Powrócimy dziś do tematu, który był już tu eksploatowany, do twórczości Mario Vargasa Llosa. Zacząłem w końcu czytać zakupioną latem książkę „Marzenie celta”, która jest fabularyzowaną opowieścią o człowieku nazwiskiem Roger Casament, irlandzkim bohaterze, powieszonym przez Brytyjczyków za zdradę imperium. Zanim Casament skończył życie na szubienicy był konsulem brytyjskim w Kongo a także reprezentował koronę na kauczukowych terenach w Putumayo w Peru. W Kongo Casament pozał Conrada, który przybył tam jako młody kapitan rzecznej jednostki, a wyjechał jako zmęczony i złamany życiem pisarz, autor „Jądra ciemności”. No i w ogóle Roger Casament to postać barwna i ciekawa, w sam raz nadająca się do tego, by opisał ją ktoś taki jak Mario Vargas Llosa. Czytałem to wczoraj, bo akurat miałem gorączkę i nie mogłem pisać. I pomyślałem sobie, jak ważne dla piszącego człowieka jest by nie zadebiutował zbyt wcześnie i nie osiągnął zbyt wcześnie sukcesu, jak ważne jest by nie chodzić na żadne kompromisy i nie przyjmować od nikogo żadnych nagród Nobla, żadnych papierośnic złotych, ani jaworowych gęśli. Jeśli bowiem przypomnimy sobie Llosę z „Wojny końca świata” i porównamy go z tym Llosą, który napisał „Marzenie celta” nie uwierzymy, że to ten sam człowiek. Llosa zamienił po prostu dramaturgię w swoich powieściach na dramatykę (tak mawiała moja szefowa z jednego wydawnictwa: musi być dramatyka Gabriel, pamiętaj, dramatyka) i to jest po prostu nie do wytrzymania.
Tragizm losów pana Casament polega bowiem w książce Llosy na tym, że publiczną sprawą okazał się jego homoseksualizm. To jest punkt centralny książki, to oraz niedola Murzynów w Kongo i Indian w Putumayo. Kwestie takie jak przygotowanie powstania w Irlandii przy pomocy Niemców, dziwaczna wiara w to, że Wilhelm II każe wysadzić desant na Wyspie, żeby wesprzeć powstańców i całkowity brak połączenia tego wszystkiego z Kongo, które jest początkiem i końcem wszystkich tak dawniejszych jak i współczesnych rozważań na temat wybuchu I wojny światowej, jest co najmniej dziwne. Wygląda to tak, jakby Llosa pisał na zlecenie. Jakby sobie siedział w tej swojej willi nad oceanem i odbierał maile z wydawnictwa, a w nich polecenia. „Mario, kochany, mamy tu takiego faceta, nazywa się Roger Casament, był – to okropne wiem – pedałem, ale musimy mieć o nim powieść, taką, żeby ludzie płakali. Sam wiesz najlepiej o co chodzi. Twoja Megan.”
No więc sprawa Casamenta i publikacji jego dzienników jest wtórna nieco, bo wcześniej była równie głośna sprawa Oskara Wilde, także Irlandczyka. Skoro zaś, jak mawiają kryptolodzy, udało nam się znaleźć powtórzenie, to znaczy, że szyfr jest prawie rozwiązany, trzeba jeszcze tylko trochę popracować.
