Kiedy byłem dzieckiem w telewizji puszczali, zapomniany już dziś całkiem program o filmie, który nosił tytuł „Latarnia czarnoksięska”. Prowadził ten program jakiś siwy ubek wystylizowany na angielskiego lorda. Miał marynarkę wyglądającą jak tweedowa, coś w rodzaju fularu pod szyją i białe zęby, siwe zaś włosy zaczesywał do tyłu. O ile pamiętam gadał głównie o kinie radzieckim i jego wybitnych dziełach. Ja najbardziej zapamiętałem ten program, w którym omawiał film „Kalina czerwona”, gdzie występuje aktor nazwiskiem Szukszyn. Pewnie dlatego, że ja się tego Szukszyna bałem. On był ponoć wybitny i wielki, pisał nawet sztuki i książki, ale ja się go bałem, bo według mnie miał twarz i reakcje obłąkańca. Do dziś mam przez tego Szukszyna wstręt do ludzi demonstrujących głębię swych emocji dziwnymi wyrazami twarzy i w ogóle do osób popadających w zamyślenie bez wyraźnej przyczyny. W programie „Latania czarnoksięska” Szukszyna omawiano jako skończoną doskonałość, najbardziej zaś doskonałą sceną w całej jego karierze była ta, kiedy Szukszyn, były więzień łagru, który wybaczył swojej ojczyźnie, że go zamknęła, żegna się z matką staruszką. Matki staruszki w radzieckich filmach i pieśniach to jest punkt ważny i propagandowo dobrze rozegrany. Mało kto śmie się zamachnąć na relację matka – syn, a już nikt prawie na relację matka – syn idący na wojnę, albo matka – syn wracający do więzienia. To są rzeczy poza wrażliwością człowieczą. Tak sobie to wykombinowali dawno temu radzieccy cybernetycy i momenty te ogrywają do dziś. W Polsce też to mieliśmy, ale u nas nie działało tak dobrze, jak na Rusi świętej i rzecz porzucono. U nas eksploatuje się propagandowo głównie emocje młodzieńcze, jakieś zbiorowe gwałty na niewinnych dziewczętach, przebranych w marynarskie ubranka i takie tam duperele. Zychowicz jest w tym mistrzem. Myślę nawet, że zmierzamy wprost ku emisji patriotycznych soft pornosów. Jeszcze parę „Kamieni na szaniec” i załatwione.
No, ale wracajmy do Szukszyna. W tej scenie z matką, ona patrzy przez szybę, a on odchodzi, zdaje się, że ma skórzaną kurtkę przerzuconą przez ramię i czapkę na głowie, ale dokładnie nie pamiętam. W każdym razie ona patrzy przez szybę jak on odchodzi, a po szybie chodzi mucha. I ten facet co prowadził program „Latania czarnoksięska” poświęcił połowę antenowego czasu jaki był mu dany na omawianie owej muchy. Zachwycał się muchą, piał peany na cześć tej muchy, kokietował nas uśmiechem i podkreślał mistrzostwo radzieckich operatorów, którzy muchy nie spędzili z szyby, ale pozwolili jej spokojnie łazić i coś tam symbolizować, albo może budować napięcie, już nie pamiętam.
