Profesor Jan Hartman w Tygodniku Powszechnym z 20 marca (nr 12/2011) dał wyraz swojego zniesmaczenia miałkością i bezideowością młodzieży - ach, tej dzisiejszej. Główne zarzuty to płytki hedonizm, ignorancja i egoizm. Nie pisze prof. Hartman o głupocie, bo nie przystoi tej klasy myślicielowi rzucać oskarżeń pospolitych i trywialnych. Głupotę dorzucam więc sam, może ktoś nazwie mnie czule buldogiem Hartmana, to dla mnie zaszczyt przecież.
Równolegle Gazeta Wyborcza rozpętała akcję propagandową pod hasłem 'Stracone pokolenie'. Młodzież z tak zwanego wyżu demograficznego nie może znaleźć pracy. Winę ponosi oczywiście kryzys, choć niektórzy pytani przez dziennikarzy specjaliści przyznają, że za dużo młodzieży kończy studia humanistyczne, a za mało techniczne. Wykształcenie się zdezawuowało, trzeba gnuśną młodzież aktywizować, ułatwiać jej start i stwarzać dogodne mechanizmy na rynku pracy.
Czy prof. Hartman i Gazeta Wyborcza piszą o tym samym? Zamykam oczy i wyobrażam sobie, że gdybym był młodzieżą po studiach humanistycznych, która nie może znaleźć pracy, też popadłbym w powierzchowny hedonizm Hartmana, oraz odrętwienie i apatię Wyborczej. Zarzuty profesora dotyczą jednak tej młodzieży, którą on zna zza katedry - akademickiej, która dopiero za kilka lat stanie się 'straconym pokoleniem', nad którym biadoli Wyborcza. Mamy więc taki oto obraz ruchomy: bezideowa, opętana populistycznym egalitaryzmem generacja, dla której 'sztuka życia to zaledwie użycie; szybkie i byle jakie; piwo, muza, plaża, seks; dla bardziej wymagających jeszcze kino i Msza; i żeby się nie narobić' otrzymuje po kilku latach dyplom, którym wymachuje na rynku pracy w poczuciu wielkiej krzywdy, kiedy rynek weryfikuje ten dyplom jako bezwartościowy.
Na początku procesu edukacji każdemu człowiekowi wmawia się, że jest równy innym. Dawniej - w czasach ciemnych i niesprawiedliwych - ludzi dzielono na lepszych i gorszych, mądrych i głupich, tępych i zdolnych, szlachetnych i wyklętych. Kto był głupi, tępy i pochodził z nizin społecznych, temu trudniej było wyrwać się z pospólstwa i awansować w feudalnej hierarchii rang. Lepsi i mądrzejsi otrzymywali korzystniejszy start, zdobywali lepsze wykształcenie i lądowali na eksponowanych posadach, by więcej zarabiać. Poznawało się ich po delikatnych dłoniach nieskalanych pracą fizyczną. Ponieważ dzielenie ludzi na lepszych i gorszych według kryterium czystości kołnierzyka jest sprzeczne z tzw. sprawiedliwością społeczną, popędzono całe klasy z prowincjonalnych szkół powszechnych do liceów i na studia, en bloc. Remarque płakał ongiś nad całymi klasami szkolnym pędzonymi na front I wojny światowej. Czasy mamy o tyle lepsze, że do głupich studentów profesorowie nie strzelają, choć czasem powinni.
Skoro każdy jest równy, to i każdemu należy się tyle samo, co innym. Młody tuman, który doczekał tytułu magistra, wchodzi w skórę paniska z wyższym wykształceniem z roszczeniowymi wymaganiami co do kasy. Zauważmy, że tytułu magistra w dzisiejszych czasach wystarczy doczekać, bez konieczności jego zdobywania, jak w dawnych niesprawiedliwych czasach, kiedy to np. Jaś nie doczekał. Skoro ciemniak ma dyplom, to chce zarabiać tyle, żeby odróżnić się od tłumu, któremu nawet czekać się nie chciało. Mgr powinien zarabiać więcej niż stróż, mechanik czy rzeźnik. Problem zaczyna się w momencie, kiedy topniejący w oczach tłum staje się mniej liczny niż zgraja magistrów, rekrutujących się spośród owego tłumu. Stróż umie czegoś przypilnować, mechanik potrafi coś naprawić, rzeźnik wie, jak się obejść z zabitą świnią. Magister nic na ogół nie umie, i nad tym zdaje się lamentować Gazeta Wyborcza.
