coryllus coryllus
10378
BLOG

O absurdach jagiellońskich

coryllus coryllus Polityka Obserwuj notkę 51

 Większość tak zwanych umów międzynarodowych ma charakter wymuszenia rozbójniczego. My o tym nie wiemy, bo do przy każdej takiej umowie zatrudniany jest zawsze cały aparat propagandystów zwanych historykami, którzy naświetlają wydarzenia tak, byśmy ich nie mogli zinterpretować we właściwy sposób.

Ponieważ od czasu kiedy pastor kościoła baptystów został i pisarz SF w jednej osobie został naczelnikiem wszej Ukrainy nie milknie u nas gęganie na temat tak zwanej „opcji jagiellońskiej” chciałbym rzec kilka słów w tej sprawie.

Słyszymy oto te głosy, że należy reaktywować wielonarodową Rzeczpospolitą, bo tylko wtedy będziemy się mogli czuć bezpiecznie. A nie dość, że bezpiecznie to jeszcze Pan Bóg będzie po naszej stronie. Wśród tych głosów słychać także, ku mojemu nieopisanemu zdziwieniu głos Grzegorza Brauna. Mamy oto reaktywować chrześcijańskie imperium jagiellońskie. O, żesz...bo nie mogę....Ja rozumiem, że Grzegorz Braun jest człowiekiem wizji, nierzadko wizji wielkich, a zawsze mocno uwodzicielskich, ale ja się z czymś takim zgodzić nie mogę. Nie było przede wszystkim żadnego imperium jagiellońskiego, nie było go nigdy, a w dodatku nie było go w sposób uporczywy. Nie można więc reaktywować czegoś czego nie było i jeszcze mieszać do tego Matkę Boską Fatimską. Definicja imperatora, którą wczoraj podał w wywiadzie Grzegorz Braun jest całkowicie myląca. Można realizować politykę własnej racji stanu na dużym obszarze nie będąc imperatorem. Cechą zasadniczą imperium jest ekspansja, w dodatku ekspansja nie z Bogiem, ale mimo Boga. Imperium to twór, któremu Pan Bóg wyraźnie przeszkadza. A jeśli już podejmuje ono jakieś misje religijne to są one z istoty swojej oszukane i chodzi w rzeczywistości o coś innego. Najpewniej o przejęcie jakiegoś rynku.

Nie było więc imperium, a unia z Litwą miała charakter wymuszenia rozbójniczego, które następnie zostało przykryte lamentem o treści następującej: zła Polska przymusiła dobrą i biedną Litwę do unii, a mogło być tak pięknie. To jest numer, który doskonale rozumieją wszyscy mężowie dysfunkcyjnych żon i ja tu nie będę tłumaczył jego istoty, bo ona dla ludzi myślących jest jasna. I w tym wielkim domu, niesłusznie zwanym dziś imperium, mieszkaliśmy ze szczerą wariatką przez lat 400. I sami dobrze wiecie, jak różnie bywało.

Żeby uratować ten absurd jagielloński różni ludzie imają się wytrycha o nazwie „polityka dynastyczna Jagiellonów”. To jest największa klęska jaka na nas spadła. Największa powtarzam, gorsza niż rozbiory. Polityka dynastyczna Jagiellonów to festiwal deprawacji i marnotrawstwa, a także biegania w kółko w poszukiwaniu jakiegoś przewodnika, który wytłumaczyłby biednym Jagiellonom o co tak naprawdę chodzi. Polityka ta zakończyła się wybudowaniem nagrobka książąt mazowieckich, co było pierwszym z dwóch osiągnięć tej rzekomej polityki dynastycznej. Mam tu na myśli otrucie ostatnich Piastów na Mazowszu i inkorporację tego księstwa, za zgodną i aprobatą Albrechta Hohenzollerna. Drugim sukcesem było wybudowanie kaplicy zygmuntowskiej i położenie się w niej w pozach sztucznych i niemożliwych do zrealizowania dla człowieka ze zdrowym kręgosłupem. I to w zasadzie wszystko. Innych osiągnięć polityka dynastyczna Jagiellonów nie odnotowała.

