Panie i Panowie, prezentuję I część wywiadu z postacią ważną dla polskiego anarchizmu, Markiem Kurzyńcem, znanym także ze swej działalności na rzecz Czeczenii. Bez kozery: polecam.:-)
Docisnąć System– z Markiem Kurzyńcem rozmawia Krzysztof Wołodźko
Część pierwsza
Oryginalnie opublikowano w nr 5(31) magazynu OBYWATEL, 2006 r.
Jak wyglądał świat wokół Ciebie, gdy zostałeś anarchistą?
M. K.: To były lata 80., stan wojenny. Świat był dziwny. Szukałem w nim czegoś dla siebie. Personalnie odpowiadała mi ekipa Konfederacji Polski Niepodległej, to byli otwarci, bardzo sympatyczni ludzie. Inaczej miała się rzecz z ich ideologią: wodzowski styl, egzekwie nad trumną Marszałka, składanie przysięgi o północy pod starym dębem [śmiech]. To mnie bawiło. A raziło przenikanie się ideologii kościelnej z działaniami określanymi wtedy jako „praktyczne”, co sprowadzano do utożsamienia akcji społecznych z rocznicowymi wspominkami: msze za ojczyznę, palce złożone w literę V, rzewne pieśni w stylu „Ojczyzno ma...”. Cepelia.Szukałem dla siebie czegoś innego. Miałem własną wizję aktywności. Chciałem przyspieszyć zmiany, docisnąć system. To było przyprawione szczyptą naiwnego heroizmu i parciem ku męczeństwu. Czytałem Antoine’a Saint-Justa, Robespierre’a.
I wreszcie znalazłeś?
M. K.: Nie tak szybko. Szukałem ludzi, z którymi lepiej się porozumiem, którzy stworzą przestrzeń dla mojej aktywności. Trzeba się było pilnować, bo w obrębie istniejących ruchów młodo-opozycyjnych działy się historie co najmniej groteskowe. Przykładowo: dość prawicowe Niezależne Zrzeszenie Studentów, nienawidzące trockistów, KOR-ników, lewaków, WiP-owców, miało w swych szeregach pewnego działacza (znanego i dziś), który „głęboko zakonspirowany” w swym „tajnym” pokoju w akademiku, wymalował nad łóżkiem woskowymi kredkami symbol Rote Armee Fraktion [Frakcja Armii Czerwonej – terrorystyczna lewacka organizacja niemiecka – przyp. red.]. Trzeba było oddzielić ziarno od plew. Ale jak ktoś szuka, to znajdzie...
...Ruch Wolność i Pokój?
M. K.: Dokładnie. W kilka osób zorientowaliśmy się, że jest grupa, która ma bardziej zdystansowany stosunek do tego, co robi ówczesna opozycja. To był ciężki czas, po kiszczakowskiej amnestii, ruch był w lekkiej rozsypce, ale wciąż miał potencjał. Trzeba było wyciągać ludzi na powierzchnię i nakłaniać do bardziej widowiskowych działań. Skończyła się martyrologia, koncentrowanie się na hasłach odzyskania niepodległości, do głosu doszła idea szersza, dotycząca zmiany sposobu myślenia o funkcjonowaniu społeczeństwa. I pojawiało się kardynalne pytanie: co potem? Bo co do tego, że komunizm padnie, to w swojej naiwności, która okazała się wieszcza, nikt z nas nie miał wątpliwości. Jego upadek miał być drogą do anarchizmu, który wtedy i dziś traktowałem jako niezły projekt na bardziej radykalną zmianę.
Chcieliście zaprzeczyć wszystkiemu, co było, zbudować świat od nowa?
M. K.: Tak, to była krytyka całościowa. Teraz w opisie historycznym pomija się ten wątek, ale wówczas mocno dyskutowano nad tym, co będzie później, np. omawiano kwestię restytucji kapitalizmu. Pojawiały się banalne pytania, zadawane przez ludzi bez wiedzy politologicznej, bez oparcia w ekspertyzach ekonomicznych: jak odbudować własność prywatną po komunizmie? I tu pojawiło się pojęcie „nomenklatury”. Bo jeśli mamy system własności państwowej, z której część aparat władzy scedował na swoich satelitów, choćby pilnowanych przez milicję „cinkciarzy”, tworzących namiastki wolnego rynku, to się okazuje, jak cholernie to wszystko jest kontrolowane. Podejmowaliśmy też próbę reinterpretacji etosu Sierpnia, zrywu robotniczego. Ja sam w opozycję zaangażowałem się w czasie, gdy sprawę robotników, opartej na nich organizacji szerokiego ruchu masowego, zaczęto już właściwie pomijać. System znów kostniał: opozycja upodobniła się do władzy, zbudowała swoją biurokrację, zmonopolizowano kanały informacyjne.