Nie była to ostatnia mucha jaką widziałem w filmie radzieckim, ta druga była równie widowiskowa, a także – co za zbieg okoliczności – łączyła się z Wasilijem Szukszynem, wybitnym aktorem radzieckim. Druga wybitna mucha kina radzieckiego wystąpiła w filmie „Cichy Don”. Ten film jest wyjątkowo wprost nędzny i słaby, choć włożono weń mnóstwo pieniędzy. Powieść Szołochowa bowiem zawiera takie ilości szczegółów, że przystrzyżenie ich dla potrzeb scenariusza sprawiło, że obraz stał się po prostu niezrozumiały, dla ludzi, którzy nie znali książki. Jak akurat znałem, bo „Cichy Don” przeczytałem, więc mogłem spokojnie ten film obejrzeć. No i jest tam słynna scena szarży na jakieś galicyjskie miasteczko, kozacy pędzą najpierw po wzgórzach, potem wśród sadów, a na koniec wpadają między domy, na zalaną słońcem, piaszczystą ulicę. Rąbią szablami, dźgają pikami uciekających austriackich piechurów, a główny bohater Grisza Melechow, walczy najzacieklej. Kiedy zabija jakiegoś biednego żołnierza cesarsko-królewskiej armii, zatrzymuje się i zsiada z konia, energicznym ruchem ściąga wodze i przywiązuje zwierzę przed jakimś domem do słupka, czy drzewa. Potem stoi i patrzy, czapkę ma przesuniętą na bakier, pasek ściągnięty pod szyją, a po kieszeni jego mundurowej bluzy chodzi mucha. Tak właśnie, mucha, taka sama jak po szybie oddzielającej matkę staruszkę od jej syna byłego więźnia. I mucha ta oznajmia nam, że kino radzieckie jest potężne, a jego krytycy są mniejsi nawet i podlejsi niż ta łażąca po różnych rzeczach mucha. Gdyby „Cichy Don” oglądał ten pan co prowadził program „Latarnia czarnoksięska” rzec mógłby, że ta mucha to taki symbol wanitatywny, że teraz łazi po mundurze Melechowa, ale za chwilę zabierze się za trupy, które dla much są przecież dużo ciekawsze niż żywi ludzie. Potem mógłby ten wątek rozwijać na różne sposoby, ale ja już nie będę ich tu prezentował. Teraz pora wyjaśnić w jaki sposób mucha z munduru Melechowa łączy się z Szukszynem. Otóż Szukszyn też grał w tym filmie. Nie pamiętamy go bo zagrał rolę epizodyczną, jakiegoś marynarza, czy kogoś podobnego, ale w filmie był. No więc tam mucha i tu mucha, muchy ciężkie od znaczeń i kodów kulturowych.
O co mi chodzi z tą muchą? Otóż o to, że mając do dyspozycji film, nakręcony przez zawodowców, krytyk, by przekonać doń widza, buduje całkowicie fałszywy i nie istniejący w świecie filmowych profesjonalistów, ani też w świecie kinomanów, zbiór kryteriów oceny, których centralnym punktem jest mucha. To zostało już dawno wyszydzone przez artystów z kabaretu „Mumio”, którzy przygotowali skecz, gdzie ten najważniejszy przebrany jest za biedronkę, chodzi po scenie i coś pierniczy w stylu polskich krytyków filmowych, zupełnie jak dawniej Andrzej Werner i jego syn Mateusz. Po co więc ja do tego wracam? Po to, by uzmysłowić wszystkim, że zwód polegający na wymyślaniu fałszywych kryteriów oceny jest najczęściej stosowanym chwytem w czasie prezentowania, omawiania, a także nagradzania dzieł literatury, filmu i każdej innej sztuki. I to najdoskonalej widać w Polsce, w czasie tych różnych gal i uroczystości połączonych z rozdawnictwem gadżetów. Widać, że to wszystko jest nieprawda, a ci ludzie spotkali się, zakładając na siebie dziwne, wieczorowe stroje, tylko z powodu muchy na szybie i żadnego innego. Jednym zaś ich poważnym zajęciem jest maksymalnie dokładne zamaskowanie tego fałszu, które czasem nazywane bywa ucieczką do przodu. Nikt rozgarnięty nie uwierzy w to, że nagroda „Złotej ryby” jest czymś ważnym i istotnym, nawet środowiskowo. To jest obciach i wstyd. Podobnie jest z nagrodą „Nike”, gdzie pod uwagę w czasie oceniania książek brane jest wszystko tylko nie umiejętności warsztatowe. Tam się ocenia muskuły much i nic poza tym. I teraz najważniejsze: o czym to świadczy? Zanim wyjaśnię chcę przypomnieć starą, wczesnoszkolną zagadkę, która była swego rodzaju testem na inteligencję przeprowadzanym przez uczniów na sobie nawzajem. - Kim chciałbyś być – pytały dzieci – tym co wręcza medale, czy tym co je dostaje. No i ci głupsi wołali – tym co dostaje, tym co dostaje....Ja chciałbym tu podkreślić głębię tej prostej zagadki i zbiorową mądrość dzieciaków w naszej podstawówce, które mając wiele do czynienia z wojskiem, doskonale widziały jak to jest w życiu. No więc ci wszyscy ludzie aspirujący do roli twórców chcą dostawać medale. Ich chęć brania tych medali jest tak przemożna, że ten co je rozdaje nie musi się właściwie trudzić, nie musi nawet kupować złotego złomu, żeby medale były prawdziwe. On je odlewa z gipsu, albo wycina z puszki po piwie, a radość po tamtej stronie i tak jest wielka.
