- Znasz się na polityce?
- Nie, nie znam się.
- Głosowałeś w wyborach?
- Oczywiście, to mój obywatelski obowiązek.
Tak wygląda większość rozmów między Polakami po I turze, jeśli toczone są szczerze. Mniejszość rozmówców stanowią absolwenci prawa, politologii, filozofii (ci znają się na wszystkim), dziennikarze TVN24 i różni działacze szczebla lokalnego, którym wydaje się, że są w dziedzinie polityki znawcami. Krótka zaduma nad przebiegiem dialogu pozwoli dostrzec, że demokracja jest bez sensu. Ale obowiązuje.
W szpitalu ogłoszono konkurs na dyrektora. Decydować o wyborze będzie jakaś komisja w oparciu o określone kryteria. Demokracja w tym przypadku nie istnieje. Tymczasem przeciętna rejestratorka, szatniarka albo okulistka więcej wie o funkcjonowaniu szpitala, niż większość Polaków o funkcjonowaniu państwa i o polityce. Oddanie decyzji o obsadzie władz szpitala w ręce rejestratorek oznaczałoby, że szpital działa w interesie personelu, a nie pacjentów, co zakrawa oczywiście na absurd. W restauracji również źle się dzieje, kiedy o sposobie przyjmowania zamówień od klientów decyduje związek zawodowy kelnerów. Właściwie kelnerów i kelnerek, jak chcą miłośnicy równouprawnienia.
W kapitalistycznym przedsiębiorstwie demokracja nie istnieje. Ale państwo to nie pizzeria - wmawiają nam politycy, i z powodzeniem lansują imponderabilia w takt Roty. Jeśli większość głosujących nie orientuje się, jaki efekt przyniesie wybór takiego, czy innego kandydata, to obywatelski obowiązek jest wykonywany machinalnie, bezmyślnie, automatycznie, czyli nieodpowiedzialnie. Do dupy z taką demokracją, w której o wyborze prezydenta decyduje nieodpowiedzialna masa ludzi głosujących przypadkowo.
Jakże to, przypadkowo? Odwołać się trzeba wyłącznie do wyobraźni, dowodów żadnych demokracja zebrać nie pozwoliła. Jeśli zarzucę demokracji, że kazała II turę zrobić w sezonie kąpielowym, i większość ludzi wybory zignoruje, zagłosują zaś ci, co przypadkowo urlop wzięli po 4 lipca, narażę się na pobłażliwe uśmiechy: w listopadzie wprawdzie większość ludzi siedzi w domu, ale ponieważ pada, też nie wyjdą, obawiając się zmoknąć - wymądrzy się obrońca ładu demokratycznego i obywatelskiego obowiązku.
Jeżeli oskarżę inżynierów demokracji o podstępne wyznaczanie głosowań na niedzielę, co sprzyja politykom, z którymi sympatyzują wyborcy odwiedzający kościoły, narażę się na sprzeczność, której pozorności nie zdążę do 4 lipca wytłumaczyć: wszak konserwatyzm liberalny, o który wojuję, lubi się z Kościołem, więc nie powinienem zrzędzić. Nie chodzę do kościoła, więc nie mogę oskarżać niedzielnej mszy o opiniotwórczość wyborczą. Zresztą, niedzieli w roku jest pół setki, trudno trafić w odpowiednią i do odpowiedniego kościoła.
Jeśli spróbuję wykazać, że obaj kandydaci niczym się od siebie nie różnią poza doczesną powłoką cielesną,szef sztabu któregoś z nich pokaże mi wyrok sądu, gdzie stoi, że prywatyzacja szpitali to nie to samo, co komercjalizacja. Jeśli zaśmieję się z Kaczyńskiego, który puszcza oko do lewicy usiłując zwerbować 2 miliony elektoratu Napieralskiego, Kaczyński niewinnie odpowie, że w ten sposób usiłuje zakończyć wojnę polsko - polską. A ciemny lud kupi każdy z powyższych wykrętów, ja zaś wyjdę na paranoika.
Jeżeli zaproponowałbym taki oto eksperyment myślowy: do II tury przeszedł Hitler i Stalin, załóżmy że zmartwychwstali, to czy obywatelski obowiązek nakaże iść w niedzielę po kościele w pogodny dzień lipcowy wybierać mniejsze zło? - wówczas zostanę zignorowany albo oskarżony z art. 212 kodeksu karnego, bo porównałbym dwóch kandydatów z Hitlerem i Stalinem, tylko nie wiadomo którego z którym. Co zresztą i tak nie było moją intencją, bo rzecz tkwi nie w kandydatach, lecz w mechanizmie, który każe iść na wybory ludziom, bo oni chcą z dumą spełnić swój obywatelski obowiązek.
Obywatelski obowiązek, szanowni państwo, to jest płacenie podatków i przestrzeganie obowiązującego prawa. Ewentualnie udział w powstaniu przeciw okupantowi, do czego nie zachęcam, znając smutne losy naszych powstań i powstańców. Udział w wyborach jest natomiast przywilejem, który fatalny wiek XX pod sztandarem demokracji rozciągnął na wszystkich, degradując jego znaczenie. Gdyby przyznawać prawo głosu tym, którzy rozumieją jego wartość, w wyborach nie byłoby przypadkowości, automatyzmu i walki o cudzy elektorat.
Mój kandydat nie znalazł się w II turze. Chociaż wychował mnie demokratyczny XX wiek, nie czuję imperatywu głosowania na kogoś, kto nie jest mi bliski w żaden sposób, tylko po to, by oszukiwać się, że oddałem głos na mniejsze czy większe zło. Nie należy głosować na żadne zło, dlatego w niedzielę na wybory nie pójdę.Wybierajcie sobie sami.
01.07.2010
P.S. W trybie wyborczym, trzy dni przed drugą turą, pielęgniarki podpisały porozumienie z minister zdrowia Kopacz na temat podwyżek. Zachęcam pielęgniarki, żeby w niedzielę zagłosowały na Kaczyńskiego, co oddali od nich podejrzenia, że są sprzedajne, i być może skłoni PiS, by w przyszłości dać im podwyżki po raz drugi.
118
BLOG




Komentarze
Pokaż komentarze