ochocki ochocki
155
BLOG

Deus et natura

ochocki ochocki Polityka Obserwuj notkę 3

Człowiek w swojej helisie, podwójnej zresztą, miewa różne błędy, wypaczenia i wynaturzenia. Ot, jeden jest pijakiem, inny łajdakiem, ów kocha inaczej albo zbiera stare monety. Część owych perwersji staje się modą i powszednieje jako nieszkodliwe, inne - równie nieszkodliwe - są znienawidzone przez ogół i wymagają ochrony prawnej w dumnych Deklaracjach Praw Człowieka, tudzież oswajane są poprzez parady równości.

Spora część populacji homo sapiens wykazuje tendencje do posiadania wyznania religijnego. Trudno orzec bezspornie, czy to znów ta helisa, czy - jak proponuje Dawkins - element kultury, w DNA zakorzeniony o tyle, że przetrwaniu gatunku i samolubnego genu dobrze służy posłuszeństwo rodzicom, starszeństwu plemiennemu i przywódcom duchowym. Brak namacalnych dowodów na istnienie boga, czy bogów, każe wpajać wiarę w niego (w nich) dzieciom równolegle do nauki siusiania czy bazgrania w zeszytach. Bez pokolenia rodziców nikt z nowonarodzonych nie odkryłby istnienia religii, chyba że sam by ją wymyślił, jak to z pewnością uczyniono u zarania dziejów.

Religia na co dzień nie szkodzi, ale doczekaliśmy się w XX wieku filozofów, którzy całkiem zręcznie potrafili wywieść istnienie obozów koncentracyjnych z filozofii Parmenidesa (o którym słyszał z pewnością Nietzsche, ale już na pewno nie Hitler), więc można sobie zamknąć oczy i pomyśleć, ilu wojen - przynajmniej religijnych - bez religii nie trzeba by opisywać w i tak nudnych podręcznikach. Gdyby żydzi aszkenazyjscy i sefardyjscy nie słyszeli o Jehowie, łatwiej by się do 1935 roku zasymilowali z katolikami, którzy też nie wiedzieliby kto im ukrzyżował Chrystusa (jakiego Chrystusa?). Hitler miałby trudniej z porwaniem za sobą aryjczyków. Bin Laden może by i kazał wlecieć komuś samolotem w WTC, ale ciężko byłoby mu przekonać wytypowanego zamachowca, gdyby ten spytał po co.

W Kaszmirze nie wyrzynaliby się etnicznie ze sobą spokrewnieni muzułmanie i hinduiści. Pastor Terry Jones z Florydy nie ogłaszałby rocznicy 11 września dniem palenia Koranu. Dzieci z Wrześni musiałyby sobie wynaleźć inny pretekst do strajkowania, a dzieci z 1990 roku nie dostałyby od rządu Mazowieckiego religii w szkołach.

SLD pod wpływem cyrku wokół krzyża pod Pałacem Prezydenckim i w atmosferze ogólnonarodowych dyskusji o szkolnictwie z okazji 1 września odświeżył pomysł o przepędzeniu ze szkół katechetów. Od tego jest partia lewicowa, żeby takie sprawy poruszać. Ponieważ sprawa jest nie do ruszenia, nie będę przekonywał do poparcia inicjatywy SLD. Pobajdurzę o religii w szkołach ogólnie i trochę jako kombatant.

Ksiądz w pełnym umundurowaniu to było we wrześniu 1990 roku jednak jakieś wydarzenie w szkole podstawowej. Wcześniej na religię chodziło się do salek katechetycznych przy parafii, co miało minusy - dodatkowe szwendanie się dzieciarni po mieście - ale i plusy: dodatkowe szwendanie się po mieście, co dzieciarnia lubiła. Kiedy mi się nie chciało, to nie szedłem. Pod koniec roku katechetka cenzurkę i tak wypisała, bo dla Kościoła ilość wydanych cenzurek wyznaczał skalę zwycięstwa, jakie odniesiono nad reżimem. A że był to reżim zdychający, zwycięstwo było też takie sobie. W systemie pozaszkolnym, salkowym, dostąpiłem pierwszej komunii, średnio udanej, bo zamiast roweru dostałem hulajnogę.

Pierwszy ksiądz katecheta monotonnym głosem wygłaszał (odczytywał?) co najmniej treść kolejnych encyklik, tak cała szósta klasa ziewała. Drugi był wesoły i porywczy, rzucał w hałasujących smarkaczy kredą. To budziło sprzeciw przeciwko instytucji religii w szkole, ale poza lecącą kredą religia w szkole nikomu nie przeszkadzała. Poszedłem do liceum. Ksiądz był smętny i tym razem durny - wystawiając stopnie na pierwsze półrocze wzywał kolejno do odpowiedzi i odpytywał z przykazań, modlitw i innych takich. Trzy cnoty boskie? - Walka, praca socjalizm - mruknąłem i pobiegłem do wychowawczyni wraz z kolegą, który usłyszał, że nie dostanie oceny bo nie chodzi do kościoła. Kolega został moim przyjacielem - tak prześladowania religijne zbliżają ludzi - i obaj na ręce wychowawczyni złożyliśmy rezygnację z dalszego chodzenia na religię. Zaznaczam, że nikt nas oczywiście nie prześladował, tylko by spróbował.