Nie mogła, a my możemy to stwierdzić mając do dyspozycji całe dzieje od upadku cesarstwa rzymskiego do dziś, ze szczególnym wskazaniem na naszą rodzimą historię, a także na historię państw chrześcijańskim w Europie. Otóż jest tak: kraje opierające swoją przyszłość na członkach takiej czy innej rodziny, choć może prościej będzie powiedzieć – takiego czy innego gangu – nie mają szans na sukces. Praktyka uczy, że rzadko także mają szansę na przetrwanie, a jeśli już to tylko jedno kosztem drugiego. Państwo bowiem, żeby istnieć musi mieć jakieś uzasadnienie transcendentne. I takich uzasadnień w Europie było kilka, a wszystkie one prędzej czy później docierały do punktu, w którym trzeba było zanegować potrzebę istnienia Kościoła. Najważniejszym uzasadnieniem istnienia państwa świeckiego, była cesarska doktryna Rzeszy. To była karta najmocniejsza i właściwie jedyna ważna. Inni mogli tylko aspirować, uzasadniając własne istnienie działaniem misyjnym Kościoła. Francja była na przykład „najstarszą córką Kościoła” i to wystarczało za całą doktrynę państwa przez długi czas, plus oczywiście siła i wpływy lokalnych gangów. Pomiędzy papieżem a cesarzem tlił się stały konflikt, w którym sojusznikami papieża były królestwa wschodnie – Polska i Węgry, a także banki. Europa ulegała również zewnętrznym i wewnętrznym naciskom, te pierwsze wymierzone były w doktrynę cesarską i chodzi mi tutaj wprost o Turków, a te drugie w Kościół i mam tu na myśli herezje. W jaki sposób siły te były ze sobą sprzężone pozostaje kwestią otwartą, którą nikt się nie zajmie z przyczyn moim zdaniem oczywistych. Kłopoty królestw i Kościoła, prawdziwe kłopoty rozpoczęły się w momencie gdy udało się połączyć doktrynę heretycką z aspiracjami lokalnych władców. Nie doszło do tego od razu, wcześniej przeprowadzono kilka prób. Do najbardziej udanych należał ruch husycki w Czechach. Okazało się wtedy, że można zarządzać bogatym obszarem za pomocą gangu, który nie współpracuje z Rzymem i jest ów sposób na zarządzanie wielce korzystny, albowiem można wymuszać haracze w imię nowej doktryny i rabować klasztory do tego, przez co dochód narodowy brutto znacznie się podnosi. Można także dokonywać innego rodzaju wymuszeń, poprzez rozbudzanie aspiracji władców sąsiednich państw. I nie wiem doprawdy ile trzeba jeszcze książek napisać o współpracy Jagiełły z husytami, żeby ludzie, w sumie niegłupi i myślący, wreszcie to zrozumieli. Zjazd w Pabianicach, który odbył się wbrew papieżowi, przy zachowaniu jakichś tam pozorów, był w istocie swojej wymuszeniem rozbójniczym. Niczym więcej.

Mamy więc pierwszych Jagiellonów, w istocie pogan, którzy nie marzą o niczym jak tylko o tym, by obrabować własny naród korzystając z pomocy czeskich heretyków. Dwór i państwo kredytowane są wtedy przez Żydów. Nie ma więc mowy o imperium i nie ma mowy o rozszerzaniu wpływów Kościoła. Jest ten cały Grunwald, ale warto przypomnieć, że w rok po klęsce Krzyżacy postawili na tym polu kaplicę poświęconą Ulrichowi von Jungingen. Gdzie tu więc jest ten sukces, bo ja go nie widzę.

