Cały świat i jego pojedyncze składowe, czyli nas, oplata i wypełnia wola boża i boski plan. Bóg zdeterminował wynalezienie stereofonii obdarzając ludzi parą uszu. Bóg to sprawił, że alkohol etylowy nie zamarza tak łatwo jak woda, a także to, że krew nie woda. Krew w połączeniu z etanolem nie pozwoliła zamarznąć w Cieszynie bezdomnemu, który mając w organizmie 10,24 promila przetrwał minus 10 stopni i będzie mógł dalej chodzić po świecie, na chwałę bożą.
Ludzie chcą koniecznie poprawić ten najlepszy ze światów. Wymyślili więc dźwięk dookólny i sprzedają za ciężkie pieniądze dwuusznym klientom tak zwane kino domowe. Wmówili im, że ma sens słuchanie dźwięku zza pleców, podczas patrzenia na ekran telewizora ustawionego naprzeciw widza. Na gruncie promili ta ludzka wynalazczość wyraża się produkcją śmiertelnej pasteryzowanej trucizny o nazwie piwo.
Powszechna skłonność do ulepszania na siłę prostych i dobrze funkcjonujących rozwiązań bierze się ze zrozumiałej ludzkiej chęci zarabiania pieniędzy. W idealnym świecie wyglądałoby to tak, że chętnie zapłaciłbym wynalazcy i producentowi czujników parkowania, bo są sprytnym i pożytecznym dodatkiem do samochodu, nigdy w życiu nie wydałbym natomiast grosza za czujniki deszczu. Twierdzę bowiem bezczelnie, że wiem równie dobrze, jak ta skomplikowana maszyna, czy pada deszcz, czy nie pada. Po co więc płacić za zbędny gadżet? Niestety, światów idealnych nie ma.
W tym najlepszym, w którym żyjemy, kosztowne dodatki są nam wciskane w pakiecie. Telefon komórkowy zawiera dziś w sobie aparat fotograficzny, odtwarzacz muzyki, przeglądarkę internetu, i nawigację GPS, tymczasem większość jego posiadaczy używa go na ogół do dzwonienia i odbierania rozmów. Ekonomiczne uzasadnienie wyposażenia każdego aparatu w liczne dodatki jest takie, że właśnie 'większość' i 'na ogół' - są zatem tacy klienci, którzy z tych gadżetów 'czasami' korzystają. Ponieważ telefony, samochody i inne zabawki produkowane są seryjnie, na taśmie, a nie metodą rękodzielniczą, opłaca się producentowi umieścić w każdym egzemplarzu zbędne na ogół dodatkowe wyposażenie. Opłaca się to również klientowi, bo dzięki seryjnej produkcji identycznych egzemplarzy każdy z nich jest relatywnie tani, i przez to dostępny.
Rozwój technologii i sprawna organizacja produkcji mogą jednak sprawić, że coraz bardziej opłacalne stanie się wytwarzanie nielicznych serii artykułów, dostosowanych bogactwem funkcji do poszczególnego klienta. Powstanie w ten sposób oferta elastyczna i wygodna - każdy nabywca ukształtuje swój przedmiot zakupu według własnego widzimisię, tak jak dostosowuje się system operacyjny w komputerze do własnych zachcianek kolorystycznych i funkcjonalnych. Z czasem produkt masowy wyparty zostanie przez taki, który dziś nazywamy niszowym. Zamiast produkować milion identycznych sztuk jednego gatunku, wytworzy się po 50 tysięcy w dwudziestu gatunkach.
Dla tych, którzy nie usnęli pod wpływem poprzedniego akapitu, żywcem jakby wyjętego z analizy rynkowej wielkiej nudnej korporacji, niespodzianka. Analogiczny proces jest możliwy w znanej nam dziś polityce, która wyewoluować może w kierunku specjalizacji, rozdrabniających podziałów i w efekcie marginalizacji. Mam oczywiście na myśli los partii politycznych, i twierdzę, że taki proces jest nieunikniony i pożyteczny.