I wtedy według Ciebie powstawały zręby nowej oligarchii?
M. K.: To żadne odkrycie, teraz się o tym mówi jawnie, ale jeszcze niedawno głoszenie takich tez stygmatyzowało człowieka jako niebezpiecznego wariata. W każdym razie – to był czas w okolicach Okrągłego Stołu, pojawiło się nowe pokolenie, nieobciążone traumą stanu wojennego. Na marginesie: dziś się to wszystko nakłada, jacyś kombatanci regularnie zapraszają mnie na spotkanie więźniów stanu wojennego i nie mogą uwierzyć, że byłem wtedy mały [śmiech]. Dla mnie, pokoleniowo, to była jakaś niezwykła opowieść o tym, że historia przyspieszyła i nagle 13 grudnia wszystko się rozpadło. A później na tamtych ludzi przyszły lata marazmu, wejścia w kanał i kryzysu działania...
Patrzyłeś na pierwszą „Solidarność” świeżym okiem. Jakie budziła wrażenia?
M. K.: Najpierw ruchu naiwnego, śmiesznego, ale pełnego nadziei. Później wierzyłem, że to ruch ku rewolucji. I miałem żal, że to wszystko za bardzo „kościelne”, że zafałszowuje świadomość. Ale te przemyślenia nie wynikały z żadnej praktyki. Dla mnie ważne było jedno: czy można stworzyć nowy ruch i czy z jego pomocą da się wykorzystać moment, w którym system gnije? Widziałem ten proces na własne oczy w drugiej połowie lat 80.: wszędzie inercja, marazm, faktyczna nieobecność „Solidarności” jako ruchu robotniczego, masowego, bo wszystkim zajęły się „elity”. Brakowało konceptu: politycznego, społecznego, który by ożywił atmosferę. A system przygotowywał się do zmiany kostiumu.
I na to przyszli nowi ludzie...
M. K.: Nie było w nas skażenia poczuciem klapy, rozczarowania przeszłością. Ale było niespełnienie. I anarchizm. No i oczywiście wtedy nastąpiło zderzenie z wierchuszką „Solidarności”, która miała już zupełnie inny projekt. To wszystko narastało od 1987 roku. W 1988 r. przyszedł czas dużych demonstracji ulicznych, zamieszek, walk z milicją, potem strajki, do których się przyłączyliśmy, jeszcze później ich pacyfikacja, Okrągły Stół, który zostawił w nas poczucie niedosytu, bo mieliśmy przeczucie – może niezbyt racjonalne – że wystarczy docisnąć i to coś się przewróci. Tyle że się nie przewróciło.
Może byliście zbyt różnorodną zbieraniną, by skutecznie walczyć o inny świat?
M. K.: Faktem jest, że środowisko było mocno pomieszane. Od Jana Rokity, prawicowca, przez Jacoba [Wojciech Jankowski], pacyfistę i anarchistę, do Gala [Krzysztof Galiński], który miał pomysł na wysadzenie w powietrze budki z milicjantami. Nieoficjalny hymn WiP-u głosił: „Osoby różnej proweniencji są pośród nas, są dziś wśród nas”. I to było widać: WiP-owcy z oazowych kółek śpiewali „Pan da siłę swojemu ludowi”, a ich koledzy-anarchiści obwieszali się łańcuchami. Stąd to, co nazywa się „niechęcią do systemu”, było różnie rozumiane.
Nie mieściliście się w kanonach...
M. K.: Naszym atutem, choć może i słabością, była organiczna niechęć do wprowadzania sztywnych, formalnych struktur. To była raczej luźna sieć powiązań, co – moim zdaniem – utrudniało infiltrację, stłamszenie ruchu; każdy mógł działać w swojej grupie koleżeńskiej, ideowej, ale mógł też liczyć – jeśli nie przegiął – na szersze wsparcie.
Tak elastyczna struktura nie uchroniła się jednak przed krachem...
