Narodowo i powszechnie spisałem się przez internet. Okazało się, że niepotrzebnie - GUS wie o mnie wszystko. Po zalogowaniu via PESEL na stronie www.stat.gov.pl ujrzałem moje dokładne dane wraz z adresem zameldowania. Automatyczny formularz chciał jedynie wiedzieć, czy od poprzedniego spisu ożeniłem się, urodziłem dziecko, zmieniłem adres, jak długo mieszkam tam gdzie mieszkam, i czy jakimś cudem w międzyczasie nie zmieniło mi się obywatelstwo oraz przynależność narodowa lub etniczna.
Według dyrektora spisu cała akcja kosztuje pół miliarda zł, czyli 500 milionów [http://www.tinyurl.pl?BpVoVCBP]. Ankieta, którą wypełniłem online, dotyczy 80 procent obywateli; pozostali wylosowani zostali do tzw. badania reprezentacyjnego, z obszerniejszą listą pytań. Wypełnienie kwestionariusza przez internet wyklucza odwiedziny rachmistrza; mój własny spis trwał 3 minuty i kosztował, jeśli podzielić ogólną kwotę przez 38 milionów Polaków, 13 zł 15 gr.
Zrobienie przez informatyka takiej strony, która wypyta zalogowanego użytkownika o jego dane, kosztuje kilkaset złotych. Z ładnym layoutem i rocznym hostingiem może ze dwa tysiące. Domyślam się, że pozostałe 499998000 PLN finansuje rachmistrzostwo i zliczanie danych, czyli bieżącą działalność statystyków w służbie państwa. Jestem pełen nadziei, przez jedno i, że przynajmniej część tej fortuny pochodzi z normalnego rocznego budżetu GUS, bo przecież gołym okiem widać, że wyrzucanie 500 mln zł ekstra na przeprowadzenie trzyminutowej ankiety wśród 30 milionów ludzi oraz piętnastominutowej (rozszerzonej) wśród 8 mln jest bez sensu.
Idea spisu opiera się na przekonaniu, że państwo musi posiadać szczegółową wiedzę na temat swojej zawartości, czyli ludzi, nieruchomości i kapitału. Każda, nawet najbardziej liberalna definicja państwa posługuje się pojęciem aparat przymusu; przymusza więc nas ów aparat a to do płacenia rozlicznych danin, a to do odpowiadania na skomponowane przez naukowców ankiety spisowe, które pomogą państwu sformułować dalekowzroczną politykę naliczania i pobierania tych danin. Ile obywatel ma zapłacić podatku dochodowego od osób fizycznych, to akurat państwo wie bez łaski GUS, takimi drobiazgami zajmują się na co dzień urzędy skarbowe. Spis ludności służy do bardziej wyrafinowanych celów, jak na przykład weryfikacja, czy owe urzędy w rutynowym bałaganie o kimś nie zapomniały, kogoś nie zgubiły, nie pominęły. Albo do obliczenia, czy odsetek społeczeństwa żyjący poniżej progu nędzy każe pilnie podjąć walkę z nędzą, czy pozwoli ją na razie bagatelizować. Pomaga również definiować wysokość tego progu. Są na to liczne wzory i mnóstwo przemądrzałych teorii naukowych.
Ktoś powie, że wyolbrzymiam. Oczywiście - odpowiem - że nie. Nikt wszak nie wydaje 500 mln nowych złotych po to, by uzyskać wiedzę czysto teoretyczną, w celu wydrukowania rocznika statystycznego. Za grube pieniądze otrzymuje się informacje, które pozwolą forsę nie tylko odzyskać, ale jeszcze pomnożyć. Dlatego jestem pewien, że 13 zł 15 groszy, które ojczyzna wydała na zdobycie wiedzy o mnie, oddam jej z nawiązką. Najśmieszniejsze będzie to, że nawet tego nie zauważę; przypuśćmy, że rok po roku obciążenia podatkowe, jakim jestem poddany, będą wzrastać o 13 zł 15 gr przez 10 lat, do następnego spisu. Da się taki wydatek przełknąć, kiedy paczka papierosów kosztuje niewiele mniej, a inwestycja, jaką państwo poniosło organizując spis powszechny, zwróci mu się dziesięciokrotnie.
Jakie - spyta uparty racjonalista poprawny politycznie - istotne informacje wydarło mi państwo, skoro pyta zaledwie o adres i stan cywilny, i o to, czy nie jestem Białorusinem lub Karaimem? Żadnych - przyznam - ale kto powiedział, że mnie naprawdę wylosowano bądź nie wylosowano do przepytywania o wysokość dochodów i metraż mieszkania na głowę? Wystarczy odpowiednio starannie losować, by okazało się, że średnie zarobki w kraju wynoszą 5 tysięcy brutto. Miał być cud gospodarczy, proszę bardzo, druga Arabia Saudyjska, co tam Irlandia. Że ludzie nie uwierzą? Ludzie wierzą, że spis powszechny jest szybki, bezbolesny, potrzebny i niedrogi (W 2002 roku spis powszechny kosztował 0,5 mld zł. Gdyby w takiej formie, w jakiej został przeprowadzony ponad osiem lat temu został przeprowadzony dzisiaj, to kosztowałby 0,7 mld zł. Dzięki wykorzystaniu nowoczesnych technologii będzie to jednak 0,2 mld zł mniej, czyli 0,5 mld zł - zaznaczył szef biura spisowego), więc uwierzą w jego oficjalne wyniki. Wszak GUS to poważna, bo państwowa instytucja, nie jakiś tam sprzedajny OBOP.
Dlaczego jestem taki nieufny? Dlaczego podejrzewam władzę o spiskowanie przeciwko obywatelom i utożsamiam państwo ze wszystkim, co najgorsze? Cóż, co do spisu - jest on złem, bądź absurdem, co udowodniłem nie wprost powyżej. Jeśli bowiem 500 mln zł wydano celowo, chytrze i z zamiarem późniejszego spożytkowania informacji zebranych od obywateli, to mam powody, by obawiać się skutków takiej działalności państwa. Jeżeli natomiast 500 mln poszło na spis niepotrzebny, przeprowadzony dla zabawy i czystej statystyki, tym bardziej boję się władzy, która wydaje grube pieniądze, które nam uprzednio zabrała, na bzdury.
Jeśli zaś chodzi o niezauważalną kwotę 13 zł 15 gr rocznie, to nie jest ona bynajmniej symboliczna, choć może stać się symbolem. Jeśli policzyć wszystkie te symboliczne, bo pozornie niewidoczne sumy, które z naszych kieszeni trafiają w ręce urzędników, włos staje dęba, jeśli ktoś jeszcze nie wyłysiał od tego liczenia i ze zgryzoty. Spis powszechny jest tylko pierwszym z brzegu przykładem akurat w tym tygodniu.
Doprawdy, przerąbane ma socjalizm, jeśli przyłożyć do niego stosowną optykę, opartą na logice. Problem w tym, że wykwity socjalizmu są tak powszechne jak spisy; co jest zaś powszechne, uważa się za normalne.
3.04.2011
1253
BLOG




Komentarze
Pokaż komentarze (1)