ochocki ochocki
378
BLOG

Ci z XXI wieku

ochocki ochocki Polityka Obserwuj notkę 4

Odbyty w Warszawie Kongres Nowej Prawicy odfajkowały portale i newsroomy bez szczególnych emocji, co nie dziwi. Prawica, która oczywiście wszystkim kojarzy się z kruchtą, pogromami, faszyzmem i obsesją na punkcie Układu, nie może mieć dobrej prasy w zdominowanym przez michnikoidalnych inteligentów kraju. Brak emocji w medialnych zajawkach stanowi taki oto przekaz dla widza: w Sali Kongresowej spotkał się Korwin z Ziemkiewiczem i Bosak z Zawiszą, uknuli pospołu jakąś kolejną partię na prawicy, która jest, jak wszyscy wiedzą, podzielona i rozdrobniona, a do osiągnięcia progu wyborczego - jak dobrotliwie przypomniał lektor zza kadru - trzeba zdobyć 5 % głosów. W domyśle - kanapa i przewidywana klapa.

Ponieważ prawica jest passe, wszelkie jej kongresy muszą zostać w mediach zbyte migawką. Migawka taka opiera się zwykle na wyrwanej z kontekstu frazie Korwina: "miejsce polityków jest w kryminale", bez zbędnego tłumaczenia widzom, kogo konkretnie i za co Korwin chce wsadzać. Jeszcze by sobie któryś pomyślał, że ten 'wariat' może mieć rację. Wykastrowana w montażowni wypowiedź ma dobitnie podkreślać, że Korwin to taki Lepper, tylko w muszce, a nie w gumofilcach. Oszołom i tyle.

A niechby nawet nożyczki omsknęły się polit-poprawnym cenzorom, i widz ujrzałby rozumowanie Nowej Prawicy (co tam nowej, po prostu każdej przyzwoitej) w pełnej krasie: banda polityków i urzędników musi zostać od koryta odciągnięta, bo rozkrada i szkodzi. Sęk w tym, że współczesny Polak (czyli wciąż taki sam od XIX wieku do dziś) nie potrafi już uwierzyć, że ktokolwiek może próbować zdobyć władzę w innym niż złodziejski celu. Skoro nigdy nie rządzili, tym głośniej wrzeszczą, żeby się wreszcie dopchać - myśli sobie publika. I nie da się jej przekonać twardym dowodem, że źle myśli, bo o dowody w kampaniach wyborczych trudno. Technologia zdobywania władzy w demokracji opiera się bowiem na czymś z kosmosu, a mianowicie - na zaufaniu.

Wyborca nie dysponuje żadnym obiektywnym instrumentem weryfikacji jakości obietnic i prawdomówności kandydatów, i wie o tym doskonale. Usprawiedliwia więc swoje werdykty wrażeniem, jakie odniósł pod wpływem kampanii wizerunkowej. Żeby nie wyjść na naiwnego ciemniaka, odpytywany przez reportera 'zwykły Polak' tłumaczy, że przekonała go do głosowania na jakiegoś kandydata jego uczciwość, to, że jest politykiem nowoczesnym, tolerancyjnym, czasem sympatycznym. Wymienia więc takie cechy, które politykowi nie tylko nie są do niczego potrzebne, ale wręcz przeszkadzają. Dobry polityk powinien być przede wszystkim skuteczny. Tego wyborca, który na niuansach i kuluarach nie zna się zupełnie, ocenić nie potrafi, więc wybiera ładniejszego, gładszego. Takiego, który bardziej pasuje do paradygmatu europejskiego polityka XXI wieku. Skuteczność polityka sprowadza się w oczach elektoratu do skuteczności jego sztabu.

Korzystają z tej psychologii zmuszonego do głosowania tłumu specjaliści od wizerunku, i to korzystają w sposób mistrzowski. To nawet nie jest zarzut, bo w końcu zasady są równe wszystkim (tylko czas antenowy nie zawsze). Szczytowym osiągnięciem magii piarowskiej było wmówienie elektoratowi, że bracia Kaczyńscy są niscy w porównaniu z prezydentem Kwaśniewskim, podczas gdy faktyczna różnica wzrostu między nimi wynosi 1-2 cm, na korzyść, to prawda, Kwaśniewskiego.

Czasem jednak wyborca pomyśli sam, bez posiłkowania się gotowcem z mediów. Tak zdarzyło się po aferze Rywina, która obrzydziła ludziom lewicę do tego stopnia, że na złość salonowym intelektualistom wybrali do władzy Kaczyńskich, i to obu naraz. Ponieważ w odczuciu społecznym niewiele to zmieniło - ani na gorsze, ani na lepsze - w 2007 roku, gdy emocje nieco opadły, a poprawni politycznie zabrali babciom dowody, do gabinetów powrócili cukierkowi, gładcy i europejscy, ci z XXI wieku.