M. K.: Momentem zderzenia między nami był na pewno czas strajków 1988 roku. Do tego doszła konferencja na temat praw człowieka w podkrakowskich Mistrzejowicach. I tam zaczął się koniec WiP-u – zrozumieliśmy, że jedności utrzymać się nie da, skoro jest konkretny projekt polityczny porozumienia się z władzą, czyli Okrągły Stół. Część z nas była skłonna to zaakceptować, dla innych było to niemożliwe.
Wtedy z „komuną” nie walczono już nazbyt heroicznie…
M. K.: To nie do końca tak. Pamiętam, jak pojechaliśmy na strajk do Stalowej Woli. Proboszczem parafii, gdzie mieliśmy bazę, był ksiądz Edward Frankowski, obecnie biskup, uważany zresztą za „czarnosecinnego”, a wtedy bardzo otwarty, jak oni wszyscy w owym czasie. Demonstracja w Stalowej Woli została bardzo brutalnie stłumiona, bo to była zbrojeniówka; nas zapuszkowano, ZOMO-wcy spuścili nam łomot. Po 48 godzinach przewieźli na kolegium, a stamtąd pięć osób, w tym mnie, zapakowano do „suki” i wywieziono w nieznanym kierunku. Żartowaliśmy sobie, że zadzwonił Kiszczak i wiozą nas do Warszawy na Okrągły Stół, bo może pojawiły się problemy, może biedny szuka mediacji? [śmiech] Oczywiście, nie jechaliśmy do Czesława, tylko w krzaki, gdzie nas wyrzucono, z zakazem powrotu do Stalowej Woli.
Jak traktujesz mityczny rok 1989?
M. K.: Myślę, że jeśli ktoś chciałby zrozumieć przebieg wielu zachodzących dziś zjawisk, musi się cofnąć do Sierpnia ’80. Później nie widzę jakichś momentów zwrotnych – czerwiec 1989 r. nie był żadnym przełomem. Prawdziwym źródłem przemian, gdzie zaznaczyły się najważniejsze konflikty i problemy społeczne, był Sierpień. Wtedy powstał naprawdę masowy ruch, a stan wojenny był wydarzeniem, który to zniszczył. Później szukano jedynie form porozumienia, choćby na gruncie Rady Prymasowskiej. Próbowano porozumieć się z nurtami w obrębie PZPR, a to z liberałami, a to z narodowcami. Władza mogła grać na różnych instrumentach, zadawać się czy to z Maciejem Gietrychem, czy z Adamem Michnikiem, czy z Jackiem Kuroniem. I to nie jest myślenie spiskowe – tak się robi politykę. Jeśli nikogo dziś nie dziwią próby Kaczyńskich „wyhaczenia” konserwatywnej części z Platformy Obywatelskiej, to czemu naród nie dowierza, że i wtedy władza próbowała obłaskawić część opozycji?
Rozmawiamy dzień po siedemnastej rocznicy wyborów do Sejmu kontraktowego…
M. K.: No chyba właśnie niespecjalnie jest to nagłaśniane [śmiech]. Nikt z nas nie miał wtedy poczucia, że doświadczył przełomu. Wybory były na początku czerwca, a pod koniec maja płonęło miasto. Byłem przekonany, że to wszystko służy jedynie legitymizacji mutującej władzy, pod pozorem budowania demokracji przedstawicielskiej; że to służy wykreowaniu na nowo suwerena – „ludu”, „narodu”, do którego odwołanie pozwala z czystym sumieniem ubierać ludzi w mundury, wysyłać na wojnę, zmusza do płacenia zaliczki podatkowej. W imię czego, pytam?
W imię państwa, które dba o swoich obywateli...
M. K.: Tu się zaczyna rozmowa: czym to państwo jest? Takie dyskusje prowadzono już przy okazji wyborów w 1989 r., istniało przeczucie, że demokracja jest niewydolna, że ten sposób realizowania zasady wolności społecznej się przeżył. I to była dla wielu herezja, ludzie byli zaaferowani na punkcie czteroprzymiotnikowych wyborów, które miały rozwiązać wszystkie problemy. Później się okazało, że wybory z czerwca 1989 r., abstrahując od atmosfery, to rzecz dwuznaczna, bo kompromis pojawił się w momencie dla systemu bardzo niebezpiecznym. Władza była w trakcie przepoczwarzania się (gdy zwierzęta, ludzie i systemy są bardziej wrażliwe) i można było dokończyć zryw mas, a wtedy to wszystko by się rozsypało. Ważne były strajki z roku 1988, ale trzeba sobie uświadomić, jaki wtedy panował klimat. Andrzeja Szewczuwańca, który zaczął strajk w Hucie im. Lenina, przedstawiano jako SB-ka. Myśmy z nim współpracowali, także później, jako anarchiści. A wokół niego wszyscy mrugali, że owszem, gość coś robi, ale nie wiadomo, kto nim steruje...