Mamy oto Irlandię i jej bogów, wygnanych do Anglii, bo tylko tam niestety istnieją jakieś przyzwoite warunki do życia, warunki, w których bogowie Irlandii, tacy jak Oskar Wilde, mogą się realizować i błyszczeć. Tam też najłatwiej ich kontrolować, a kiedy zrobią coś głupiego, wykoleić za pomocą prostej prowokacji. Homoseksualizm nie został wymyślony w Irlandii, wszyscy o tym wiemy, on się tam nawet nie za bardzo przyjął. Co innego na Wyspie, gdzie pedalskie numery, to jest chleb powszedni ludzi uczestniczących w życiu publicznym, od parlamentarzystów począwszy, na ostatnim kolonialnym oficerze kończąc. Ja nie chcę pisać za Llosę jego książki, chcę tylko powiedzieć, że sprawa Rogera Casament podobnie jak sprawa eksportu kauczuku i przemysłu chemicznego, którego rozwój był przyczyną wybuchu I wojny światowej, jest o wiele bardziej złożona. I szkoda, że pisarz tej klasy jak Llosa tego nie zauważył. Może po prostu zlecenie nie obejmowało tych obszarów i nie ma się czemu dziwić.
Jedno w tej książce jest warte uwagi, sposób w jaki kolonizatorzy, przedstawiciele prywatnych firm, które wykupiły koncesje od Leopolda II, zagospodarowywali obszary Wolnego Państwa Kongo. Jeśli odejmiemy elementy takie jak bat, gwałty i morderstwa, wszystko wygląda dokładnie tak samo jak dziś w Polsce. Najpierw przedstawiciele lokalnych władz podpisują, lub raczej stawiają jakieś znaczki na umowach, które podsuwa im urzędnik z korporacji, a potem wszyscy poddani tego kacyka już są niewolnikami, a ich aktywa, w postaci czasu i pracy należą do firmy. Jeśli dochodzi do buntu zabija się najpierw kacyka, a resztę przywodzi do przytomności za pomocą bata i rozstrzeliwań najbardziej aktywnych przywódców. Dziś będzie podobnie, rząd wdroży niebawem program dotyczący budowy mieszkań pod wynajem i tym samym wyda aktywa swoich obywateli w ręce niemieckich banków. Młodzi ludzie, o których pisał będzie laureat nagrody im Ryszarda Kapuścińskiego Filip Springer, uwierzą, że lepiej jest wynajmować niż mieć i zaczną wynajmować, żeby w ogóle móc żyć. A żyć, to znaczy spędzać długie godziny w pracy, której nienawidzą, bez możliwości realizacji osobistych planów. Być może uda się nawet stworzyć jakieś osiedla branżowe, korporacyjne szczury na prawo, pracownicy fabryki na lewo. Tu ulica Drukarek laserowych, a tam Wielkich Pieców. Ktoś może powiedzieć, że to nie jest jednak zbieranie kauczuku w dżungli. Rzeczywiście nie jest, a młodzi ludzie mogą przecież, w razie jak ich wyleją z pracy, wyjechać do rodziców. Fakt mogą, przynajmniej do chwili, kiedy ci rodzice nie będą musieli płacić podatku katastralnego. Potem może być różnie. I zwróćcie uwagę, że u nas nie ma raczej gdzie uciec, nie można schronić się w niedostępnej dżungli. Jesteśmy na widelcu, a i lasy zostaną wkrótce sprywatyzowane, tak więc o zwyczajnym schowaniu się także nie będzie mowy. O nazbieraniu sobie za darmo grzybów na kolację także nie.
Nagonka na tych młodych już się zaczęła, mówią o tym codziennie w radio, o tej wyjątkowej ofercie, jaką banki i rząd przygotowały dla nich, biednych zbieraczy kauczuku. I podobnie jak w Kongo za czasów Rogera Casament firmy nie ponoszą żadnego ryzyka, ograbiając nas z czasu i pieniędzy. Są po prostu bezkarne.
