Blog
kawał w bok od szosy głównej
Krzysztof Wołodźko
Krzysztof Wołodźko Bicz na konliberałów...
122 obserwujących 796 notek 1006173 odsłony
Krzysztof Wołodźko, 16 kwietnia 2016 r.

Broniewski, Anka, komunizm

10 lutego 1962 roku w lecznicy rządowej przy ulicy Emilii Plater w Warszawie zmarł Władysław Broniewski. Rewolucyjny poeta, człowiek złamany historią i alkoholem, legionista Piłsudskiego, który napisał „Słowo o Stalinie”, może jeden z ostatnich dziewiętnastowiecznych polskich romantyków, którym przyszło żyć w czasach tak straszliwie nowoczesnych, jak XX wiek.

Dla ludzi z mojego pokolenia, urodzonych pod koniec lat 70. XX wieku, to wciąż poeta okolicznościowych akademii. Ileż to razy na początku roku szkolnego chłopcy i dziewczęta w granatowych mundurkach, którym właśnie wypadały zęby mleczne, musieli galowo recytować ze ściśniętymi stresem piąstkami szacowne strofy: „za tę dłoń podniesioną nad Polską – kula w łeb!”. Później, już w III Rzeczpospolitej, o Broniewskim zrobiło się cicho. Młodych wilczków nadwiślańskiego kapitalizmu nie wzruszał patetyczny, staroświecki socjalizm, ani tym bardziej ten dysfunkcjonalny, realny, w którym wyrośli. Nie wzruszał ich też wewnętrznie sprzeczny, pomieszczony w jednym człowieku patriotyzm: ten legionowy i ten z pierwszych dekad PRL, „ze Związkiem Radzieckim na czele”. W III RP autorowi „Bagnetu na broń” próbowano nawet zdemontować pomnik w rodzinnym Płocku. A później, na długo, przycichło. Ale wrócił do łask czytelniczych. I ze zdumieniem często odkrywam, jak życzliwie odnoszą się do Broniewskiego ludzie, którzy nie odnajdują się w jakiejkolwiek sympatii do lewicy, ani starej, ani młodej. Dlaczego tak jest?

Suchary i pomarańcze

II wojna światowa. Władysław Broniewski jest już w armii Andersa. Pisze wiersze, których w PRL nie przywoływano zbyt często. To są utwory niczym rytm werbla, dyktowanego przez dobosza idącym pod ogień: „Idzie Kresowa / Idzie Karpacka, / każda bojową chrzęszcząc maszyną. / My was znajdziemy, choć po omacku, / w Monte Cassino! W Monte Cassino!”. A do córki, do Anki kreśli troskliwe listy ojcowskie: „Czy dostałaś paczkę, w której było »Ogniem i mieczem«, koszule, mydło i woda lawendowa?”.

Ale dziecko, pozostające pod pieczą Janiny Broniewskiej, pierwszej żony poety, dogmatycznej stalinistki, przyjaciółki Wandy Wasilewskiej, nasiąkało już inną opowieścią. Smarkata Anka, pannica od berlingowców, pouczała ojca, który jako siedemnastolatek poszedł do Legionów, który cudem uszedł żywy z rąk NKWD i cudem nie zmienił się w proch łagrowy: „Wolę swoje żołnierskie suchary niż twoje palestyńskie pomarańcze. (…) Ja drogą najprostszą wracam do Polski i to do takiej, o którą Ty całe życie walczyłeś, a Ty tymczasem robisz wszystko, co możesz, żeby sobie ostatecznie drogę do niej odciąć” (korespondencję obojga cytuję za książką „Biografie odtajnione. Z archiwów literackich bezpieki” Joanny Siedleckiej). A „marnotrawny ojciec” znów pisał wiersz, w którym sielanka babiego lata przeplatała się z grozą pamięci: „wrócę do Polski, i znów będą wrześnie, / będą spadały z drzew grusze i śliwy, / w niebo popatrzę i będzie boleśnie: / pod słońcem września nie będę szczęśliwy”.