Starzy mu nie ufali, bo był z młodszego pokolenia „Solidarności”…
M. K.: No był, nie on jeden. I tych właśnie ludzi wycięto w 1989 r., a powyciągano stare mumie, które teraz świetnie się czują: Gila, Handzlika, Nowaka, wszystkie te figury z 1980/81 roku. I wszystko po to, by przyciąć skrzydła takim jak Szewczuwaniec, jak górnicy z kopalni „Manifest Lipcowy”, jak ludzie z Jastrzębia-Zdroju. Nawet jeżeli ktoś twierdzi, że te strajki nie były tak masowe, jak w Sierpniu ’80, to i tak wydarzyła się rzecz niesamowita: przyszło młode pokolenie, które chciało mówić własnym głosem.
W tamtych latach wielu anarchistów sympatyzowało z radykalnym nurtem „Solidarności”, reprezentowanym m.in. przez Andrzeja Gwiazdę. Ale na dłuższą metę nic z tego nie wyszło…
M. K.: Mam duży szacunek dla Joanny i Andrzeja Gwiazdów. Ale przypominam sobie spotkanie z Andrzejem tuż przed wyborami 1989 r., w akademiku „Żaczek” bodajże. Kraków czuć jeszcze było benzyną, młodzi byli rozognieni, chcieli coś zrobić, potrzebowali twarzy dla swojego ruchu. I wtedy usłyszeliśmy od Andrzeja, że trzeba walczyć o zwołanie Komisji Krajowej „Solidarności” w składzie sprzed stanu wojennego. A to się przecież skończyło klapą jako projekt polityczny, bo nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Można było protestować, tworzyć określenia typu „Neo-Solidarność”, uzasadnione zresztą. Ale co z tego? W ruchu rewolucyjnym, który stawia sobie jako cel zmianę porządku społecznego, zmianę systemu, powoływanie się na zasadę legalności, wbrew oczywistym faktom, może funkcjonować jako argument polemiczny, ale kompletnie nie ma szans jako projekt polityczny. Dla osiemnastolatka, który w 1988 r. szukał ujścia dla aktywności, który widział jak ZOMO idzie na ludzi, który widział próby zamykania Komitetów Obywatelskich – postulat zwoływania Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” trącił archeologią. A kogo w takim przypadku mogło obchodzić, że Wałęsa jest „nielegalny”?
Szczere chęci giną w skazanej na niepowodzenie próbie ponownego dotarcia do źródeł?
M. K.: Wiele osób, które mogłoby sporo zdziałać, poszło taką właśnie drogą. I trwa to do dziś. Sprawa TW „Bolka” czy oskarżanie warszawskiej opozycji o manipulowanie przy niewinnej „Solidarności” – takie argumenty to dziś świadectwo totalnej bezradności. Radykałowie podają argumenty, ale oni o tym wszystkim wiedzieli przecież wcześniej. Pytam ich: czemu nie utrąciliście tego w Roku Pańskim 1980? Było w was tak wielkie dziecięctwo, wiara w to, że uda się wam nad tym zapanować? A może wszyscy uczestniczyli w manipulacji i utracili wiarę w spontaniczny, masowy zryw? A jeśli sami weszli do tej gry, to z góry stanęli na przegranej pozycji, bo mieli mniej środków, możliwości, informacji. Trzeba się było wtedy odwołać do ludzi...