Ktoś może zapytać co to wszystko ma wspólnego z ikonoklazmem. Teoretycznie nic, ale ja od dłuższego czasu myślę o ruchach ikonoklastycznych, myślę po swojemu jak się domyślacie i widzę, choć na razie nie bardzo wyraźnie, bo nie mam czasu nic doczytać, rzeczy bardzo ciekawe. W zasadzie już o tym mówiliśmy, ale jakoś tak ogródkami, teraz jednak jest dobry powód, by do tematu wrócić, bo we Francji zaczęto wyprzedawać wyposażenie katedr, paramenty, ornaty, wszystko co tam w kościele do nabożeństwa jest potrzebne. Rodzi się pytanie kto to kupuje i po co? Skoro unieważniona zostaje podstawowa funkcja świątyni i przedmiotów, które się w niej znajdują, nie widzę możliwości, by ta nowa funkcja której się je próbuje nadać miała jakąś trwałość. Nie wierzę po prostu by kolekcjonerzy, którzy to kupują coś na tym zyskali. No chyba, że biorą to jacyś sataniści, którzy wieszają sobie te ornaty przed drzwiami swoich willi, tak jak Indianie wieszali skalpy swoich wrogów. Ok, póki co kupujący mogą żyć złudzeniem, że ta cała olbrzymia piramida, zbudowana na świętej wierze w Trójcę i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa nie runie, że te przedmioty wyniesione z katedry w Amiens, będą miały jakąś wartość nawet wtedy kiedy odejmie im się liturgiczny sens. Otóż według mnie nie będą miały żadnej wartości, będą warte tyle ile skóra ze starego, zdechłego psa. I to jest oczywiste dla każdego przytomnego człowieka. Likwidacja Kościoła i jego dóbr doczesnych oznacza likwidację całej kultury wizualnej i kultury związanej z pięknem oraz kunsztem. Ci zaś którzy świadomie do tego dążą są gorsi niż kacykowie z Kongo podpisujący krzyżykami i kółkami wyroki na swoich ludzi.
Czy ta likwidacja jest ostateczna? Mam nadzieję, że nie, ale wiele wskazuje na to, że to może być jednak koniec. Ikonoklazm jak widzimy zwyciężył już dawno, sztuka, prawdziwa i wartościowa została z przestrzeni sakralnej skutecznie usunięta, a hierarchowie zgodzili się na to bez szemrania. Co to oznacza w praktyce? Otóż to, że całe olbrzymie grupy ludzi, w dodatku wpływowe, grupy czynne zawodowo i świadome swojej wartości, zostały zlikwidowane. Pozostali producenci witraży, ale wśród nich pierwsze skrzypce gra jak wiecie Jerzy Owsiak, co jak sądzę nie jest bez znaczenia dla naszych rozważań.
O to bowiem chodziło w każdym ruchu ikonoklastycznym, o kontrolę nad pieniądzem, który płynął z diecezji, klasztorów i pałaców biskupich, ku artystom i cechom i dawał utrzymanie ludziom, którzy z istoty byli wolni i pozostawali poza kontrolą władzy świeckiej i banków. Nie pamiętam już, który cesarz bizantyjski zdjął ze ściany w sali audiencyjnej wizerunek Chrystusa i zawiesił na tym miejscu krzyż, ale od tego rozpoczął się wielki ruch ikonoklastyczny w cesarstwie. Ruch, który, jak wszystkie po nim odwoływał się do ewangelii i czystości przekazu, a w istocie miał za cel podporządkowanie władzy ludzi wolnych i potrafiących pracować rękami i głową. Dziś ludzi ci, również będą niepotrzebni, no chyba, że dostaną zlecenia z burdeli na ozdabianie ścian jakimiś scenami stosownymi dla tego miejsca. Do niczego więcej bowiem nie będą potrzebni. Wyobraźcie sobie te rynki, kamieniarski, wyrabiający dekoracje na fasady katedr, rynek przedmiotów i szat liturgicznych, no i obrazy, bez obrazów nie da się o tym nawet myśleć. No i zastanówcie się skąd Kościół miał na to wszystko pieniądze? Z datków i z dochodów ziemskich. Jak na widok całego tego potężnego obrotu gotówką, będącego poza jakąkolwiek kontrolą mogły reagować banki? Nerwowo to jasne. Zlikwidowanie sztuki w Kościele nie było zadaniem prostym, bo sztuka to także komunikacja, w dodatku jednowymiarowa, jasna i prosta: narodził się i zmartwychwstał. No, a teraz wyobraźcie sobie komunikację pomiędzy poganami co nie szanują sztuki i jej nie znają. Nie potraficie, to jasne, nic bowiem nie będzie tam zgodne z powierzchowną deklaracją i nic nie będzie tam proste. Wszystko ma drugie, trzecie, czwarte, piąte dno, jak pisał poeta, a władza jest tajna. Jawne pozostaje tylko kłamstwo...
