Rzeczpospolita podała, że zakaz handlu tzw. dopalaczami obchodzony będzie za pomocą automatów, które będą wydzielać chętnym zakazaną substancję w zamian za wrzucone żetony, sprzedawane za pośrednictwem zagranicznych sklepów internetowych. Tym samym transakcja kupna odbędzie się de facto za granicą, w Polsce dojdzie jedynie do 'odebrania przesyłki'. Minister Kopacz ma na ten temat odrębne zdanie i używa uparcie sformułowania 'wprowadzenie do obrotu nielegalnej substancji'.
Pani minister zdrowia ma trudne i ważne zadanie do wykonania. Jeśli nie uda jej się wykazać, że transakcja ma miejsce tam, gdzie spożycie, a nie tam, gdzie trafia przelew, Sejm zajmie się sporządzeniem ustawy o tym, co można, a czego nie można sprzedawać automatycznie, tzn. za pośrednictwem automatu. Za rok automaty zostaną komisyjnie zdemolowane, ale ponieważ marża na dopalaczach sięga kilkuset procent, kolejnym 'królom' opłaci się zainwestować np. w uruchomienie sieci konsulatów honorowych Republiki Czeskiej w każdej gminie, na terenie których (czyli, wg prawa międzynarodowego, na ziemi czeskiej) będzie można nabyć zakazaną substancję, zażyć ją i zaraz potem wrócić do kraju na haju.
Zanim eksperci od prawa międzynarodowego wypowiedzą się na temat tej bzdury, handlarze wymyślą kolejną, a gdy pomysły im się skończą, zejdą do podziemia, gdzie rywalizować będą ze starymi wyjadaczami, tj. z mafią. Mafii oczywiście zależy na jak najszybszym załatwieniu kwestii dopalaczy, które robią konkurencję tradycyjnym dragom. Socjalistyczny rząd natomiast, jak to ma w zwyczaju, bohatersko walczy z problemem, który w normalnym ustroju po prostu nie istnieje (S.Kisielewski).
Zakaz handlu dowolnym, określonym w ustawie dobrem, zawsze ma idiotyczne konsekwencje. Terminu 'dobro' używam, rzecz jasna, w znaczeniu ekonomicznym, nie moralnym. Śmiesznie jest, kiedy na liście towarów zakazanych umieszczamy broń nuklearną, marihuanę, dopalacze i ludzkie organy do przeszczepów. Człowiek instynktownie wie, że wycięta komuś nerka, albo uran różnią się od takiego drobiazgu, który służy ludziom jako środek odurzający, działający podobnie, ale mniej szkodliwie od dozwolonego (jeszcze) alkoholu. Ponieważ jednak instynkt należy do atawistycznych zboczeń, państwo musi prowadzić propagandę, że po wódce nie wolno jedynie prowadzić samochodu, dopalaczy natomiast nie można nawet powąchać, bo nie i już.
Wydatki na walkę z narkotykami są tak wysokie, że całej armii ludzi dysponujących tymi kwotami zupełnie nie opłaca się czegokolwiek legalizować. Przeciwnie - im więcej zakażą oni substancji i gadżetów, tym więcej będzie etatów i nadgodzin w urzędach, policji, sądach i placówkach medycznych, które przymusowo 'leczą' skazanych na taką 'resocjalizację' małolatów złapanych w pubie ze skrętem w kieszeni. Handlarze narkotyków sprzedają je grubo powyżej ich realnej wartości (tzn. wartości rynkowej w sytuacji, gdy ów rynek nie jest czarny), bo w cenę każdej działki amfetaminy wliczone jest ryzyko złapania i uwięzienia całego łańcucha ludzi uczestniczących w produkcji i dystrybucji. Logiczne jest zatem przypuszczenie, że mafie narkotykowe wręcz płacą politykom za to, by im do głowy nie przyszło cokolwiek zalegalizować.