Dziś w ofercie PiS oprócz polityki historycznej dostajemy w pakiecie fobie, niesnaski, socjalizm i fiskalizm. W ofercie PO do pseudoliberalizmu dodawany jest gratis tenże socjalizm, udawana niechęć do polityki historycznej i skrzętnie chowany pod dywan fiskalizm. W zestawie SLD do socjalizmu przykręcony jest otwarty fiskalizm i odpowiedź na PiS-owskie niesnaski, i tak dalej. Klient, zwany wyborcą, ma już dość eklektyzmu w programach partyjnych, które de facto niczym się od siebie nie różnią, bo są komponowane ku zadowoleniu masowego elektoratu. Kto chce zaspokoić wszystkich, nie dogodzi nikomu.
W latach 90. w debacie publicznej modne było słowo pluralizm. Moda była pochodną upadłej komuny, która pluralizm zwalczała, więc po 1989 roku ludzie musieli się nim zachłysnąć. Efektem propagowanego wszędzie i głośno pluralizmu było skrajne rozdrobnienie tak zwanej prawicy (partii postsolidarnościowych), która z hukiem przerżnęła wybory 1993, bo kilkadziesiąt kanapowych ugrupowań nie zdołało uciułać głosów do progu 5 %, choć zsumowane głosy oddane na zjawisko zwane Solidarność dałyby jej władzę. Po tej katastrofie o pluralizmie jakby zapomniano, a życie polityków przez kolejne 17 lat osnute było wokół ciągłego jednoczenia prawicy i lewicy, czego efektem aktualny układ 4 partii, które jako jedyne mają dziś cokolwiek do powiedzenia.
Znudzenie monolitycznością tych struktur-molochów dotyczy wyborców, którzy mają coraz mniejszy wybór, albo wręcz - jeśli przeanalizować głoszone przez 4 partie poglądy i propozycje - nie mają żadnego, ale również samych polityków. Ambicje tych ostatnich są trudne do spełnienia, jeśli szefem partii może być jeden z nich, a chciałoby kilkunastu. Efektem tego parcia na stanowiska jest obecna tendencja do lepienia klonów politycznych, jakimi są zarówno Ruch Poparcia Palikota, jak i PJN. Klony, by odróżnić się od partii macierzystych, głoszą wszelkie możliwe nonsensy, byle tylko inne niż konkurencja. W polityce jak w sklepie - żeby się sprzedać, trzeba mieć opakowanie ładniejsze niż sąsiedni batonik.
Marzy mi się taki sezon polityczny, kiedy rozdrobnienie i chaos dotknie wszystkich graczy. Rozleci się PiS, PO i SLD. Jakaś nowa emanacja rabacji, pardon, Samoobrony, ukradnie połowę chłopów PSL-owi. Po wyborach, w których 12 partii uzyska między 6 a 9 procent mandatów w Sejmie, wykluje się mniejszościowy rząd, który po miesiącu upadnie, a po nim trzy kolejne. W takiej, na pozór szkodliwej sytuacji, wzrośnie znacznie prawdopodobieństwo, że władza wreszcie wpadnie w ręce kogoś kompetentnego. Jeśli ktoś obawia się ewentualności odwrotnej, to nie ma czego, bo przecież niekompetentni rządzą nami cały czas.
Szanse na taki przebieg wydarzeń rosną wraz z nadchodzącym, powtarzam - nadchodzącym kryzysem. Zbieg szczęśliwych okoliczności sprawia, że zdesperowana władza właśnie majstruje przy emeryturach, co będzie ją politycznie kosztować więcej, niż ekonomiczne zyski z tej operacji. Traf chciał, szczęśliwe bydlę, że do zdychającego ZUS-u dołączył NFZ chory na wszystkie naraz jednostki ze swojej listy ICD. Jest więc nadzieja, że zdegustowany tym powszechnym dziadostwem lud wybierze jesienią kogoś, kto potrafi sytuację opanować i uzdrowić. Nie będę udawał, że nie chodzi mi o WiP i Korwina.
Smutne są paradoksy demokracji. Żeby zaprowadzić względny dobrobyt, albo przynajmniej ukrócić złodziejstwo prowadzące do nędzy lud, ten ostatni musi zagłosować na osobę, która będąc antydemokratą ludu wcale nie kocha. Najsmutniejsze jest jednak to, że uzdrowicielskie plany prowadzą do wniosku, że jedyne, czego można życzyć własnej ojczyźnie dla jej dobra, to katastrofa.
347
BLOG




Komentarze
Pokaż komentarze