Następca Jagiełły, człowiek pełen młodzieńczych emocji dał się im ponieść i skończył marnie, przez to, że aspiracje bankierów weneckich wziął za aspiracje Kościoła. Nie rozpoznał on bowiem jeszcze jednej ważnej doktryny, która ukryta była przed oczami wszystkich, doktryny instytucji finansowych czynnych w Italii. Ich celem „od zawsze” była likwidacja Bizancjum, z papieżem za plecami czy bez papieża, to nie miało znaczenia. Likwidacja Bizancjum zaś dokonywała się poprzez zastawianie serii pułapek na ludzi chcących walczyć z Turkami, największymi wrogami wschodniego cesarstwa.

Dalej mamy Kazimierza Jagiellończyka, który prowadzi dwa rodzaje polityki – litewską we wczesnym okresie i habsburską wymierzoną w Węgry w okresie późniejszym. Stawia się więc tym samym poza polską racją stanu reprezentowaną przez szlachtę i poza misją Kościoła. Za jego czasów królestwo kredytowane jest przez banki niemieckie i tak już zostanie do końca dynastii jagiellońskiej. Kazimierz Jagiellończyk miał bardzo dobrego wychowawcę – Zbigniewa Oleśnickiego, ale sam dla swoich synów znalazł wychowawcę zgoła niezwykłego. Był to włoski pederasta i oszust, agent Wenecji i sułtana Filip Buonacorsi Kallimach. Za jego czasów w Polsce rozpoczęły działalność różne włoskie mafie oparte o stowarzyszenia muratorów i banki. Czyli, jak lubią mówić humaniści z uniwersytetu, rozpoczął się renesans. Nie było to żadne odrodzenia ale droga ku klęsce po równi pochyłej, której towarzyszyły propagandowe fanfary.

Po Kazimierzu Jagiellończyku polityka dynastii zmierza wprost ku katastrofie, a zatrzymuje się nad przepaścią tylko dlatego, że rodzina Hohenzollern ma swoje plany wobec królestwa. Chce je przejąć po prostu i coś tu urządzić według swoich pomysłów. Aha, zapomniałem dodać, że Jagiellonowie, czy to w Polsce, czy na Litwie, czy w Czechach próbują się przez cały czas w jakiś sprytny sposób oderwać od Kościoła. Na Węgrzech rolę „odrywacza” pełni w schyłkowym okresie istnienia królestwa Maria Habsburżanka, żona króla Ludwika Jagiellończyka. Ktoś powie, ze nie ma w tym nic nadzwyczajnego, bo Habsburgowie też chcieli się oderwać. No, chcieli, ale im niczym to nie groziło. Mogłoby się jedynie okazać, że gdyby oni odstąpili od Rzymu, najstarsza córka Kościoła natychmiast położyłaby się krzyżem, we Francji przypomniano by sobie wszystkie modlitwy do wszystkich lokalnych świętych, a król zaciągnąłby we Flandrii kredyty na szwajcarskich najemników i wkroczył do Niemiec w obronie świętej wiary katolickiej przed satanistami z Wiednia. No, ale sprawy potoczyły się inaczej. Rodzinie Hohenzollern von Ansbach udało się to, co się wcześniej nie udało nikomu, czyli połączenie doktryny heretyckiej z zarządzaniem państwem. Sukces ten za chwil kilka został powtórzony w Szwecji, gdzie miejscowy gangster nazwiskiem Waza wiszący na kredycie zaciągniętym w Lubece, obrabował klasztory i ogłosił się królem. Potem podniósł podatki, żeby wszyscy dobrze zapamiętali kto teraz ma władzę prawdziwą, żeby się już dokładnie dowiedzieli, że są wolni i nie muszą płacić dziesięciny do Rzymu.