Nie chodzenie na religię oznaczało siedzenie przez 45 minut w bufecie, latem wałęsanie się po parku, możliwość załatwienia ważnych spraw w stylu zerżnięcia zadania domowego. Etyki nie było jak dzisiaj, co umożliwiło nam wałęsanie się, bez konieczności siedzenia na jeszcze jednej nudnej lekcji. Katecheci się zmieniali - chyba wysyłano co jakiś czas księdza do Watykanu albo do Afryki - przychodził następny, wtedy siadaliśmy w ławkach żeby go przetestować, może jakiś normalny przyjdzie? Testu nie zdał żaden, maturę zdaliśmy, jeden z nas się nawet ożenił, da się.

Krótka dygresja na temat prawa kanonicznego: jeśli w związku ze ślubem kościelnym nie okaże się księdzu świadectwa ze szkoły średniej z wpisaną oceną z religii, należy:
a) wmówić księdzu, że się ma wykształcenie podstawowe;
b) odsiedzieć kilka godzin nauk przedmałżeńskich;
c) dogadać się (istnieją księża wyposażeni w rozum);
d) dogadać się i dopłacić;
e) wziąć tylko cywilny.
Odradzano mi tzw. ślub konkordatowy. Taki bowiem związek zakleszcza jego część cywilną i kościelną w sposób nie do odplątania. Jeśli weźmiemy osobno cywilny w urzędzie i kościelny w kościele, cywilny da się potem rozwiązać w sądzie (i powtórnie zawrzeć ślub cywilny z kimś innym). Kościelny jest nie do rozwiązania (bardzo trudne i żmudne) a konkordatowy ma to do siebie, że nie da się rozwiązać tylko cywilnej jego części w sądzie. Nie wiem ile w tym prawdy, polecam sprawdzić, na wszelki wypadek, jeśli ktoś gustuje w rozwodach.
Koniec dygresji.

Represyjność religii w szkołach, o czym wrzeszczy lewica, jest iluzją. Kto nie chce (w podstawówce decydowali rodzice) - nie chodzi. Jeśli istnieją prześladowania innowierców ze strony innych uczniów, nie znikną, kiedy wykopie się katechetów z powrotem do salek. Szkoła jako instytucja jest zbyt nieudolna, żeby zdążyła zauważyć i zareagować represjami na to, że ktoś nie chodzi na religię. Krzyże w klasach (za moich czasów wisiały nie wszędzie, tak jak kwiatki na parapetach bywały lub nie) nikogo nie deprawują, bo przyzwyczaił się do krzyży żyjąc w kraju, w którym stawia się je na ulicach.

Kwestia obecności religii w szkole przypomina spór wokół listy lektur omawianych na lekcjach języka polskiego. Jeśli ktoś nie ma ochoty czytać wszystkich, tylko niektóre, nie dostanie na świadectwie oceny bardzo dobrej, nie dostanie się na polonistykę, bo też jako nieuk nie powinien. Jeśli ktoś wybiera się do seminarium duchownego, powinien prawdopodobnie na religię chodzić. Może ewentualnie udawać, że doznał iluminacji po maturze, Kościół nie takie cuda widział.

Z mojej decyzji o nieuczestniczeniu w katechezie jestem dzisiaj zadowolony. Zyskałem kilkadziesiąt godzin rocznie wolnych od smętnego trucia księdza katechety. Nie czuję, żebym coś stracił. Jeśli poczuję, udam się do stosownych sanktuariów, przeczytam brewiarz albo zapiszę się do kółka różańcowego.

Pomyliłem się tylko sądząc, że od 1994 roku klerykalizacja Polski będzie postępować, a ja występuję przeciwko temu dzielnie odmawiając chodzenia na szkolną religię. Ani ja nie zaszkodziłem klerykalizacji, ani ona mnie, a jeśli kogoś ona dzisiaj mierzi, polecam wyłączenie telewizora. Jeśli jeszcze gdzieś poza telewizją klerykalizacja występuje, to tylko w szkołach, gdzie na religię chodzą nasze dzieci. Ale nie muszą, jak i ja nie musiałem.

7.09.2010

ochocki
O mnie ochocki

. . . PRECZ Z KOMUNĄ !

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Polityka