Na naszej stronie www.coryllus.pl pojawił się już regulamin konkursu na komiks według „Baśni jak niedźwiedź”. No więc jest tak, mamy trzy kategorie: bitwy, kresy, święci. Do każdej kategorii przyporządkowane jest jedno opowiadanie i można sobie wybrać co się chce rysować. Czy bitwę pod Żyrzynem według opowiadania „Żyrzyn 1863”, czy historię księcia Romana Sanguszki według opowiadania „Baśń kresowa”, czy może historię św. Ignacego de Loyola według opowiadania „Trzydniowa spowiedź kochanka królowej”. Nagrody są niekiepskie, w każdej kategorii po trzy. Za pierwszą 5 tysięcy minus podatek, który w takich razach koniecznie trzeba odprowadzić, za drugą 3 tysiące minus tenże podatek, a za trzecią 2 tysiące minus wspomniany podatek. Myślę, że warto się pokusić, tym bardziej, że z autorami najlepszych prac chciałbym potem podpisać umowy na stworzenie całych albumów, według mojego scenariusza. Aha, jeszcze jedno: na konkurs nie rysujemy całej historii, ale jedynie od 4 do 6 plansz formatu A 4 w pionie. Szczegóły pojawią się niedługo na stroniewww.coryllus.pl w specjalnej zakładce „Konkurs”. Prace będzie można nadsyłać do 20 maja, a ogłoszenie wyników nastąpi 20 czerwca.
Mam też inne ogłoszenie. Jeden z naszych przyszłych autorów, Robert Gawkowski, którego tekst będzie można przeczytać w najnowszym numerze „Szkoły nawigatorów” zaprasza wszystkich czytelników tego bloga na spotkanie autorskie i promocje książki FUTBOL dawnej Warszawy. Spotkanie organizuje Towarzystwo Miłośników Historii
oraz Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego
Prezentacja książki odbędzie się we wtorek, 4 lutego 2014 r.
o godzinie 17.00 w siedzibie Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk
(Rynek Starego Miasta 29/31) w Sali Kościuszkowskiej.
W trakcie prezentacji przewidywany pokaz fragmentów filmów
archiwalnych sprzed 75 lat.
Mnie tam niestety nie będzie, bo akurat mam swój wieczór autorski w Gdańsku, w Manhattanie. Ten sam dzień i ta sama godzina.
Na stronie www.coryllus.pl mamy nowe obrazy Agnieszki Słodkowskiej, ze słynnej już serii „japończyków” mamy też cztery portrety bohaterów naszego komiksu o bitwie pod Mohaczem. Można tam także kupić poradnik „100 smakołyków dla alergików” autorstwa Patrycji Wnorowskiej, żony naszego kolegi Juliusza. No i oczywiście inne książki i kwartalniki. Jeśli zaś ktoś nie lubi kupować przez internet może wybrać się do sklepu FOTO MAG przy stacji metra Stokłosy, do księgarni Tarabuk przy Browarnej 6 w Warszawie, albo do księgarni wojskowej w Łodzi przy Tuwima 33, lub do księgarni „Latarnik” w Częstochowie przy Łódzkiej 8. Nasze książki można także kupić w księgarni „Przy Agorze” mieszczącej się przy ulicy o tej samej nazwie pod numerem 11a.


Komentarze
Pokaż komentarze (64)