Wtedy nikt nie znał przyszłości…
M. K.: A dziś, w 2006 r., to jest jeszcze bardziej archeologia niż w 1989, albo robota dla Instytutu Pamięci Narodowej, która nie będzie już nigdy nikogo specjalnie interesowała. Może poza porachunkami w ramach pewnego środowiska. Chyba że za jakiś czas ta historia o kulisach „Solidarności” przeniesie się na wyobraźnię społeczną. Ale kto będzie chciał słuchać, że byli ludzie, którzy już wtedy chcieli żyć z „Solidarności”? A z innej beczki: to „drugie dno”, obnażanie „Solidarności”, bije w ludzi, którzy wówczas dostali mocno w dupę. Nie wyrywano nikomu paznokci, nie miażdżono jąder, nikt nie dostawał dożywocia, ale to są historie rozwalonych związków, skasowanych rodzin, życia na marginesie. I tym ludziom nie wolno odbierać ich wiary. Ale jest też kwestia prawdy. Stąd, być może, ziarnko do ziarnka, wiedza o kulisach tamtych wydarzeń, grach operacyjnych Służby Bezpieczeństwa będzie kiedyś dobrą lekcją dla osób, które się w takie oddolne ruchy angażują.
Marek Kurzyniec (ur. 1966) – anarchista, uczestnik różnych inicjatyw społecznych. W drugiej połowie lat 80. działał w ruchu Wolność i Pokój, następnie w Międzymiastówce Anarchistycznej, a później w powstałej na jej bazie Federacji Anarchistycznej (sekcja Kraków). Był organizatorem licznych protestów społecznych, m.in. corocznych demonstracji przeciwko karnawałowym balom charytatywnym w krakowskim magistracie, zarzucając ich organizatorom hipokryzję. Po roku 1989 wielokrotnie więziony w areszcie, także „prewencyjnie”, przed wizytami w Krakowie różnych znanych polityków. W roku 2004 był jednym z liderów protestów przeciwko Europejskiemu Szczytowi Gospodarczemu w Warszawie. Związany z lewicowym, syndykalistycznym nurtem anarchizmu, jednak bardzo mocno akcentujący różnice i sprzeczności między nim a centralistycznymi, partyjnymi tendencjami lewackimi i komunistycznymi.Mocno zaangażowany w pomoc dla narodu czeczeńskiego w jego walce o niepodległość. Kilkakrotnie brał udział w organizowaniu konwojów z pomocą humanitarną dla Czeczenii (lekarstwa, żywność, środki czystości). Otrzymał tytuł honorowego obywatela miasta Samaszki w dowód wdzięczności za złamanie rosyjskiej blokady i dostarczenie w roku 1995 pierwszego transportu po 10-miesięcznej przerwie. Podczas jednej z wypraw z pomocą dla Czeczenii został porwany, uwolniono go po szeroko zakrojonej akcji władz czeczeńskich. Wraz z Pawłem Chojnackim opisał ten epizod w książce „Porwani w Czeczenii”. Był współzałożycielem i prezesem Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Czeczeńskiej „Ouhazar”, redagował pismo „MARSHO – znaczy wolność”, działa w ramach Komitetu Wolny Kaukaz.
Przez lata mieszkał w Krakowie, obecnie oscyluje między grodem Kraka a Trójmiastem.
Krzysztof Wołodźko
Utwórz swoją wizytówkę
Krzysztof Wołodźko, na ogół publicysta. Miłośnik Nowej Huty.
Wyją syreny, wyją co rano,
grożą pięściami rude kominy,
w cegłach czerwonych dzień nasz jest raną,
noc jest przelaną kroplą jodyny,
niechaj ta kropla dzień nasz upalny
czarnym - po brzegi - gniewem napełni -
staną warsztaty, staną przędzalnie,
śmierć się wysnuje z motków bawełny...
Troska iskrą w sercu się tli,
wiele w sercu ognia i krwi -
dymem czarnym musi się snuć
pieśń, nim iskrą padnie na Łódź.
Z ognia i ze krwi robi się złoto,
w kasach pękatych skaczą papiery,
warczą warsztaty prędką robotą,
tuczą się Łodzią tłuste Scheiblery,
im - tylko radość z naszej niedoli,
nam - na ulicach końskie kopyta -
chmura gradowa ciągnie powoli,
stanie w piorunach Rzeczpospolita.
Ciąży sercu wola i moc,
rozpal iskrę, ciśnij ją w noc,
powiew gniewny wciągnij do płuc -
jutro inna zbudzi się Łódź.
Iskra przyniesie wieść ze stolicy,
staną warsztaty manufaktury,
ptaki czerwone fruną do góry!
Silnym i śmiałym, któż nam zagrodzi
drogę, co dzisiaj taka już bliska?
Raduj się, serce, pieśnią dla Łodzi,
gniewną, wydartą z gardła konfiskat.
Władysław Broniewski, "Łódź"
Nowości od blogera
Inne tematy w dziale Polityka