ochocki ochocki
448
BLOG

USA Today

ochocki ochocki Polityka Obserwuj notkę 1

Poprawność polityczna, czyli obłąkana ideologia współczesnego lewactwa, nie pozwala nazywać rzeczy po imieniu, wolność natomiast definiuje jako prawo każdego do wszystkiego. We współczesnym języku ludzi cywilizowanych nie wolno zatem nazwać prezydenta USA zbrodniarzem wojennym mimo, że wywołał zbrojną napaść na suwerenne państwo bez wypowiedzenia wojny. Skoro zaś każdemu wszystko wolno, strach pomyśleć, kto na kogo jeszcze napadnie przy politycznie poprawnej milczącej aprobacie tak zwanego cywilizowanego świata.

Komitet Noblowski wytłumaczy się jakoś z Obamy, wydając oświadczenie, że przyszłości przewidzieć nie sposób, a poza tym akurat w 2009 roku laureat Nagrody Pokojowej żadnej wojny nie rozpętał. Medale olimpijskie też dostają najlepsi w chwili rozgrywania zawodów, a nie rok wcześniej albo później. W gorszym bigosie tkwi sam mecenas Obama, który będzie wykręcał się bądź z ataku na Libię bez wypowiedzenia wojny, bądź to z rozpoczęcia wojny bez zgody Kongresu USA. Uspokajam fanów Partii Demokratycznej - wyłga się jak każdy dotąd prezydent, który wojnę wygrywał. Nie przewiduję bowiem zdobycia San Francisco przez Kadafiego.

Kiedy już uda się dowódcom amerykańskim przerzucić ciężar inwazji na NATO, a pośpiech i niedbalstwo w tej parodii jako żywo przypomina legalizowanie ex post przez Sejm PRL działalności WRON w czasie stanu wojennego, Radosław Sikorski odetchnie z ulgą, że to nie on stanął w 2009 roku na czele Paktu. Na sekretarzu generalnym Rasmussenie spocznie trudne zadanie wytłumaczenia całemu światu przyczyn złamania postanowień Traktatu Północnoatlantyckiego. Ucieknie się zapewne do wykładni rozszerzającej art. 4, który brzmi:

Strony będą się konsultowały, ilekroć zdaniem którejkolwiek z nich zagrożona będzie integralność terytorialna, niezależność polityczna lub bezpieczeństwo którejkolwiek ze Stron.

Konsultowanie się w wykładni rozszerzającej łatwo naciągnąć do nalotów humanitarnych, a zagrożonego bezpieczeństwa nawet nie trzeba naginać, bo nie o zagrożenie tu chodzi, a o zdanie którejkolwiek ze Stron.

Historia, która jest nauczycielką życia, nauczyła Obamę i Rasmussena, że podobne do powyższych zarzutów pojawiły się już w 2003 roku odnośnie interwencji w Iraku. No i siedzi armia USA w Iraku po dziś dzień, i siedzieć będzie, póki da się wydobyć jakikolwiek węglowodór spod pustyni, badaczy Traktatu Północnoatlantyckiego natomiast nikt nie brał i nie weźmie poważnie w myśl zasady, że duży może więcej. Niebezpieczne precedensy, które przytrafiają nam się coraz częściej w XXI wieku, mogą jednak prowadzić do przykrych w skutkach eskalacji konfliktów zbrojnych, które rozpętane zostaną w imię demokracji i pokoju na świecie.

Kraje demokratyczne puszą się z dumy i wypisują na sztandarach, że stworzyły mechanizmy, które uniemożliwiają przejęcie w nich władzy przez wszelkie siły antydemokratyczne. Za książkowy przykład służy tu zazwyczaj Hitler, który do władzy doszedł niby-demokratycznymi drzwiami, a potem został zbrodniarzem. Demokracja nauczyła się od tamtej pory sposobu radzenia sobie z Hitlerami i już nigdy więcej nie da się nabrać. Drzwi były źle naoliwione, a u dołu posiadały wahadłowo zamykany otwór dla kota. Mechanizmy wzajemnej kontroli poszczególnych gałęzi, organów i urzędów są cudowną machiną, sprawiedliwą z definicji i dobrą z natury. Tego się uczy w szkołach od dziesięcioleci, w przypadku Polski od dwóch.

