, że starszym profesorom mogą odpowiadać twarze dwóch przykładowo przywołanych polityków jako symbole nadchodzących czasów, ale nam, młodym takie coś nie odpowiada, odczuwam już nie niesmak, ale konsternację. Intelektualną konsternację. A gdy słyszę, że wszystko trzeba raz jeszcze budować od nowa (choć w pewnych kwestiach z PiS-em będzie się zapewne można zgadzać), zaczynam się uśmiechać. Uśmiecham się i zadaję pytanie: czy my przypadkiem nie nazywamy pewnych ludzi, rzeczy, zdarzeń trochę jednak na wyrost, trochę jednak przedwcześnie?
Wróciliśmy do punktu wyjścia. O Platformie O. nie będziemy mówić, chociaż ją przecież krytykujemy i nie jest tworem z naszej bajki, ale są przecież sprawy ważniejsze. Są imponderabilia. Wspomniane na początku konie, gdyby im to przekazać, śmiałyby się nie mniej niż z dróg pana premiera. Takich dożyliśmy czasów.
Ktoś przy okazji "trzęsienia ziemi" w PiS-ie napomknął o pożytecznych idiotach, których podobno nigdy nie brakuje. Sam już nie wiem ...



Komentarze
Pokaż komentarze