Broniewski, tamten Broniewski, tworzył nie tylko żołnierskie szlagiery, rzewne piosnki, sprośne wierszyki o masturbacji, za które zbierał burę od przełożonych. W Jerozolimie pisał poezję, w której słychać wiele z tradycji romantycznej, ze słów i idei, jakie były Polakom jedyną ojczyzną przez dekady zaborów. To jest Broniewski najsłabiej znany, nieledwie religijny, co nie znaczy, że wierzący. Przecież nasz romantyzm był zawsze religijnością bijącego się o wolność narodu. Jeden z tych utworów to „Via Dolorosa” z 1943 roku: „Jerozolimskie kamienie, / jerozolimskie wieki… To tu, na kosmicznej scenie, / tragedią dziejów dalekich / działo się, zapodziało / w lat i wydarzeń tłumie: / »słowo ciałem się stało« – słowo trafiło do sumień… (…) / Nie przyszedłem tu szukać Boga. / Ja jestem żołnierz piechoty! Ja wiem, że jedyna droga / do Polski / – to droga Golgoty”. Nawet nie wiedział, jak proroczy pod wieloma względami jest to wiersz.

Głośno o bolszewikach

Ogniomistrz serc i słów wrócił do Polski w 1945 roku. Czy ściślej: wrócił na ojczystą ziemię pozostającą pod sowieckim zarządem. Polska Ludowa dopiero się kształtowała. Jedni mówią, że wrócił do córki, inni, że do pamięci po zmarłych, jeszcze inni, że do/dla siebie. W jakim stanie był w tamtych latach kraj, świetnie pokazują mało znane wspomnienia Kazimierza Pużaka, więźnia Szlisselburga, przedwojennego lidera Polskiej Partii Socjalistycznej, jednego z przywódców państwa podziemnego, sądzonego w Procesie Szesnastu, wykończonego w więzieniu w Rawiczu w 1950 roku: „Od pierwszych dni wywożono z Polski literalnie wszystko, rekwirowano dla wojsk sowieckich chleb i mąkę i piekarnie, powodując powszechny głód. Kraj ogołocony i spustoszony w ciągu okupacji niemieckiej – musiał żywić nie tylko garnizony rosyjskie wewnątrz kraju, ale i te wojska, które ciągle przebiegały przez kraj i lądowały w Niemczech. (…) Całość była przyczepką do całego systemu okupacji sowieckiej i jej postępowanie było obowiązujące dla agentury Lubelskiej. Wybielaniem i motywacją tego systemu zajmowała się zglajszachtowana prasa, kryjąca się ze zrozumiałych względów za tytułami istniejących przed wojną wydawnictw prasowych, nie mających nic wspólnego z komuną i agenturą sowiecką”.

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie



Krzysztof Wołodźko
Krzysztof Wołodźko
Utwórz swoją wizytówkę

image


Krzysztof Wołodźko, na ogół publicysta. Miłośnik Nowej Huty.


Wyją syreny, wyją co rano,
grożą pięściami rude kominy,
w cegłach czerwonych dzień nasz jest raną,
noc jest przelaną kroplą jodyny,
niechaj ta kropla dzień nasz upalny
czarnym - po brzegi - gniewem napełni -
staną warsztaty, staną przędzalnie,
śmierć się wysnuje z motków bawełny...

Troska iskrą w sercu się tli,
wiele w sercu ognia i krwi -
dymem czarnym musi się snuć
pieśń, nim iskrą padnie na Łódź.

Z ognia i ze krwi robi się złoto,
w kasach pękatych skaczą papiery,
warczą warsztaty prędką robotą,
tuczą się Łodzią tłuste Scheiblery,
im - tylko radość z naszej niedoli,
nam - na ulicach końskie kopyta -
chmura gradowa ciągnie powoli,
stanie w piorunach Rzeczpospolita.

Ciąży sercu wola i moc,
rozpal iskrę, ciśnij ją w noc,
powiew gniewny wciągnij do płuc -
jutro inna zbudzi się Łódź.

Iskra przyniesie wieść ze stolicy,
staną warsztaty manufaktury,
ptaki czerwone fruną do góry!
Silnym i śmiałym, któż nam zagrodzi
drogę, co dzisiaj taka już bliska?
Raduj się, serce, pieśnią dla Łodzi,
gniewną, wydartą z gardła konfiskat.

Władysław Broniewski, "Łódź"


Ostatnie notki

Obserwowane blogi

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • O rety, zawsze tyle komentarzy, a gdy tekst o czyjejś konkretnej biedzie - psa z kulawą nogą. :(
  • Myślę, że Bartosiak nie chce odwracać uwagi od Rosji, raczej sugeruje, że powinniśmy...
  • Sądzę, że Igor Janke powinien go ew. o to zagadać - zdaje się dr Bartosiak będzie z nim...

Tematy w dziale