Po sukcesie państw heretyckich we wschodniej Europie pomysł ten realizują ze znacznie większym rozmachem Anglicy. I tu się zaczyna problem jeszcze większy. Okazuje się bowiem, ze uzasadnienie istnienia państwa można nie tylko odziedziczyć jak Niemcy, można nie tylko wydzierżawić od Kościoła jak Francja, ale można je sobie stworzyć, można je od początku do końca wymyślić i nadać mu z miejsca wielką energię kinetyczną. Warunek jest jeden – doktryna ta musi być skrajnie agresywna i mieć charakter imperialny. O ile istota sporu pomiędzy papieżem a cesarzem sprowadzić się dała do kwestii kto i jakimi sposobami ma nawracać pogan, o tyle spór z Londynem w ogóle nie zakładał wymiany argumentów. Jego istota sprowadzała się do znanego nam z różnych trzeciorzędnych filmów zawołania – giń psie! I nic taniej się tam osiągnąć nie dało.

Okazuje się w dodatku, że gdy ktoś sam siebie wyposaży w taką doktrynę, a do tego postara się o budżet, czyli rozkradnie i opodatkuje co się da, to cała reszta może już tylko spierniczać w podskokach. Nie da się bowiem uzbrojonego w takie narzędzie państwa zatrzymać. Trzeba wymyślić jakieś antidotum. I ono niestety nie może pochodzić z tego świata. I tu przydałby się Kościół, ale on nie mógł nic zrobić, bo właśnie został podporządkowany Habsburgom, którzy wierzyli, że ich doktryna imperialna poradzi sobie z brytyjska. A to była niestety gówno prawda, ale słowo „sprawdzam” pada dopiero w XVIII wieku. Energia obydwu doktryn jest bowiem duża i cesarstwo zanim upadło broniło się zaciekle. Wybucha wojna 30 letnia, potem przyszedł Potop Szwedzki do Polski, ponieważ Polska uważa, że skoro wszyscy odłączają się od Rzymu to ona też, bo będzie miała swoje imperium, świeckie i sprawiedliwie, gdzie będzie można kraść co się zechce jak w Szwecji. To jest oczywista bzdura, ale niestety bzdura nie dająca się do końca rozpoznać w tamtych czasach. To była bzdura taka samo bzdurna jak dzisiejsze odwoływanie się do polityki jagiellońskiej. Równie dobrze można wskoczyć do szamba i udawać, że to źródło geotermalne, bo też jest trochę ciepłe.

Po potopie szwedzkim, który sprowadzili na nas Francuzi realizujący właśnie swoja doktrynę państwa istniejącego poza Kościołem i opartego o nowy lokalny gang, którego przedstawiciel siedzący na tronie, był, a jakże, pederastą, dochodzi w Polsce do serii nowych wymuszeń rozbójniczych zwanych umowami międzynarodowymi. I tak mamy traktat welawsko bydgoski i unię hadziacką, na którą się – o zgrozo – powołuje Grzegorz Braun. To jest ta wiecie „dobra” unia, co to miała stworzyć Rzeczpospolitą trojga narodów. Polegała ona – mówiąc najkrócej - na tym, że wojsko księstwa ruskiego, które miało powstać z trzech koronnych województw było utrzymywane z pieniędzy skarbowych. Polska płaciła kozakom po prostu, żeby sobie tam spokojnie żyli i robili różne biznesy. Gdyby zaś tym kozakom wpadło do głowy odłączyć się do Polski i przyłączyć do kogoś innego, albo zostać zamorską ekspozyturą Francji, wojsku koronnemu ani litewskiemu nie wolno było wkroczyć na ich teren. Pod rygorem zerwania unii. Nie była więc ta unia rajem na ziemi, jak się wydawało Pawłowi Jasienicy, ale po prostu efektem wymuszenia rozbójniczego.

I my się teraz mamy na te dziwne okoliczności powoływać i coś w oparciu o nie planować? Czyście ludzie powariowali?

Popatrzcie co się dzieje dziś. Na blogu Józka Monety mamy zdjęcie Sikorskiego przebranego za kask Kamila Stocha. I pod tym zdjęciem jest napisane, że według BBC i Reutersa Polska odegrała kluczową rolę w osadzeniu pastora baptystów na ukraińskim tronie. I na tę okazje właśnie Sikorski przebrał się w zieloną marynarkę i udaje smoleńską ofiarę, która cudem ocalała z zamachu.

