W zachodnioeuropejskich klubach piłkarskich zawsze grywali obcokrajowcy, pod warunkiem, że nie było ich na boisku więcej niż trzech jednocześnie. W myśl tej rasistowskiej polityki w Bayernie grali w zasadzie Niemcy, a w Barcelonie w zasadzie Hiszpanie. Aż nastała Unia Europejska, potem tzw. sprawa Bosmana (połowa lat 90.) i okazało się, że klub piłkarski jest takim samym pracodawcą jak wytwórnia serów albo pralnia chemiczna. Nie można ograniczać swobodnego przepływu pracowników pochodzących z krajów unijnych (niem. Ein Volk, Ein Reich, Ein Euro).
Moda na zatrudnianie coraz bardziej egzotycznych, bo tanich, obcokrajowców kopiących piłkę, rozszerzała się coraz to bardziej poza kopaczy unijnych. Objęła ponadto reprezentacje narodowe. W drużynie Polski, która kolonii zamorskich za bardzo nie posiadała, pojawił się jeden Nigeryjczyk i jeden Brazylijczyk. Na mundial do RPA reprezentacja Niemiec przywiozła wprawdzie większość Niemców, bo aż 12 na 23 graczy ogółem. Kibice coraz bardziej narzekają na szalejący internacjonalizm, który jest zrozumiały w piłce klubowej, ale w drużynach narodowych razi i śmieszy. Przy tym nie ma większego wpływu na zmianę układu sił w światowej piłce, bo ostatnio portugalska Portugalia i hiszpańska Hiszpania jednak lepiej przędą niż turecka Szwajcaria czy afro - muzułmańskie Niemcy.
To, co widać gołym okiem na boisku, dzieje się w całej bogatej Unii, i prawica straszy Kurdyjską Republiką Meklemburgii i Islamskim Kalifatem Brandenburgii, z którymi graniczyć będziemy za lat 20. Demografia nieubłaganie każe Niemkom rodzić przeciętnie 0,8 dziecka, Turczynkom zaś ośmioro, przy XXI - wiecznej, nietureckiej zupełnie przeżywalności. Niemcom od 65 lat nie wypada głosić nacjonalizmu, więc trzymają buzie na kłódkę, i pocieszają się, że póki gastarbeiterzy płodzą potomstwo, będzie od kogo pobierać składki na bieżące wypłaty emerytur.
W doktrynie unijnej mamy zatem spór między rasizmem a wolnym rynkiem. Albo przeganiamy kolorowych hen w trzeci świat, albo rozciągamy na nich Deklarację Praw Człowieka, co wcale nie jest europejską tradycją, jeśli spojrzeć dalej niż na ostatnie 200 lat. Socjalizm, który w Unii panuje, głosi powszechną równość i brak różnic między białymi, żółtymi i tymi w turbanach. Przeciwnicy socjalistów, czyli liberałowie, propagują wolny rynek, czyli niech pracuje kto chce, ale stoją jednocześnie na straży tzw. wartości, które na szczycie piramidy antropologicznej stawiają białego katolika żonatego z niebieskooką blondynką, broń Boże bez piegów. Obie strony błądzą.
Powszechna równość jest ideą piękną i utopijną, przykładem Rotterdam. To miasto, wyróżniające się na tle innych holenderskich znacznym odsetkiem Marokańczyków i Murzynów, bardziej przypomina Bytom czy Piekary Śląskie, aniżeli resztę Niderlandów, które wyglądają na ogół jak na obrazku. Co drugi Murzyn, z którym miałem okazję pracować w holenderskiej fabryce, był leniwy, obrażony na otoczenie i antypatyczny. Wśród białych taki zestaw cech zdarzał się u co piątego. Żadna to statystyka, tylko opis wrażeń odniesionych w ciągu kilku miesięcy. Przy czym jeden z Murzynów był wesoły, inteligentny i studiował medycynę, w fabryce dorabiając sobie w wakacje. Nie każdy przecież biały studiuje medycynę. Oddalam tym samym wszelkie podejrzenia o rasizm. Wykazuję też przesadę w twierdzeniu prawicy, że wszyscy Murzyni są gorsi od wszystkich białych. Nie wszyscy, tylko niektórzy, i bywa też odwrotnie.
