Skąd się bierze ogólnoludzka miłość do demokracji? Z wyrachowania małych ludzi. Skąd się bierze elitarna niechęć do socjalistycznych rozwiązań? Ze zgorzknienia tych większych, ale niestety nielicznych.
Dla pełnej jasności zaznaczam, że demokracja i socjalizm są terminami równoznacznymi. W demokracji decyduje większość, a ponieważ więcej na świecie jest idiotów niż ludzi rozsądnych, większością głosów zawsze wybiorą sobie oni bezpieczny, opiekuńczy socjalizm. Zaznaczam również, że piszę te słowa przy dźwiękach V symfonii Mahlera w wykonaniu filharmoników berlińskich, co oznacza, że nie będę utożsamiał się z żadną większością. Nigdy.
Po dziurawych ulicach naszych prowincjonalnych miast pętają się miliony ludzi z wyższym wykształceniem. Załóżmy na chwilę, że są to ludzie rzeczywiście inteligentni. Usuńmy z rozważań tych, którzy naprawdę robią coś pożytecznego, czyli lekarzy i inżynierów. Zapomnijmy o kompletnie bezużytecznych, czyli o prawnikach, filologach, pedagogach i meteorologach. Zostanie nam wciąż dość pokaźne grono absolwentów prawa, którzy nie wykonują zawodu prawnika, a także ekonomii, filozofii, socjologii, politologii i historii.
Program studiów, które kończą nasi humaniści jest zróżnicowany o tyle, że filozof nie zna się na kodeksie prawa administracyjnego, prawnik na imperatywie kategorycznym Kanta, a socjolog na wojnie stuletniej, ale każdy z nich zapoznał się z podstawami logiki (tu ekspertem będzie filozof), prawa konstytucyjnego (tu prawnik), nauką o społeczeństwie i tak dalej. Łączy ich ogólna wiedza na temat elementów ekonomii, jeśli absolwent takich studiów miał choć odrobinę przyzwoitości, żeby zapoznać się z tematem zajęć, powinien orientować się, jakie mechanizmy rządzą społeczeństwem, polityką i dziejami.
Po ukończeniu studiów magister socjologii, filozofii, czy politologii ma kilka wyjść. Emigracja na zmywaku, staż za 600 zł w urzędzie miasta, praca w lokalnej gazecie. Pomijamy znów tych, którym uda się odziedziczyć butik po rodzicach, albo otworzyć knajpę do spółki z pięcioma kolegami. Reguły gry są w XXI wieku takie, że szuka się, i na ogół znajduje, punktu zaczepienia w jakimś urzędzie. Ponieważ w skarbowym trzeba umieć liczyć, a w patentowym znać się na kinetycznej teorii gazów, skoro zatrudnili tam niegdyś samego Einsteina, zostają urzędy pracy, gminy, miasta, wojewódzkie, struktury unijne, a jak ktoś z Warszawy to i departament jakiegoś ministerstwa.
Studia wyższe nie muszą wcale polegać na uporczywej indoktrynacji - autonomiczne akademie by się nawet obraziły, że ktoś je śmie o to podejrzewać - żeby wyprodukować prounijnego, wielbiącego demokrację, społeczeństwo obywatelskie i państwo opiekuńcze magistra. Magister wie, że gówno znaczy, więc wpisuje się w kierat dobrowolnie i we własnym, chytrze już od matury pojmowanym interesie. Jeśli będzie wyznawał poglądy wolnorynkowe i liberalne, zaprzeczy sensowi istnienia tych wszystkich ciepłych posad, na które liczy po otrzymaniu dyplomu. Zły to ptak, co własne gniazdo kala - jakiego byśmy nie ruszyli tematu, ciągle tylko to ptactwo i ptactwo.
Wyłonieni wyżej w drodze eliminacji tak zwani humaniści są jedyną grupą tak zwanej inteligencji, która jest w stanie zrozumieć ustrój, zmienić go, i jako jedyna jest tym tematem w ogóle zainteresowana. Lekarze i inżynierowie zajmują się swoimi receptami i rajzbretami, przedszkolanki i nauczycielki swoją kawą, a prawnicy kasą. Humaniści wiedzą co w trawie piszczy, ale sorry Winnetou... business is business.
Poczynione na wstępie założenie, że absolwenci wyższych uczelni są ludźmi inteligentnymi, stanowi okoliczność obciążającą, bo imputuje im wyrachowanie i chytrość. Jeśli przyjąć, że część z nich to bałwany niegodne dyplomu magistra, a magistra nauk społecznych w szczególności, stajemy przed takim oto dylematem: czy lepszy sprytny obrońca demokracji, który w nią nie wierzy, czy też dureń, który dał sobie wpoić socjalistyczne miazmaty i sam je wyznaje?
Żyjemy otóż w takim ustroju, gdzie dane są nam takie właśnie wybory - między dżumą i cholerą.
98
BLOG




Komentarze
Pokaż komentarze