Na początku lat 50. XX wieku w Stanach Zjednoczonych rozgorzała krwawa krucjata paru facetów pod wodzą senatorów McCarrana i McCarthy'ego, wymierzona w starannie dobrane tzw. osoby publiczne, kojarzone z szeroko pojmowaną lewicą, które oskarżano wprost o komunizm i szpiegostwo na rzecz NKWD. Po kilku latach makkartyzm uwiądł jako rodzaj wstydliwego nadużycia, o czym świadczą kręcone po dziś dzień nudne rozliczeniowe filmy hollywoodzkie. Makkartyzm stał się synonimem haniebnego polowania na czarownice, używania państwowych mechanizmów represji do załatwiania prywatnych rozliczeń, i zwykłego draństwa.
W tym samym czasie w obezwładnionej stalinowskim terrorem Polsce zwalczano imperialistów, sprzymierzoną z nimi stonkę, kułaków, AK-owców i faszystów. Istota tego szaleństwa była podobna do amerykańskiej zabawy ze szpiegami, choć metody bardziej barbarzyńskie, a skutki tragiczne. Za oceanem ludzi zamieszanych w makkartyzm na ogół wyrzucano z pracy i nie zapraszano na weekendowe barbecue. U nas tysiące ludzi spędziło lata w niezbyt przytulnych więzieniach, wielu zamordowano.
W 99 przypadkach na 100 Amerykanin, którym zainteresowała się komisja McCarthy'ego, miał z komunizmem tyle wspólnego, co oskarżony o szpiegostwo na rzecz USA dowolnie wybrany polski wywrotowiec, którzy miał pecha należeć do nie tej co trzeba formacji partyzanckiej w czasie wojny, albo chłop, który nie dość entuzjastycznie skomentował przy świadkach kółka rolnicze. O ile z oskarżeń o szpiegostwo można się śmiać, bo były wszak surrealistyczne, to smutne dziś, a wówczas straszne, są i były zarzuty o sympatie faszystowskie. Faszyzm dał się bowiem we znaki narodowi polskiemu tak, że nawet komunizm, który przyszedł po nim, naród ów mógł znieść jakoś lżej, skoro już przynajmniej nie rozstrzeliwano przypadkowo z łapanki, i nie palono żydów w piecach.
To w latach 50. utrwaliło się ludowe przekonanie, że faszyzm polega właśnie na łapankach, strzelaniu i prowadzonej na osławionej rampie selekcji materiału do pieców krematoryjnych. Naziści zawłaszczyli sobie faszyzm do tego stopnia, że nikt dziś nie potrafi odróżnić poprawnie takich terminów, jak faszyzm, nazizm, rasizm, narodowy socjalizm czy nacjonalizm. Niezrozumiałe, mylone jedne z innymi, wrzucane są do wspólnego worka z napisem 'zbrodniarze'. Jeden z worków sporządził, napełnił i zawiązał redaktor Blumsztajn z Gazety Wyborczej.
Blumsztajn, mając nazwisko niearyjskie, musi się strasznie bać, że jeśli ktoś niesie flagę ONR z Falangą, oznaczać to musi wezwanie do zabijania żydów. Ponieważ z zabijania żydów słynął Hitler, Blumsztajn kreśli polityczne drzewo genealogiczne, które wiąże Hitlera z nosicielem owej flagi. Falanga przed wojną uprawiała bowiem getto ławkowe, a ponieważ Blumsztajn wierzy w ewolucję, wie, że z getta ławkowego, jeśli coś może wyewoluować, to tylko zabijanie żydów. Potem takie bzdury Blumsztajn niesie do drukarni, a ludzie czytają w Wyborczej, że marsz zbrodniarzy poparli Korwin-Mikke i Ziemkiewicz.
Wyjaśniam panu Blumsztajnowi, który potrafi rozpoznać faszystę po tym, kto z kim i gdzie maszeruje: faszyzm, którego pochodzenie określa się jako włoskie, nie miał wiele wspólnego z tym, co w Niemczech rozwinęło się pod nazwą narodowego socjalizmu. Ponieważ zbrodniczy narodowy socjalizm ma w swojej nazwie słowo będące oczkiem w głowie lewicy, pomija się prawidłowe określenie tej bandyckiej ideologii, i pan Blumsztajn używa najbliższego, jego zdaniem, pokrewnego, faszyzmu.
Istotą faszyzmu, poza zwalczaniem demokracji i skłonnością do wodzowskiego autokratyzmu, jest dążenie do pełnej kontroli władzy nad życiem społecznym i gospodarczym, a także propagowanie gospodarczego etatyzmu i korporacjonizmu. Czyżby pan Blumsztajn zapomniał, kto w Polsce i w jaki sposób zamknął sklepy z tzw. dopalaczami, i która z gazet ochoczo to bezprawie poparła? Czy nie jest groźniejszą tego typu ingerencja w życie gospodarcze od kilku okrzyków 'Bóg, honor i ojczyzna' wzniesionych 11 listopada przez grupę młodzieży określających się jako 'narodowa'? I co złego jest w tym, że akurat narodowa? Może pan Blumsztajn wolałby bezpaństwowców, jak u Remarque'a, tyle, że obywatelstwa pozbawiałaby ich dla odmiany Platforma Obywatelska, albo Gazeta Wyborcza? Za to, że wznoszą okrzyki niezgodne z oficjalnie obowiązującą proeuropejską mitologią?
Młodzież, która przemaszerowała 11 listopada ulicami Warszawy, buntuje się przeciwko nieznośnie upierdliwemu jej zdaniem, a moim zdaniem (panie Blumsztajn, uwaga!) faszystowskiemu państwu, nakładającemu na obywateli coraz większe ciężary fiskalne, ograniczającemu ich wolność uciążliwymi przepisami sięgającymi nawet do sfery obyczajowości. Najbliższy z faszystowskich zakazów, jaki nas czeka, to zakaz palenia w miejscach publicznych, który profaszystowska Gazeta pana Blumsztajna popiera.
Skoro redaktor Blumsztajn ma, tak jak senator McCarthy, prawo i moc określania, kto jest faszystą, to i ja mogę tak nazwać redaktora Blumsztajna, i władzę której on broni. Z tym, że ja potrafię to uzasadnić. Problem z takim przerzucaniem się anatemami polega na tym, że nie służy ono niczemu dobremu. Atmosfera w polityce gęstnieje i bez niepotrzebnego drażnienia prawicowej młodzieży oskarżeniami o wydumany w pokoju redakcyjnym na Czerskiej faszyzm. Troszczy się o to codziennie grupka stęsknionych za władzą kolegów prezesa Kaczyńskiego. Oby nie zechciała uderzyć w blumsztajnowski antyfaszyzm, bo bilans następnych demonstracji w stolicy (i nie tylko) może okazać się gorszy, niż jeden pobity Biedroń.
http://pl.wikipedia.org/wiki/Faszyzm
http://fakty.interia.pl/felietony/ziemkiewicz/news/blumsztajn-i-jego-faszysci,1556590
http://korwin-mikke.blog.onet.pl/Kogo-popieracie-fin,2,ID416939129,n
13.11.2010
659
BLOG




Komentarze
Pokaż komentarze (3)