Ja teraz zadam pytanie, które zadawałem już dziesiątki razy: dlaczego oni nie organizują konkursów dla ludzi, a jedynie takie dla siebie? Czy dlatego, że są durniami? Nie, oni po prostu nie mogą. Niewolnik, podwykonawca, chłopiec na posyłki, steward w samolocie, lokaj, nie może zorganizować żadnego konkursu dla innych lokai i stewardów pokładowych. On może tylko przyjmować pochwały i gadżety. Im gorsze, im nędzniejsze, tym bardziej będzie z nich dumny i tym głośniej opowiadał będzie o tym jak fantastycznie jest być wyróżnionym. Dojdziemy w końcu do momentu, kiedy gadżety przestaną być potrzebne i wtedy przed naszymi oczami rozegra się coś niezwykłego. Coś co doskonale znamy z Gombrowicza. Tyle, że zamiast imienia Walek w to miejsce wstawi się nazwisko jakiegoś miszcza pióra. Na przykład Zychowicza, albo Warzechy. Pamiętacie to, prawda?
-
Zychowicz? A bierzesz ty po gębie?
-
Oj biorę, paniczu, biorę
-
A mocno?
-
Oj mocno, paniczu mocno, bo kiej jaśnie pan biją, to....
I to będzie cała nagroda. Przepraszam rzecz jasna purystów, że cytat z Gombrowicza niedokładny, ale sens ująłem, jak sądzę właściwie. I ja już czekam na ten festiwal uzasadnień i wyjaśnień tej jakże kłopotliwej sytuacji. Niestety pan prowadzący dawniej program „Latarnia czarnoksięska” już naszym tuzom i mistrzom nie pomoże. Pewnie nie żyje od dawna, podobnie jak ta mucha co po szybie chodziła. Los bowiem człowieczy niewiele różni się od losu muchy, a wszystko jest w ręku Boga.
Na koniec opowiem jeszcze coś niezwykłego, coś co może być wskazówką warsztatową dla ludzi poszukujących i piszących. Kiedy śledziłem wczoraj życiorys pana Szukszyna znalazłem informację, że był on także autorem książki o Stieńce Riazinie pod tytułem „Przyszedłem dać wam wolność”. Ja tę książkę pamiętam, bo leżała ona swego czasu w każdym kiosku w Polsce. Nie wiedziałem wówczas, że jej autor to wielki radziecki artysta sceny i filmu. No, ale dziś wiem. I zerknąłem sobie do biografii bohatera książki tego całego Riazina, on jest ważny dla historii Rosj, występuje także w kulturze pop, bo o nim właśnie jest piosenka zaczynająca się od słów „Wołga, Wołga...” Riazin miał w życiu różne przygody, zanim skończył na szafocie, ale z naszego punktu widzenia najciekawiej prezentuje się początek jego kariery. Oto młody Stieńka, wprost z południa Rosji, znad Donu udaje się na pielgrzymkę nad Morze Białe, do monastyru sołowieckiego. Wędruje w poprzek świętej Rusi. Po co on tam idzie? Żeby się odrodzić duchowo, tak nam piszą w angielskiej wikipedii. Cóż się dzieje potem? Otóż, jak wielu przed nim i po nim Sitieńka znika nie wiadomo gdzie na całe sześć lat. Myślicie, że w czasie tych 6 lat odradza się duchowo? Akurat. Kiedy objawia się ponownie, jest znów na południu, nad Wołgą, w pobliżu granicy z Persją i zajmuje się rabowaniem statków pływających po rzece i ściąganiem haraczy, potem zaś staje na czele tak zwanego powstania Stieńki Riazina, wymierzonego we władze Rosji, czyli w cara. Pytanie istotne brzmi: gdzie był i w jaki sposób odradzał się duchowo Stieńka Riazin, w czasie tych sześciu lat, gdzie to się odbywało, że potem tak gładko z odrodzenia duchowego przeszedł do rabunku i haraczy? Może macie jakieś propozycje?
