Ponoć dziś ukazał się w „Obłudniku powszechnym” wywiad ze Stasiukiem. Nie mogłem go znaleźć, ale nie jest on w sumie aż tak ważny, bo i cóż może nam rzec Andrzej Stasiuk nowego, czego jeszcze nie wiemy, albo czym nas może zaskoczyć? Kiedy jednak poszukiwałem tego wywiadu uderzyła mnie nieprawdopodobna ilość informacji dotyczących tych wszystkich dialogów kultur, tych spotkań mędrców pod gruszą, tych eventów artystycznych i kulturalnych, w których uczestniczą wielcy pisarze i myśliciele, wynajęci przez koncerny medialne i niemieckie banki. Zobaczyłem to i jak zwykle zadumałem się nad sensem. Z czego to żyje? I ku czemu zmierza? Jasne jak słońce jest bowiem od dawna, że żadna wspólnota kulturowa bez religii jako zwornika nie istnieje i istnieć nie może, próby zaś jej stworzenia służą celom innym zgoła i ukrytym. Owe próby zaś są u samego początku skażone kłamstwem, bo większość z nich odwołuje się do tradycji tolerancji jaka była ponoć w wielonarodowej Rzeczpospolitej, po to, by w następnym zdaniu tolerancji tej zaprzeczyć i wygadywać na zatabaczoną szlachtę polską, co postępu nie rozumiała. No i organizuje się te nasiadówki, gdzie gromada starych dziadów pod przewodnictwem Michnika snuje jakieś rozważania nieszczere i wątłe, a potem nawet protokołu z tego nie ma. Na koniec zaś Lońka Tarasewicz jakąś hucpę odwala, bo jakby się bez wielkiej sztuki obejść mogło. No więc po co to wszystko? Moim zdaniem po to, by rozbudzać aspiracje. Kolejne roczniki mają mieć przed oczami tę sztafetę pokoleń, to przekazywanie pałeczki intelektualisty, jak w słynnym skeczu Grabowskiego: un, łonemu, un łonemu, un łonemu, bo jak się zapoli to co się nie poli, od tego co się poli, to się wszystko spoli...
Mamy więc Stasiuka, a za nim korowód nazwisk nagradzanych pieniędzmi z fundacji którym patronują świeccy święci, tacy jak Kapuściński. Mamy za Stasiukiem tego Karpowicza biednego, tego Springera i całą tę upiorną powierzchowność, którą z przymusu chyba absorbują Niemcy i próbują bez skutku lansować u siebie. I ja tu mam prośbę do Kobiety Kuli, żeby przeszła się do księgarni w mieście, gdzie mieszka, a może nawet w tym większym co jest obok i sprawdziła jakie w księgarniach są pozycje napisane przez polskich autorów. A przede wszystkim czy one tam rzeczywiście są. Ponoć są i do tego cieszą się wzięciem. No nie wiem....
Budowanie takiej, opartej o budżety państwowe, nie ważne z jakich państw pochodzące, hierarchii służy uwodzeniu młodzieży, która ma wierzyć w to, że każdy ma szansę. Skoro taki Stasiuk i taki Karpowicz mieszkają w małych wioseczkach to znaczy, że każdemu pochodzącemu z wioski głupiemu Jasiowi, który chce być pisarzem może się udać. Otóż nie może, to ta hierarchia to wynik ścisłej i bezwzględnej selekcji, to są wszystko buldogi z przyklejoną sierścią, udające setery irlandzkie, co biegają bo porośniętych trawą wzgórzach nieopodal klifu. To nie jest prawda, one siedzą na zapyziałym, śmierdzącym podwórku i pilnują miski, a nad każda budą jest napis oznajmiający jak się dany egzemplarz nazywa: Stasiuk, Karpowicz, Tokarczuk itp...