Od lat nasilają się w Europie tendencje rasistowskie, przejawiające się na razie walką o burki i hidżaby, głównie we Francji. Polityka zwalczania przejawów odmienności cywilizacyjnej i religijnej jest ostatnią desperacką fazą obrony Europy przed Azją i Afryką, bo już tylko jedno pokolenie dzieli nas od chwili, kiedy Azja i Afryka swoje burki i hidżaby przegłosuje demokratyczną większością w krajowych parlamentach Francji, Hiszpanii i Niemiec. Czy grozi nam wówczas wprowadzenie Szariatu i obowiązkowe konwersje na islam? Wątpię.
Intensywny prozelityzm dotyczy dziś głównie katolicyzmu, choć po śmierci JP2 działalność misyjna jakby zamiera. Działalność odwrotna różnych religii niechrześcijańskich (zwana w kościele katolickim zagrożeniem przez sekty) nie była nigdy specjalnie nachalna, i nawet ortodoksyjni terroryści samobójcy chętniej się wysadzają w metrze niż głoszą słowo proroka w celu nawrócenia niewiernych. W Imperium Osmańskim panowała tolerancja religijna, nieznana w ówczesnej Europie lubującej się w różnych rzeziach na tle wyznaniowym. W islamie nie ma tradycji nawracania giaurów siłą.
Wieloletni pobyt w UE muzułmanów i innych niechrześcijan, które to religie utożsamia się z cywilizacyjną nieeuropejskością, skutkuje - mimo ich zewnętrznych oznak odrębności - europeizacją, głównie poprzez mamonę. Wszyscy ci czarni i brązowi dawno już przestali być ludożercami, gwałcicielami ośmiu żon i handlarzami wielbłądów, jak to usiłują rysować ich portret nacjonaliści. Jeżdżą volkswagenami, kupują pralki i narkotyki na równi z białymi, a ich groźnie wyglądające watahy na ulicach zachodnich miast niczym się nie różnią od takich samych watah młodzieży z polskich blokowisk. Tamci są lepiej ubrani, nasi - potrafią więcej wypić.
Bezideowość i upadek ducha cywilizacji łacińskiej udziela się goszczącym na jej terenie wysłannikom kultury bizantyjskiej czy arabskiej. Turek, Marokańczyk czy Senegalczyk pracuje za 2000 € i kupuje gadżety, do których zachęca go telewizja. Pamięta, albo słyszał od przodków, że w ojczyźnie nie było takich gadżetów, a do 2000 nikt tam liczyć nie umiał w żadnej walucie. Godzi się więc z cywilizacją zachodnią i pretenduje do członkostwa w tejże. Asymiluje się jak może, zostawiając sobie tylko drobiazgi - burki i hidżaby - niczym Polacy w Chicago swój Kongres Polonii Amerykańskiej i zamiłowanie do kiełbasy. Ośmioro dzieci niemieckiej Turczynki wcale nie musi w przyszłości trafić do armii Saracenów, tak jak niemiecki czy polski jedynak z ogoloną głową i kijem bejsbolowym w ręku na wyrost jest zaliczany do cywilizacji łacińskiej, czy też jakiejkolwiek.
Konserwatyści mieniący się liberałami zachwalają różnorodność, która daje większy wybór. Genetyka także lubi różnorodność. Ja preferuję gin z tonikiem, ale nie przyszłoby mi do głowy, żeby zakazać komuś picia pinacolady, albo afrykańskiego piwa bananowego.
73
BLOG




Komentarze
Pokaż komentarze (2)