Ma rację Jerzy Urban pisząc o psychologicznym przełomie, jaki dokonał się pod Pałacem Prezydenckim w cieniu krzyża. Oto po raz pierwszy w dziejach rozbawiony tłum kontestował Kościół. Śpiewał, skakał i tańczył przeciwko klerowi, jego logo, jego roli politycznej, jego gustom, nadęciu, zakazom, dominacji i sympatiom politycznym. Podskakiwano także przeciw przymusowi krzyża i jego nietykalności. Opadł strach przed tym znakiem i jego dysponentami. Powiedziano: koniec szantażowania wiarą. Nastąpiło więc odczarowanie tabu Polaków. [http://www.nie.com.pl/art23630.htm]
Dalej pisze Urban tak: Przełom psychologiczny nastąpił i będzie miał następstwa. Strony sporu nie rozumieją własnego interesu albo udają, że go nie pojmują. W wyłącznym interesie PiS i Radia Maryja leży właśnie jak najszybsze usunięcie tego krzyża, którego bronią. To przecież jest już symbol ich porażki i postępującego ośmieszenia. Pretekst do grania na nosie katonacjonalistom i miejsce uprawiania tego. Tym samym w interesie Tuska, Komorowskiego i PO jest trwanie w tym miejscu krzyża, więc i ulicznego festiwalu wolności.
Wieści są ogólnie dobre, ale humor psują niedopowiedziane drobiazgi, które nastąpią w formie reakcji. Każda bowiem rewolucja takową posiada. Reformacja wywołała kontrreformację, rewolucja francuska skończyła się restauracją, rewolucja październikowa zrodziła reakcjonistów, których zwalczano i nękano, aż w końcu upadł mur berliński i zdobycze rewolucji też szlag trafił.
Zajścia spod krzyża staną się krzywdą środowisk kościelnych, którą trzeba będzie pomścić. Środowiska owe tylko do pewnego stopnia uprawiają politykę nadstawiania drugiego policzka. Czując, że wymyka im się z rąk sprawowany od wielu lat rząd dusz, będą próbowały w dokuczliwy sposób go odzyskać, najpewniej nieskutecznie, przynajmniej w bliskiej perspektywie.
Odróżnić trzeba Kościół, dostojny i w purpurze, od jego siepaczy z kręgu PiS i Radia Maryja. Kościół jako taki nie będzie firmował kontrofensywy; zostawi to politykom i publicystom. Ci zaś potrafią uprzykrzyć życie zwyczajnym ludziom, co znamy z początku lat 90-tych. Religię i krzyże w szkołach oraz zakaz aborcji zdobyto tak, jak GPW gmach KC, czy też Hitler Austrię - bezdyskusyjnie i bez walki. I tak, jak po Anschlussie niektórzy wiedeńczycy, zwłaszcza nieochrzczeni, poczuli się nieswojo, tak i u nas część społeczeństwa bez entuzjazmu przyglądała się postępującej klerykalizacji instytucji i obyczajów.
Nowe, integrujące się się z zachodnią cywilizacją społeczeństwo ma dość; pytanie tylko jak liczna jest grupa, która dość nie ma, i do jakich nieprzyzwoitości zdoła się posunąć, by laicki zryw ukrócić.
* * *
W trzydziestą rocznicę podpisania Porozumień Sierpniowych podczas uroczystości w Gdyni na mównicę wkroczyła nieproszona Henryka Krzywonos, tramwajarka, która 15 sierpnia 1980 roku zatrzymała tramwaj nr 15 ogłaszając, że ten tramwaj dalej nie jedzie, co oznaczało przystąpienie do strajku trójmiejskiej komunikacji. Z mównicy pani Henryka bluznęła na siedzącego w pierwszym rzędzie Jarosława Kaczyńskiego, oskarżając go o buntowanie ludzi przeciwko sobie i niszczenie godności Lecha Wałęsy.
Jaka by ta godność nie była, jeśli zderza się ze sobą osobowości Jarosława Kaczyńskiego i Lecha Wałęsy, już sama przyzwoitość każe solidaryzować się jednak z Wałęsą. Zadziwiające, jak wiele Kaczyńskiemu brakuje, by dorównać temu zabawnemu, porywczemu, marionetkowemu i kiepsko umiejącemu się wysławiać wodzowi buntu załogi stoczni przeciwko monopolowi CRZZ.
W tamtych magicznych czasach, kiedy skakano przez płoty i zatrzymywano tramwaje, doszło do zakończonego triumfem strajku robotników, przedtem i potem tłamszonych i pomijanych. Raz jeden masy wybiły się na czołówki gazet, tych reżimowych. Coś tam sobie wywalczyły, głównie mszę transmitowaną w publicznym radiu. Potem przez 30 lat był spokój, jeśli pominąć okazjonalne wystąpienia Anny Walentynowicz (zginęła w katastrofie smoleńskiej) powszechnie uważanej za wariatkę i ignorowanej.
Żal, że się jednak nie udało i gorycz płynąca z obserwacji życia elit każą dziś tamtym bohaterom wykrzykiwać nieskładne zdania z mównic. Niech się cieszą, że w ogóle w okolice tych mównic bywają jeszcze zapraszani, choć Wałęsa obraził się już całkiem i zaproszenia uroczyście odrzuca. Czy mają rację? Każdy jakąś rację ma, a nieśmiało zwracam uwagę na fakt, że oni nie chcą chleba, orderów, specjalnych rent i posad, a wołają o coś zupełnie innego. Czy ktoś ich wysłucha? Mocno wątpliwe w czasach, kiedy rolę Wolnej Europy gra TVN24.
* * *
W każdej baśni jest coś prawdziwego. Powieści socrealistyczne i te wpisujące się w nurt historyczny ruchu robotniczego ukazywać lubiły narastający w ludziach gniew, który prowadził do erupcji i zmian. Zdarzały się krwawe niedziele i rewolucje lutowe, niepotrzebnie ginęli ludzie, co powieści owe pokazywały jako zjawiska bardzo potrzebne, choć nie tłumaczyły komu i do czego. Nawet obojętni albo niechętni władzy ludowej, ale wrażliwi społecznie pisarze - jak Melchior Wańkowicz - wyczuwał tego ducha mas. Że nie wspomnę o specjalistach w rodzaju Ortegi y Gasseta.
Jedno jest pewne. Ludziom brakuje jakiejś wielkiej, oddolnie ukształtowanej, spontanicznej draki. Nie takiej, jak kolejne żałoby narodowe, które są narzucone z góry, bo przez media przecież. Takiej, jak bunt ludzi spod Pałacu Prezydenckiego przeciwko kultowi dwóch zbitych desek symbolizujących Krzyż, który symbolizuje z kolei coś tam jeszcze. Takiej, jak gorzkie słowa emerytowanej tramwajarki rzucone w twarz uśmiechającego się pogardliwie prezesa Kaczyńskiego. Takiej szczerej, którą TVN24 pokaże, a nie zainspiruje.
To mówiłem ja, wróg socjalizmu, który prowadzi lud na barykady, do walki z nim samym.
30.08.2010
111
BLOG




Komentarze
Pokaż komentarze