Na naszej stronie www.coryllus.pl pojawił się już regulamin konkursu na komiks według „Baśni jak niedźwiedź”. No więc jest tak, mamy trzy kategorie: bitwy, kresy, święci. Do każdej kategorii przyporządkowane jest jedno opowiadanie i można sobie wybrać co się chce rysować. Czy bitwę pod Żyrzynem według opowiadania „Żyrzyn 1863”, czy historię księcia Romana Sanguszki według opowiadania „Baśń kresowa”, czy może historię św. Ignacego de Loyola według opowiadania „Trzydniowa spowiedź kochanka królowej”. Nagrody są niekiepskie, w każdej kategorii po trzy. Za pierwszą 5 tysięcy minus podatek, który w takich razach koniecznie trzeba odprowadzić, za drugą 3 tysiące minus tenże podatek, a za trzecią 2 tysiące minus wspomniany podatek. Myślę, że warto się pokusić, tym bardziej, że z autorami najlepszych prac chciałbym potem podpisać umowy na stworzenie całych albumów, według mojego scenariusza. Aha, jeszcze jedno: na konkurs nie rysujemy całej historii, ale jedynie od 4 do 6 plansz formatu A 4 w pionie. Szczegóły są już na stroniewww.coryllus.pl w specjalnej zakładce „Konkurs”. Prace będzie można nadsyłać do 20 maja, a ogłoszenie wyników nastąpi 20 czerwca.
Ponieważ intensywnie zbieramy pieniądze na nagrody, które są dość poważne, umieściłem w sklepie kilka nowych tytułów, są to albumy z archiwalnymi zdjęciami, dość szczególne o tematyce raczej mało spopularyzowanej. Opisy znajdziecie przy zdjęciach okładek. Zysk z ich sprzedaży przeznaczamy w całości na nagrody konkursowe.
Na stronie www.coryllus.pl mamy nowe obrazy Agnieszki Słodkowskiej, ze słynnej już serii „japończyków” mamy też cztery portrety bohaterów naszego komiksu o bitwie pod Mohaczem. Można tam także kupić poradnik „100 smakołyków dla alergików” autorstwa Patrycji Wnorowskiej, żony naszego kolegi Juliusza. No i oczywiście inne książki i kwartalniki. Jeśli zaś ktoś nie lubi kupować przez internet może wybrać się do sklepu FOTO MAG przy stacji metra Stokłosy, do księgarni Tarabuk przy Browarnej 6 w Warszawie, albo do księgarni wojskowej w Łodzi przy Tuwima 33, lub do księgarni „Latarnik” w Częstochowie przy Łódzkiej 8. Nasze książki można także kupić w księgarni „Przy Agorze” mieszczącej się przy ulicy o tej samej nazwie pod numerem 11a. No i jeszcze jedna księgarnia ma nasze książki. Księgarnia Radia Wnet, która mieści się na parterze budynku, przy ulicy Koszykowej 8.


Komentarze
Pokaż komentarze (51)