I każdy kto spróbuje im wyrwać miskę sprzed nosa naraża się na odgryzienie ręki. Co tam wyrwać miskę, tam się nie da w ogóle dojść na to zapyziałe, pełne gęsich odchodów podwórko, bo droga obstawiona jest taką ilością agresywnych kundli, że szans nie ma żadnych. Co jakiś czas tylko pokazują lub opisują jak buldogi poprzebierane za setery gawędzą ze sobą o tym, że te miski to są właściwie nieważne, ważne jest jaki który ma widok sprzed budy. I nikt słowem nie piśnie, że wszystkie mają taki sam widok – na dom nadzorcy.
Dobra, dosyć już tych metafor. Mamy tu do czynienia z organizacją, która nie jest ani miła, ani sympatyczna, ani nawet ładna, organizacja ta zawłaszcza przestrzeń publiczną i uniemożliwia jakąkolwiek wymianę myśli i pozbawia, poprzez swoją pozycję monopolisty, zdolnych ludzi szansy na sukces. Czyni to poprzez czynienie z gamoni pokroju Stasiuka, wybitnych pisarzy, oraz poprzez organizację systemu nagród, które promują innych gamoni. Jak się zabrać od odebrania im terenu? Przede wszystkim nie aspirować do hierarchii i wartości przez nich budowanych i lansowanych. Trzeba je zanegować, unieważnić i wywrócić do góry nogami. Potem zaś wyznaczyć własne nagrody. Co się niniejszym stało wczoraj, o czym tu nieśmiało przypominam. Nie wchodzić na drogę obstawioną kundlami, nie brać udziału w ich konkursach. To na początek. A przede wszystkim nie brać od nich żadnych pieniędzy i do tych pieniędzy nie aspirować. I w ogóle nie aspirować do żadnych darmowych obiadów, darmowych noclegów i darmowych przejażdżek komunikacją miejską w aglomeracjach odległych od naszej stolicy. To są wszystko pułapki.
Dlaczego ja o tym piszę i dlaczego żadna siła w Polsce nie przeciwstawia się temu kłamstwu. Pisaliśmy już o tym z Toyahem sto razy, wynika to w prost z deprawacji, którą stosują promotorzy naszych buldogów, deprawacji, która jest zaraźliwa i czyni człowieka niewrażliwym na emocje czytelnika. Wręcz uczy go wprost pogardy dla tego czytelnika, a do tego wpaja szacunek dla własnych, nędznych, wtórnych i najczęściej krępujących emocji. Tymi zaś emocjami, kiedy już zostaną rozdęte do rozmiarów arbuza pisarz ma karmić swój target. I tak jest wszędzie. Tak jest w przypadku Stasiuka i w przypadku Ziemkiewicza, a także w całej serii innych przypadków. Dlatego, że opisywane tu środowisko do wzorzec metra dla innych środowisk, które korzystając z tego wzorca dają tym samym dowód swojej bezradności, słabości i braku talentów, a także planów.
Już o tym pisałem, ale jeszcze powtórzę: nie ma sensu branie udziału w krajowych ustawkach, zwanych rywalizacją najlepszych o jakieś nic nie warte laury, o jakąś nagrodę Nike, która nie może się równać z miesięcznym obrotem spożywczaka u mnie na wsi, o jakieś proporczyki czy plakietki, bo to jest komedia, w dodatku reżyserowana przez biednych buszmenów, którym się zdaje, że żyją w Hollywood. Trzeba się od tego trzymać jak najdalej. Szczególnie zaś od rzeczy brzydkich, krępujących i słabej jakości, takich jak figurka wręczana laureatom nagrody Macieja Rybińskiego. Ona jest najgorsza i przez swój upiorny wygląd upokarza laureatów, a nie ich wyróżnia.
Konkurując z jakąś hierarchią nie możemy jednocześnie do niej aspirować. To jest oczywiste i najlepiej widoczne na przykładzie rywalizacji organizacji obracających wielkimi pieniędzmi. Odpowiedzią na wielkie plany Rzymu w dawnych czasach, na inwestycje i przedsięwzięcia o skali światowej była zawsze jakaś wielka herezja. I to jest jasne, kiedy bowiem ktoś zyskuje zbyt wielką władzę nad pieniądzem, nie można z nim konkurować inaczej jak tylko poprzez zanegowanie wartości transcendentnych, które reprezentuje. Jeśli przewagę zyskują banki nie da się z nimi walczyć inaczej, jak za pomocą ruchów religijnych, jeśli się komuś zdaje, że można już przepadł.
