CIA pozwoliła opublikować supertajne akta sprzed lat. Z ich lektury można się dowiedzieć, że atrament sympatyczny da się zaimprowizować w domu, gotując kubek krochmalu, do którego po ostudzeniu dosypuje się 10 gramów saletry. Przytaczam recepturę w celu uświadomienia PT czytelnikom, jakiego kalibru sekrety można odtajnić po 100 latach. Szanująca się agencja, ot co. Nikt poważny nie ogłosi przecież kulisów zatopienia Lusitanii, czy kontrowersji związanych z Pearl Harbor.
W Polsce Ludowej dziwimy się natomiast, że akta ubeckie, o które wojna trwa zaledwie 20 lat, ujawnia się wybiórczo, po uważaniu - w całości zaś nie zostaną ujawnione zapewne nigdy, a jeśli już, to po upływie takiego czasu, jaki dziś dzieli nas od Powstania Styczniowego. Musztardą po dawno zapomnianym obiedzie byłaby w 2011 roku analiza hipotetycznej teczki jakiegoś Traugutta, czy Hauke-Bosaka. Nudy.
Rozsądek podpowiada, że archiwa są tajne, bo w czyimś interesie widocznie leży ich nieujawnianie. Po to teczkami zajmują się tajne i specjalne służby, a nie bibliotekarka z Miejskiego Domu Kultury, żeby trzymać je w tajemnicy; po to jest klauzula tajności, żeby uchronić przed dekonspiracją agentów czynnych, albo przed kompromitacją tych wygasłych, którzy istnieją wciąż w przestrzeni publicznej. Ten prosty dyskurs przebija się w niektórych mediach, owszem, ale uważany jest za obłąkańczy w obliczu mitu propagowanego przez politycznie poprawne media, które usiłują publiczności wmówić, że akt osobowych SB nie wypada ujawniać z szacunku dla prywatności osób w nich wzmiankowanych. Powszechnie przyjętym absurdem jest bajeczka o rzekomym fałszowaniu teczek przez SB przed 1989 rokiem - tak jakby ona wiedziała od dawna, kiedy dokładnie zostanie rozwiązana, albo, kiedy już wiadomo było co się święci, zdążyła w ciągu paru tygodni sfałszować archiwa z okresu 45 lat istnienia PRL.
Innym przesądem, który skłania ludzi do moralnego odrzucania jawnej weryfikacji archiwów, jest teza o rzekomym szantażowaniu i zmuszaniu każdego, kogo ubek spotkał na ulicy, do podpisania lojalki i oświadczenia o rejestracji TW. Przyjęta w ten sposób mrzonka, że skoro wszyscy byli kapusiami, to tak naprawdę nikt nie był,ośmiesza się całą ideę lustracji. Opowiada się baśnie o przypadkowym rejestrowaniu jako TW przypadkowych nazwisk spisywanych z przypadkowych list lokatorów w blokach, a jeszcze inni antylustratorzy płaczą nad losem dawnej opozycji, spośród której jeśli ktoś znalazł się w gronie kapusiów, to zawsze został zmuszony, złamany, oszukany i wciągnięty, a nigdy nie kupiony, ani też nie był świnią. W najbliższym otoczeniu Jezusa z Nazaretu, szacowanym na 12 osób, znalazł się jeden Judasz, a tu, w całej konspirze, wszyscy święci i krystalicznie czyści. Cud.