Ludzie cenią sobie wygodę. Lubią, kiedy państwo zakazuje handlu narkotykami, bo to zwalnia ich z obowiązku takiego wychowania dzieci, żeby trzymały się one z daleka od dragów. O ile jednak wiem, dzieci do narkotyków lgną i tak, pomimo zakazów, i ciągle podaje się w mediach histeryczne statystyki, ilu to mamy uzależnionych w liceach, a ilu sięgnęło po coś przynajmniej raz w gimnazjach. Polityka antynarkotykowa nie zdaje więc egzaminu, jeśli przyjąć, że jej celem jest całkowita eliminacja narkotyków, a to przecież głoszą wprost stosowne ustawy, zakazujące produkcji i handlu całkowicie, a nie tylko trochę. Jest za to owa polityka kosztowna, płacą zaś za nią wszyscy podatnicy - również bezdzietni.
A propos dzietności. ZUS, zamiast popełnić honorowe harakiri, bierze kredyty, żeby mieć czym zapłacić emerytury i renty już dziś, choć wiadomo, że będzie jeszcze gorzej. Liczba osób płacących obowiązkowe składki (vide art. 304 KK) spada i będzie spadać, w porównaniu z liczbą uprawnionych do otrzymywania świadczeń ZUS. Państwo socjalistyczne znajdzie się niebawem w sytuacji, kiedy miliony ludzi ruszą na urzędy z cegłą w dłoni, z pytaniem 'gdzie nasze pieniądze?'. Wróżę w związku z tym świetlaną przyszłość dla producentów narkotyków i miłośników ich zażywania, kiepską zaś dla mafii. A będzie to wyglądało tak:
Politycy, łasi na łapówki od mafii narkotykowej, ale zagrożeni utratą posad w obliczu oddolnej rewolucji, która pogoni ich precz w związku z upadłością ZUS-u, zdołają ugłaskać naród i uratują jego emerytury wprowadzając do legalnego obrotu wybrane substancje narkotyczne i okładając ją stosowną akcyzą. Cena działki narkotyku spadnie do poziomu, który zagwarantuje eskalację społecznego problemu o nazwie 'narkomania', co uzasadni rozbudowę stosownych struktur państwowych, powołanych do zwalczania skutków zażywania, tak jak dziś walczy się z alkoholizmem, choć sklepowe półki uginają się od sprawcy problemu. Dochody z akcyzy od amfetaminy i marihuany sfinansują ZUS i kolejne hordy urzędników, których będzie więcej, choć będą zarabiać nieco mniej. Socjalizm wzniesie się do poziomu metasocjalizmu i ogarnie sam siebie, w myśl zasady 'każdemu po równo, byle wszyscy mieli zajęcie'. Biorąc pod uwagę zainteresowanie, jakim cieszą się zakazane obecnie używki na rynku, kasy wystarczy na kolejne 50 lat.
Ponieważ naturalnym rozwiązaniem problemu zakazów i akcyz jest likwidacja ich obojga, najprościej i najlepiej byłoby od jutra pozwolić na sprzedaż każdej substancji narkotycznej, przy jednoczesnej likwidacji akcyzy na alkohol, papierosy, benzynę, podatku dochodowego, zmniejszenie VAT-u itd, itp. Skoro jednak nikt nie słucha rad rozsądnych, prowadzących do normalności, skłonny jestem podpowiedzieć władzy rozwiązanie wprawdzie absurdalne, ale za to korzystne dla niej samej, z pobudek czysto egoistycznych. Strasznie lubię mianowicie zapalić sobie od czasu do czasu coś, co jest obecnie zakazane, i dlatego zapalić nie mogę. Być może umożliwi mi to demografia. Jeśli zaś władza chce pomóc demografii, i jeszcze czegoś zakazać, co bardzo lubi, podpowiadam: zabrońcie sprzedawać prezerwatywy. Kościół będzie zachwycony, ZUS poradzi sobie nieco dłużej bez konieczności legalizowania narkotyków, za to później dzieci do wyciągania z narkomanii przez urzędników będzie w bród.
25.11.2010
257
BLOG




Komentarze
Pokaż komentarze (1)