Napieralski wysłał Komorowskiego z Kaczyńskim na drzewo, odmawiając im poparcia w drugiej turze. Utwierdziłem się w przekonaniu, że moi wyborcy to świadomi i odpowiedzialni ludzie - zażartował szef SLD, któremu jest wszystko jedno, kto obejmie Pałac. Tak jak i nam wszystkim.
Polityka SLD zmierza do związania się w przyszłości z Platformą w charakterze koalicjanta. Jak to będzie wyglądało, nikt jeszcze nie wie, ale wszyscy są pewni, że PO ma dość PSL-u, który w dodatku może słabo wypaść w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych. Niewykluczone, że może z Sejmu wypaść całkiem. Platforma 50 % mandatów nie zbierze, więc SLD będzie naturalnym języczkiem u wagi przy formowaniu rządu.
Chytrość Napieralskiego jest na miarę jego 13-procentowego poparcia - udając, że w przeciwieństwie do Cimoszewicza i Kwaśniewskiego nie popiera nikogo, chce on zostawić sobie furtkę do ewentualnego dogadania się w przyszłości z PiS-em, który, nie wiadomo co do łba strzeli elektoratowi, też może wygrać. Z Kaczyńskim nie warto się układać, o czym pamięta niedoszły premier z Krakowa Rokita, nie mówiąc już o zadzieraniu z prezesem.
Skoro jednak PiS, będąc hipotetycznym zwycięzcą potrzebującym koalicjanta, nie będzie miał wyboru innego niż SLD, to niesnaski między Napieralskim a Kaczyńskim z lipca 2010 nie powinny stanowić bariery dla handlowania wiceministerstwami jesienią 2011. Po cóż więc ta szopka z udawaniem neutralności? Oto Napieralski udając obojętność wobec obsady Pałacu udaje przed samym sobą, że wybija się do wielkiej polityki w roli jokera. Faceta, z którym trzeba się liczyć. Udaje również, że Komorowski i Kaczyński to prawica, czyli przeciwieństwo lewicy.
13 % wyborców, czyli grono zwolenników Napieralskiego, posiada sympatie lewicowe. Telewizja wmówiła im, że PiS i PO to prawica, z którą lewica jest w niezbyt przyjaznych stosunkach. Poparcie przez Napieralskiego któregoś z dwojga kandydatów naraziłoby go na zarzut, że zdradził ideały, porzucił elektorat w imię partyjnych interesów, zawiódł i się zeszmacił. Po co mu takie scysje z własnym aparatem? Lepiej jest uchodzić za lidera prowadzącego samodzielną politykę niż za popychadło. Elektorat SLD ma swoją dumę, a spora jego część konszachtów z tzw. prawicą nie wybacza.
Napieralski odczekał kilka dni, w trakcie których Kaczyński umizgiwał się do niego w żałosnym stylu, deklarując np. zmianę używanego dotąd słowa postkomuna na lewica. Komorowski czekał na rozwój zdarzeń, bo milczenie jest złotem. Efekt dzisiejszej decyzji szefa SLD o braku poparcia dla Kaczyńskiego ośmieszyła starania tego ostatniego, a Komorowski i tak wiedział i wie, że jeśli ktoś z owych 13 % zechce wrzucić ważny głos do urny, to mało realne jest, że będzie to głos popierający PiS.
Tak się robi politykę. Topornie, czytelnie i nudno. Można też pisać listy, np. do żołnierzy i służb podległych MSWiA - razem około 250 tysięcy ludzi. Premier Tusk zapewnia w nim adresatów, że w jego rządzie nie są i nie będą prowadzone żadne prace zmierzające do odebrania uprawnień emerytalnych osobom, które pracują dziś w służbach mundurowych. Szef MON Bogdan Klich mówi, że list nie ma nic wspólnego z kampanią. Trzeba im wierzyć. Trzeba mieć też nadzieję, że choć jeden z 250 tysięcy listów nie wyląduje w koszu, i ktoś zachowa go na później, które to później może nastąpić wcześniej, niż się żołnierzom wydaje. Na kłamcę wyjdzie wówczas albo Tusk, jeśli prace zmierzające do odebrania zostaną zwieńczone sukcesem, albo Klich, jeśli Tusk będzie się wtedy wykręcał, że to była tylko kampania.
Tymczasem Jarosław Kaczyński obiecał Polakom nie jakiś tam czerstwy chleb, lecz igrzyska. Konkretnie olimpijskie. Z zimowymi jest pewien problem - przyznał - bo góry mamy niskie. Realnie zatem prezes patrzy na świat, skoro nie obiecuje tych gór ozłocić. Ale mamy dopiero wtorek przed niedzielą wyborczą, więc jeszcze 3 dni obiecywania, i jedna debata.
78
BLOG




Komentarze
Pokaż komentarze (4)