Prof. Hartman pisze o bardziej wzniosłych, ale pokrewnych tematyce Gazety problemach młodzieży. Umysłowy autyzm, który razi profesora będącego za pan brat z Plotynem i Kartezjuszem, bierze się otóż właśnie z nędzy intelektualnej i kulturowej mas, które zalały uniwersytety w błędnym przekonaniu, że blask posiadanego dyplomu zniweluje mankamenty jego posiadacza. O przejawach analfabetyzmu wśród studentów pisał profesor już dwa lata temu temu. [http://wyborcza.pl/1,75515,6485258,Szkola_buja_w_oblokach.html]
Egalitaryzm to słowo pochodzące z Francji, niczym staropolska kiła, czyli franca. Egalitaire to 'dążący do równouprawnienia', czyli w jakiś sposób upośledzony, dyskryminowany, gorszy. Powszechna demokratyzacja wszystkiego - w tym również nauki - wytworzyła stan, w którym dyktatura miernot wymusiła obniżenie standardów do poziomu przeciętnego, średniego. Łupem ilości padła jakość. Problem, jaki przedstawił prof. Hartman, polega na tym, że mierne i ociężałe umysły studiującej większości nie potrafią przejrzeć tego procesu. Im naprawdę się wydaje, że awansowali, wyewoluowali i dostąpili zaszczytu. Uwierzyli, że egalitaryzm uczyni ich de iure mądrzejszymi z chwilą obrony pracy licencjackiej. Dowodzi tego późniejsza ich postawa, już jako absolwentów, na rynku pracy, a raczej jej braku.
Rozwiązanie tej całej afery jest banalne i przyjdzie samo, wraz z upływającym czasem. Już dziś fakt posiadania dyplomu wyższej uczelni nie stanowi wyjątkowego osiągnięcia, o ile jego posiadacz nie ukończył któregoś z tradycyjnie renomowanych kierunków - medycyna, prawo, ekonomia, architektura, psychologia i może jeszcze kilka w podobnym stopniu poważanych. Za 10 lat rynek pracy będzie pytał absolwenta nie o to, czy ukończył studia, ale co skończył, gdzie i z jakim wynikiem. Co robił podczas studiów, ile zna języków, jakie odbył praktyki. Pytania będą dokładnie te same co dziś, z tą różnicą, że nikt nie będzie nimi zaskoczony.Dzisiejsi absolwenci są bowiem zdziwieni i oburzeni, że ktoś śmie wymagać od nich czegokolwiek, poza przedłożeniem dyplomu magistra. Nie po to wszak kończyli studia, żeby marnować czas na nauczenie się czegokolwiek.
Taka ewolucja rynku usług edukacyjnych, wspomagana rozmaitymi bodźcami typu 'kierunki zamawiane' (czyli sponsorowane przez państwo) odwiedzie tysiące maturzystów od szalonego w skutkach pomysłu studiowania filozofii, resocjalizacji czy politologii. Na tak ekskluzywne i nietuzinkowe kierunki podążą wyłącznie predestynowani do ich studiowania pasjonaci, i prof. Hartman rychło zauważy stopniowy zanik analfabetyzmu wśród immatrykulantów. W skali czasu życia i pracy naukowej profesora będzie to spadek znaczny, bo może nawet 5-procentowy.
Żeby sytuację uzdrowić naprawdę, należy edukację sprywatyzować. Krokiem, choć małym, w dobrą stronę, było niedawne wprowadzenie odpłatności za każdy kolejny rozpoczęty przez studenta kierunek studiów. Człowiek, który płaci za dowolny rodzaj usługi, nabiera szacunku dla tego, kto ją świadczy, i nie trwoni rezultatów jego pracy. Gdyby usługi lakiernika samochodowego były bezpłatne, nikt nie zwracałby uwagi na kulturę parkowania, i wszyscy jeździlibyśmy potłuczonymi samochodami.
Prywatyzacja oznacza wolny rynek. Wolny rynek implikuje konkurencję, a ta zawsze wywołuje korzyść konsumenta. Jeśli jednak mamy się trzymać socjalistycznej koncepcji 'darmowych studiów', nad którymi pieczę sprawuje ministerstwo i skarb państwa, pozbądźmy się nieuczciwej i niepotrzebnej, psującej półwolny rynek pseudokonkurencji quasi-uczelni niby-wyższych, tak zwanych prywatnych. Gorsze od rozwiązań skrajnych i wyrazistych - bo dających jasne i przejrzyste reguły - są bowiem mętne i wywołujące chaos półśrodki.
20.03.2011
634
BLOG




Komentarze
Pokaż komentarze (1)