399 obserwujących
2903 notki
12310k odsłon
  2693   0

O walce politycznej, sposobach jej opisywania i prowadzenia

 

Kiedy czytamy nasze własne polemiczne teksty, teksty dziennikarzy i publicystów prawicowych i w ogóle teksty dotyczące metod walki politycznej uderza nas wielka ilość metafor i porównań militarnych. Słowa takie jak bastion, reduta, placówka, zagon kawalerii, awangarda, ariergarda i inne, podobne, powtarzają się bardzo często. Bierze się to zapewne z niezaspokojonego instynktu działania piszących, którzy siedząc przed monitorami poprawiają sobie samopoczucie projekcjami rodem z „Trylogii”, ale jest pewnie także wynikiem jakiejś głębszej manipulacji. Manipulacji sprowadzonej do tego, by prawicę wkręcić właśnie ten qusi wojenny, quai agresywny i quasi militarystyczny język, który da tym wszystkim charłakom poczucie siły, jakże złudne, a jednocześnie sprawi, że ludzie żyjący w świecie realnym, borykający się z problemami prawdziwymi odsuwać się będą od tej prawicy ze zdziwieniem w najlepszym wypadku, a ze wstrętem w najgorszym. Stąd właśnie, na ile to tylko możliwe, unikałbym tego rodzaju języka i od tego właśnie zacząłbym reformę struktur prawicowych organizacji. Można by się nawet zastanowić nad karami finansowymi dla tych, którzy nazywają GP Codziennie bastionem i placówką. Niewysokimi – zaznaczam.


 

Istotą walki politycznej, która przecież trwa cały czas, nie jest udawanie wojska i wodzów na polach bitew, stąd byłbym także ostrożny we wznoszeniu różnych okrzyków w rodzaju – Jarosław, Polskę zbaw, istotą walki politycznej jest zdobywanie budżetów na działalność oraz przejmowanie, sieciowych struktur przeciwnika, najlepiej bez jego wiedzy. Jeśli już więc do jakiejś akcji militarnej bym tę polityczną walkę porównał, to raczej do piractwa na morzach południowych, niż do bitwy na Łuku Kurskim.


 

Teraz nastąpi cała seria przykładów z przeszłości, które mogą niektórych zanudzić, o czym lojalnie uprzedzam.


 

Zacznijmy od organizacji sieciowych. Nie wiem czy w świecie przedchrześcijańskim były jakieś organizacje sieciowe o takim znaczeniu jak zakony. Przypuszczam, że nie. Zakony, organizacje rozsiane po całym świecie stanowiły o sile kościoła i sile papieża. Miały wielką przewagę nad strukturami państwowymi i były sprawniej zarządzane, a także bogatsze. Konflikt pomiędzy władzą świecką a kościołem polegał więc w istocie na próbach zneutralizowania najgroźniejszych organizacji sieciowych. Próby te różniły się od siebie w zależności od tego kto je podejmował. I tak muzułmanie starali się objąć w tajemnicy władzę nad strukturami sieciowymi kościoła, a władcy chrześcijańscy zniszczyć je i ograbić. Najlepszym przykładem są tutaj oczywiście Templariusze. O przejęciu władzy nad zakonem przez Saladyna pisałem w swoim tekście:http://coryllus.salon24.pl/131429,o-templariuszach-i-ich-tajemnicach


Pokrótce przypomnę te wydarzenia tym, którzy są już porządnie znudzeni. Otóż chodziło o to, że Saladyn najprawdopodobniej doprowadził do wyboru na wielkiego mistrza zakonu, swojego człowieka, rycerza z Flandrii Gerarda de Riteford. W czasie bitwy pod Tyberiadą i dalszej wojny człowiek ów wydatnie pomógł Saracenom w zdobyciu Jerozolimy i innych miast w Królestwie Jerozolimskim. Jego śmierć pozostała zagadką. Po tym „wrogim przejęciu” zakon już nie był tą samą organizacją co dawniej, zaginęły oryginalne zapisy dotyczące reguły, wielkim mistrzem został przypadkowy człowiek mianowany przez króla Anglii i tak to się wszystko toczyło, przy pozorach świetności, aż do roku 1314, kiedy to zakon został zlikwidowany przez Filipa IV i papieża Klemensa VII. Król szantażował papieża i zmusił go do likwidacji zgromadzenia oraz jego domów bankowych. Pieniądze zaś zagarnął i przeznaczył na wojnę z Anglią. Są to sprawy wszystkim wiadome.


 

Najistotniejsze dla nas jest to, że Saladyn był zainteresowany utrzymaniem zgromadzenia w całości - przynajmniej do chwili zdobycia całego Królestwa Jerozolimskiego - i sprawowaniem nad tym zgromadzeniem kontroli, a król Filip chciał je zlikwidować od razu i przejąć jego majątek. Sytuacja analogiczna powtórzyła się potem w odwrotnej kolejności w czasie likwidacji i odtworzenia Towarzystwa Jezusowego. Burbonowie, chcący podzielić pomiędzy siebie Amerykę Południową i zamierzający pozbyć się konkurencyjnych dla państwowych struktur wewnętrznych w krajach przez siebie zarządzanych, zlikwidowali zakon Jezuitów. Fizycznie. Nie pozabijali co prawda tylu zakonników ilu zabili ludzie króla Filipa w XIV wieku, ale bez ofiar się nie obyło. Ci którzy ocaleli zostali przywiezieni do krajów papieskich statkami i po prostu pozostawieni na plaży bez środków do życia. Dzielnie w tych poczynaniach pomagały braciom Burbonom monarchie protestanckie oraz arcykatolicka i apostolska Austria. Jezuici jak pamiętamy ostali się jedynie w Prusach – do czasu, oraz w Rosji – gdzie ocaleli. Co nie jest jak przypuszczam bez znaczenia, ale dowodów nie mam.

Lubię to! Skomentuj80 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale