Wszyscy stękają, że raport pani generał Anodiny wybiela stronę rosyjską i zrzuca odpowiedzialność za wypadek w Smoleńsku na Polaków. Będą odwołania, polemiki i żądania rewizji stanowiska agencji MAK, zwanej niezależną. Niezależną od kogo? - chciałoby się spytać. To zależy...
Gdyby pani Tatiana Anodina zwykła pisywać raporty nielojalne wobec Federacji Rosyjskiej, której interesów broni przecież cały sztab takich generałów, jak ona, nie awansowałaby nigdy powyżej stopnia lejtnanta - konstruktora śmigieł do helikopterów, zaś taki sam raport MAK podpisałby po prostu ktoś inny. Publiczność polska instynktownie wierzy, że najprawdopodobniej to pilot, akurat Polak, doprowadził do wypadku, tak jak to ma miejsce w większości podobnych zdarzeń. Komentatorzy zaangażowani emocjonalnie, czyli PiS, lansują teorię wywołanej przez Rosjan sztucznej mgły i oburzają się na rzekome 0,6 promila w generale Błasiku zapominając, że jeden nietrzeźwy w gronie 96 pasażerów samolotu, i to lecącego do Rosji, to wcale przyzwoity wynik.
Ciągle natomiast wlecze się, i będzie wlókł przez najbliższe dziesięciolecia wątek sensacyjny, osnuty wobec irracjonalnego zabobonu, jakoby głowy państw nie ginęły w wypadkach, bo to specjalność pijanych kierowców busów, lecz męczeńsko w zamachach. Dumniej jakoś myśleć, że mamy i my swojego Kennedy'ego, niż wsiadać na pokład Ryanaira lecącego do Tunezji z myślą, że i tym razem pilot może za czwartym podejściem posadzić maszynę na skrzydle. Teoria zamachu dodaje splendoru Polsce jako krajowi ważnemu i docenionego w świecie, nie bardzo wiadomo na jakiej podstawie, skoro częściej zabijani są w zamachach marionetkowi przywódcy republik bananowych, niż tych zasypanych śniegiem. Najwięcej powagi i procentów w słupkach mit o zamachu doda zapewne swoim głosicielom, spośród których kamera najbardziej dziś kocha zięcia zmarłego prezydenta, Marcina Dubienieckiego.
Ambicje tego przypadkowego beneficjenta jakże malowniczego małżeństwa z Martą Kaczyńską, znane na razie tylko z tabloidowych spekulacji, stanowią dowód upadku etosu zawodu prawnika we współczesnym świecie. Skoro adwokatowi, z nie byle jakimi koneksjami, marzy się kariera polityczna i przywództwo w PiS, co ma powiedzieć aplikancina z Gubina, czy Oławy, który zapisując się do lokalnych struktur partii nie może być nawet pewny, czy egzekutywa zadecyduje o jego przyjęciu. Dubieniecki liczy, jak mniemam, na mandat poselski i potem wykop do struktur unijnych, co da mu 10 lat obycia na salonach, bardziej przydatnego w karierze prawnika, aniżeli doświadczenie, czy zgoła znajomość prawa. Najzabawniejsze, że osierocony w katastrofie zięć nigdy nie oskarży o zamach nikogo konkretnego, bo nie pozwoli mu na to ani polityczna poprawność, ani brak poszlak, nie mówiąc już o dowodach.
Logiczny do bólu elektorat, jeśli mu powiedzieć, że prezydent zginął w samolocie radzieckiej produkcji, w rosyjskim lesie nieopodal lotniska, którego personel stanowili Rosjanie, nie wpadnie na pomysł, że za ewentualnym zamachem stali Francuzi, lub Papuasi. Z drugiej strony, polskie służby specjalne, które jako jedyne na świecie mogły być choć trochę zainteresowane pozbyciem się głowy polskiego państwa, grożącej im zapomnianym już dziś nieco Aneksem do Raportu o WSI, są dla Dubienieckiego groźniejsze, bo na miejscu, możliwe do zidentyfikowania i uwikłane w setki innych spraw. Po co więc oskarżać realnie istniejącego przeciwnika, skoro można w kameralnych mediach polskich rzucać niesprecyzowane tezy o zamachu w niedookreślonym kierunku wschodnim, gdy wiadomo, że Rosja nie będzie się fatygować dementowaniem bądź uciszaniem. Nikt przecież w świecie nie będzie jakiegoś Dubienieckiego traktował poważnie, więc kłopotów Putinowi na arenie międzynarodowej nie przybędzie.
Stanie więc Dubieniecki do wyborów i wygra je, bądź przegra. Niezależnie od kalibru kariery, jaką zrobi na współczuciu, którym naród obdarzy zięcia ofiary katastrofy, powraca pytanie o cel demokracji. Gdyby katastrofy nie było, Dubieniecki nie zaistniałby jako kandydat do czegokolwiek. Czy fakt, że w Smoleńsku 10 kwietnia spadł samolot czyni mecenasa lepszym pretendentem do sprawowania władzy?
Najtragiczniejszym aspektem katastrofy smoleńskiej są właśnie jej długofalowe skutki w postaci opartej na jej ludzkim wymiarze działalności polityków i publicystów. Tony papieru pochłoną rozważania pseudo-specjalistów zasiadających w różnych komisjach. Miliony zainkasują w postaci diet i wynagrodzeń działacze wybrani na rozmaite funkcje dlatego, że wystarczająco głośno i barwnie bredzili coś na temat wypadku lub jego ofiar. Ponieważ w przyrodzie miliony nie biorą się znikąd, wypada wyjaśnić, że zostaną zabrane ludziom, którzy zamiast zajmować się bogaceniem i wychowywaniem dzieci, muszą - choćby nawet nie chcieli - uczestniczyć w politycznej debacie o trajektorii lotu Tupolewa, tym najlepszym z możliwych tematów zastępczych, jaki mógł się władzy przytrafić.
342
BLOG




Komentarze
Pokaż komentarze (5)