No, ale my póki co nie rzucamy wyzwania bankom, bo też i nie reprezentujemy żadnej organizacji religijnej, jesteśmy, w większość po prostu członkami Kościoła i próbujemy jakoś sobie radzić w świecie, a że polem, które przyszło nam uprawiać jest komunikacja toteż o komunikacji piszemy i domagamy się, by nasz głos był słyszalny. Nie przez buldogi bynajmniej, bo one nas nie interesują, ale przez tych biedaków, którym się zdaje, że porobią kariery na tym obsranym przez ptactwo domowe podwórku. To jest w tym najważniejsze....
Na naszej stronie www.coryllus.pl pojawił się już regulamin konkursu na komiks według „Baśni jak niedźwiedź”. No więc jest tak, mamy trzy kategorie: bitwy, kresy, święci. Do każdej kategorii przyporządkowane jest jedno opowiadanie i można sobie wybrać co się chce rysować. Czy bitwę pod Żyrzynem według opowiadania „Żyrzyn 1863”, czy historię księcia Romana Sanguszki według opowiadania „Baśń kresowa”, czy może historię św. Ignacego de Loyola według opowiadania „Trzydniowa spowiedź kochanka królowej”. Nagrody są niekiepskie, w każdej kategorii po trzy. Za pierwszą 5 tysięcy minus podatek, który w takich razach koniecznie trzeba odprowadzić, za drugą 3 tysiące minus tenże podatek, a za trzecią 2 tysiące minus wspomniany podatek. Myślę, że warto się pokusić, tym bardziej, że z autorami najlepszych prac chciałbym potem podpisać umowy na stworzenie całych albumów, według mojego scenariusza. Aha, jeszcze jedno: na konkurs nie rysujemy całej historii, ale jedynie od 4 do 6 plansz formatu A 4 w pionie. Szczegóły pojawią się niedługo na stroniewww.coryllus.pl w specjalnej zakładce „Konkurs”. Prace będzie można nadsyłać do 20 maja, a ogłoszenie wyników nastąpi 20 czerwca. Póki co czekajcie cierpliwie.
Mam też inne ogłoszenie. Jeden z naszych przyszłych autorów, Robert Gawkowski, którego tekst będzie można przeczytać w najnowszym numerze „Szkoły nawigatorów” zaprasza wszystkich czytelników tego bloga na spotkanie autorskie i promocje książki FUTBOL dawnej Warszawy. Spotkanie organizuje Towarzystwo Miłośników Historii
oraz Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego
Prezentacja książki odbędzie się we wtorek, 4 lutego 2014 r.
o godzinie 17.00 w siedzibie Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk
(Rynek Starego Miasta 29/31) w Sali Kościuszkowskiej.
W trakcie prezentacji przewidywany pokaz fragmentów filmów
archiwalnych sprzed 75 lat.
Mnie tam niestety nie będzie, bo akurat mam swój wieczór autorski w Gdańsku, w Manhattanie. Ten sam dzień i ta sama godzina.
Na stronie www.coryllus.pl mamy nowe obrazy Agnieszki Słodkowskiej, ze słynnej już serii „japończyków” mamy też cztery portrety bohaterów naszego komiksu o bitwie pod Mohaczem. Można tam także kupić poradnik „100 smakołyków dla alergików” autorstwa Patrycji Wnorowskiej, żony naszego kolegi Juliusza. No i oczywiście inne książki i kwartalniki. Jeśli zaś ktoś nie lubi kupować przez internet może wybrać się do sklepu FOTO MAG przy stacji metra Stokłosy, do księgarni Tarabuk przy Browarnej 6 w Warszawie, albo do księgarni wojskowej w Łodzi przy Tuwima 33, lub do księgarni „Latarnik” w Częstochowie przy Łódzkiej 8. Nasze książki można także kupić w księgarni „Przy Agorze” mieszczącej się przy ulicy o tej samej nazwie pod numerem 11a.


Komentarze
Pokaż komentarze (29)