W tle tych wszystkich kampanii propagandowych zawsze funkcjonowało zaufanie, którym dysponent karty wyborczej obdarowywał nad urną to jednych, to drugich. Utrata tego zaufania następowała raz szybciej, raz wolniej, ale następowała zawsze, czego dowodem wyniki kolejnych wyborów parlamentarnych - nie zdarzyło się w III RP, żeby któreś z ugrupowań utrzymało władzę przez dwie kadencje.

Uproszczona teoria krążenia elit (Mosca i Pareto) rzuciła na demokrację taką oto klątwę: elity po przegranej walce o władzę przechodzą do opozycji i wkładają więcej wysiłku, aby do władzy powrócić; dzięki temu ich szanse na ponowne objęcie władzy rosną, zaś po dojściu do władzy elity tracą impet w dalszej o nią walce. Ten szablon trywializuje sprawę o tyle, że nie zwraca uwagi na rzeczywistą działalność rządzących ekip. Te zaś stoją przed dylematem: naprawiać państwo, co oznacza wyrzeczenia, zaciskanie pasa i w efekcie przegraną w kolejnych wyborach, czy robić elektoratowi dobrze za pożyczone/dodrukowane pieniądze, i liczyć, że elektorat uda, że tego nie widzi.

W nadchodzących miesiącach coraz częstsze będą ataki na rząd Donalda Tuska, który, jak to plastycznie ujmują ekonomiści, zadłuża państwo w tempie iście gierkowskim. Jeśli PiS o tym nie mówi głośno, to albo czeka na lepszy moment, swoisty prime-time sezonu, albo sam przyłożył rękę do procesu, który Tusk jedynie kontynuuje. Cokolwiek na ten temat nie napiszą politycznie i moralnie pokrewne Platformie media, liczby przytoczone niebawem przez Balcerowicza, Rybińskiego i tym podobnych fachowców będą mówiły same za siebie. Platforma straci zaufanie wyborców nie przez Smoleńsk, tablicę i pomnik, jak się wydaje Kaczyńskiemu, ale przez bilans prostego księgowego.

W dziejach III RP zawsze jakoś tak się układało, że zanim kolejna sitwa zdążyła się skompromitować, poprzednia, wcześniej skompromitowana już zdążyła się przegrupować, zmienić nazwę, przefarbować i zacząć udawać nową jakość. Było to mądre, z punktu widzenia strategii zdobywania władzy, ale szkodliwe dla losów państwa. Po rządach lewicy w latach 1993-97 na urzędy spadła szarańcza AWS (TKM, pamiętacie?), potem 'znikąd' wychynęła Platforma, a i PiS mienił się odnowicielskim. Wszyscy oni tracili zaufanie wyborców po wielokroć, zawsze ostatecznie do władzy wracając.

Szczęście Nowej Prawicy, która próbuje dotychczasowy układ sił rozerwać, polega na tym, że w ostatnich latach te przebieranki ustały. Eksperymenty Palikota i Polski Która Jest Najważniejsza upadły jako niezrozumiałe - i słusznie, bo konia z rzędem temu, kto wytłumaczy, o co tym inicjatywom chodzi, poza apetytem na mandaty sejmowe. Nikt już z utrwalonego establishmentu nie powie przed jesiennymi wyborami, że oferuje nową jakość - PiS, Platforma i SLD trwają w pozach i brną w programy, które znamy od dekady. Znamy i odrzuciliśmy każdy z nich.

UPR-WIP, jeśli zdoła szybko uprościć internautom dostęp do ich programów, publikacji, materiałów wideo (wszystko to jest w powijakach, rozproszone albo podzielone między nich a dawną rozłamową UPR), jest w stanie przekonać wyborców o słuszności swoich wizji, tym bardziej, że są one konkretne. Rywale nie proponują niczego. Dowód? Wymieńcie, szanowni Państwo, z pamięci dokonania rządu PO, i porównajcie stan obecny z listą ich obietnic sprzed 4 lat. I żeby nie było, że czepiamy się tylko Tuska, proszę przeprowadzić taką samą egzekucję na osiągnięciach PiS.

Celowo zwracam uwagę na internet, bo dostępu do mediów konwencjonalnych przed wyborami prawica wywalczyć nie zdąży. Ale właśnie nadchodzące wybory mogą stać się pierwszymi na tej półkuli, o wyniku których rozstrzygnie Sieć. I niech wreszcie skona ten absurdalny przesąd o polityku nowoczesnym, cywilizowanym. Pora zakończyć socjalistyczny XX wiek i przyznać, że politykami z wieku XXI są liberałowie, czyli ci, którzy obiecują obywatelom nie przeszkadzać.

18.04.2011

ochocki
O mnie ochocki

. . . PRECZ Z KOMUNĄ !

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Polityka