Wersja oficjalna na temat każdej kolejnej wojny prowadzonej przez USA upstrzona jest bredniami o krzewieniu demokracji tam, gdzie nikt jej nie chce. Pisane niczym socrealistyczne produkcyjniaki przemówienia kolejnych prezydentów obfitują, zależnie od sezonowej mody, w oś zła i terroryzm, albo w demokrację, pokój i wolność. Dwa pierwsze i trzy ostatnie terminy są już w ogóle traktowane jak własne synonimy. Bardzo rzadko słyszy się w tym zgiełku o czymś takim, jak prawo. Prawo jest zaś wśród tych frazesów jedyną rzeczą pewną, namacalną i wiarygodną. A raczej - powinno być.

W ciągu ostatnich tygodni w jawny i bezczelny sposób złamano Konstytucję USA, Konwencję haską (dotyczącą rozpoczęcia kroków nieprzyjacielskich z 1907 roku) i Pakt Północnoatlantycki. Mało kto zwraca na to uwagę. W XXI wieku nie są ważne przepisy najważniejszych na świecie aktów prawnych. Liczy się propaganda.

Kiedy demokraci głoszą, że demokracja uniemożliwia wzięcie władzy przez nieodpowiedzialnego wariata, który rozpęta konflikt zbrojny w imię własnych urojeń - lud wierzy. Kiedy taki konflikt pojawia się na pierwszych stronach gazet, zaś kontrolująca te gazety strona konfliktu oznajmia, że walczy o pokój i demokrację dla narodu za siedmioma morzami - lud wciąż wierzy. Kiedy okazuje się, że władza najpotężniejszego obrońcy systemu demokratycznego nie fatyguje się choćby przeczytać, co napisano w dokumentach, które miały stanowić podwaliny tej całej demokracji - lud udaje, że nic się nie stało, obdarzając władzę votum zaufania niezależnie od treści dokumentów. Ja się takiej demokracji boję. Obama jutro przeczyta niniejszy tekst i każe mnie w obronie pokoju zastrzelić, a lud pomyśli, że faktycznie byłem terrorystą. Nie pomoże mi konstytucja, konwencja i pakt, bo już nikt nie traktuje ich serio. Pytam zatem: po co je napisano?

Mylą się ci satrapowie, dyktatorzy, wodzowie i komendanci, którzy mniemają, że są bezpieczni, bo pod terytorium ich państw i państewek nie ma ropy. To bogactwo naturalne jest dziś tak modne, jak terroryzm usprawiedliwiający wojny o platformy wydobywcze. Potencjalnie zagrożony - bo stosunkowo bezbronny - jest cały Trzeci Świat, ale i to wyłącznie w bliskiej perspektywie. Kiedy skończą się bowiem humanitarne misje mające za swój prawdziwy cel boksyty, miedź, uran, a nawet wodę czy dostęp do energodajnego słońca, przyjdzie kolej na mniej wyszukane i bardziej odnawialne bogactwa - na przykład ludzi. Zresztą, kto by nadążył za szalejącym postępem błotnistej nowoczesności - Amerykanie napadną na każdego, kto wyda im się łatwym celem, to pewne, bo sprawdzone w historii wielokrotnie.

Odwróćmy jeszcze na moment geopolityczną lornetkę, która każe poszukiwać wrogów demokracji wśród faktycznych jej przeciwników na końcu świata. Kto powiedział, że Stany muszą szukać ropy na pustyni, wśród operetkowych królików pokroju Saddama czy Kadafiego? Biada najszczerszym nawet demokratom, którzy na swoim podwórku odkryją wnet cokolwiek, co USA uznają za godne inwazji. Demokracją jest bowiem to, co za taką uzna aktualny Obama. A wrogów też on wytypuje. To ja decyduję, kto jest żydem - miał powiedzieć Hermann Göring...

29.03.2011

ochocki
O mnie ochocki

. . . PRECZ Z KOMUNĄ !

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Polityka