Cała ta propaganda trafia na umysły podatne, bo skażone wyniesionym ze szkoły mniemaniem o magicznej mocy historycznych przełomowych dat granicznych. Dawno temu (1942 rok) George Orwell tak pisał o tym nawyku myślowym:
(...) Wyobrażałem sobie historię jako długi zwój papieru, na którym grubymi czarnymi kreskami zaznaczono w poprzek odstępy. Kreski oddzielały części, które nazywano okresami, a ze słów nauczycieli wynikało, że każdy odcinek zasadniczo różni się od poprzedniego. Bije zegar - i wszystko się zmienia. Na przykład rok 1499 to średniowiecze, zakuci w zbroje rycerze nacierają na siebie długimi kopiami, a potem nagle słychać dźwięk zegara wydzwaniającego rok 1500 i oto przychodzi kolej na coś, co nazywa się renesansem: wszyscy włożyli krezy oraz obcisłe, bogato zdobione kubraki i rabują na Morzu Karaibskim hiszpańskie okręty ze złotem. W miejscu oznaczającym rok 1700 także widnieje czarna, gruba krecha. Po niej mamy wiek XVIII: mężczyźni nagle przestają być rojalistami i purytanami, a przeistaczają się w wielce eleganckich gentelmenów w krótkich, zapinanych pod kolanami spodniach i trójgraniastych kapeluszach. Pudrują sobie głowy, zażywają tabakę i mówią okrągłymi, wykwintnymi zdaniami.(...)
Orwell był chyba prorokiem, bo w takie właśnie wykwintne, okrągłe zdania ubrano całą teorię grubej kreski (czy też grubej linii, jeśli dosłownie cytować exposé Mazowieckiego). 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm - ogłosić raczyła Szczepkowska, bo bez niej nikt by się nie domyślił, więc od 5 czerwca mamy już wolność, demokrację i dobrobyt. Teczki o północy się przedawniły, ich zawartość strywializowała, a dawni wrogowie wpadli sobie w objęcia, jak Michnik z Kiszczakiem.
Zegar wybijający koniec komunizmu miał rzekomo unicestwić wszystkie dotychczasowe sitwy, układy, umowy i zależności; w poniedziałek 5 czerwca przyszło NOWE, personifikowane przez NOWYCH. STARZY odeszli w niebyt, na emerytury lub na łamy tygodnika 'NIE', krzewić już nie komunizm, ale socjaldemokrację.
Spokój zbiorowego sumienia głosicieli tych bredni burzą od czasu do czasu zgrzytające asynchronizmy: a to wyskakuje jak diabeł z pudełka płk. Lesiak ze swoją szafą, to znowu lud obdarza zaufaniem wyborczym towarzysza Kwaśniewskiego, Millera, Oleksego itp. Cierpliwa praca mediów mainstreamowych, głoszących konieczność miłosierdzia i nazywająca wszelkie zapędy dekomunizacyjne jako polowanie na czarownice, pozwoliła dawnym funkcjonariuszom PZPR łatwiej wyzwolić się z gęby komunistów i wskoczyć w buty nowoczesnych demokratów, aniżeli Januszowi Gajosowi wyrwać się onegdaj z szufladki z napisem Janek z Czterech Pancernych. Nikt spośród dzisiejszych 'młodych, wykształconych, z wielkich miast' nie ośmieli się dzisiaj zawołać 'Precz z komuną!', bo Michnik napisał, że dawno upadła. A czasem jest to bardzo na miejscu:
http://www.youtube.com/watch?v=fibsuhtl4zc
Wzywam więc do refleksji na temat starej rzymskiej maksymy, obnażającej mechanizmy wszelkiej ludzkiej działalności, nie tylko zbrodniczej: is fecit cui prodest - uczynił ten, komu to przyniosło korzyść. Spora część 'młodych, wykształconych' słabo orientuje się w zawiłej prehistorii, jak to zwykle określa się czas poprzedzający własne urodzenie. Częściowo to ich własna wina (okrzyk, że trzeba z żywymi naprzód iść zmienił się w swoją własną parodię), ale główna odpowiedzialność spoczywa na tych, którzy wmówili społeczeństwu, że amnezja lustracyjna służy jakimś wzniosłym celom i sprzyja rozwojowi. Kwestia dekomunizacji jest przy tym umyślnie gmatwana, by zniechęcić widownię. Kto to robi - widać gołym okiem, ale to mniej ważne, niż to, z jakich pobudek działa.
A ten uczynił, komu to przyniosło korzyść.
25.04.2011
456
BLOG




Komentarze
Pokaż komentarze