Na naszych oczach wrabiają nas w coś na całego, a my klaszczemy i cieszymy się jak nie wiem co, bo demokracja zwyciężyła. A w tym BBC piszą nawet, że Polska nie wyglądała na regionalne mocarstwo, a tu proszę...demokrację zaszczepili na Ukrainie...Sikorski zaszczepił...

Przestańmy zajadać te plewy, apeluję po raz kolejny, przestańmy wierzyć w fałszywe i wymyślone na naszą zgubę memy. Nie było niczego takiego jak imperium jagiellońskie oparte o Kościół, a dziś Polska nie jest mocarstwem, nawet regionalnym. Sikorski zaś realizuje politykę BBC i Reutersa, bo nie Zjednoczonego Królestwa przecież. Od tego oni mają pastora baptystów i Julię Tymoszenko.

 

Na naszej stronie www.coryllus.pl pojawił się już regulamin konkursu na komiks według „Baśni jak niedźwiedź”. No więc jest tak, mamy trzy kategorie: bitwy, kresy, święci. Do każdej kategorii przyporządkowane jest jedno opowiadanie i można sobie wybrać co się chce rysować. Czy bitwę pod Żyrzynem według opowiadania „Żyrzyn 1863”, czy historię księcia Romana Sanguszki według opowiadania „Baśń kresowa”, czy może historię św. Ignacego de Loyola według opowiadania „Trzydniowa spowiedź kochanka królowej”. Nagrody są niekiepskie, w każdej kategorii po trzy. Za pierwszą 5 tysięcy minus podatek, który w takich razach koniecznie trzeba odprowadzić, za drugą 3 tysiące minus tenże podatek, a za trzecią 2 tysiące minus wspomniany podatek. Myślę, że warto się pokusić, tym bardziej, że z autorami najlepszych prac chciałbym potem podpisać umowy na stworzenie całych albumów, według mojego scenariusza. Aha, jeszcze jedno: na konkurs nie rysujemy całej historii, ale jedynie od 4 do 6 plansz formatu A 4 w pionie. Szczegóły są już na stroniewww.coryllus.pl w specjalnej zakładce „Konkurs”. Prace będzie można nadsyłać do 20 maja, a ogłoszenie wyników nastąpi 20 czerwca.

Ponieważ intensywnie zbieramy pieniądze na nagrody, które są dość poważne, umieściłem w sklepie kilka nowych tytułów, są to albumy z archiwalnymi zdjęciami, dość szczególne o tematyce raczej mało spopularyzowanej. Opisy znajdziecie przy zdjęciach okładek. Zysk z ich sprzedaży przeznaczamy w całości na nagrody konkursowe.


 

Na stronie www.coryllus.pl mamy nowe obrazy Agnieszki Słodkowskiej, ze słynnej już serii „japończyków” mamy też cztery portrety bohaterów naszego komiksu o bitwie pod Mohaczem. Można tam także kupić poradnik „100 smakołyków dla alergików” autorstwa Patrycji Wnorowskiej, żony naszego kolegi Juliusza. No i oczywiście inne książki i kwartalniki. Jeśli zaś ktoś nie lubi kupować przez internet może wybrać się do sklepu FOTO MAG przy stacji metra Stokłosy, do księgarni Tarabuk przy Browarnej 6 w Warszawie, albo do księgarni wojskowej w Łodzi przy Tuwima 33, lub do księgarni „Latarnik” w Częstochowie przy Łódzkiej 8. Nasze książki można także kupić w księgarni „Przy Agorze” mieszczącej się przy ulicy o tej samej nazwie pod numerem 11a. No i jeszcze jedna księgarnia ma nasze książki. Księgarnia Radia Wnet, która mieści się na parterze budynku, przy ulicy Koszykowej 8. 

coryllus
O mnie coryllus

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (51)

Inne tematy w dziale Polityka