Uważam, że moja postawa, demonstrowana tu nieodmiennie od lat czterech jest jedną z nielicznych godnych naśladowania. Kto tego nie rozumie ten po prostu sam jest sobie winien. Każdego ranka siadam do komputera i piszę tekst, który wymyśliłem w nocy, albo poprzedniego wieczora, albo w czasie jazdy samochodem polną drogą, która prowadzi wprost pod szkołę, gdzie zostawiam swoje dziecko. W czasie tych lat sytuacja na blogu była niezwykle dynamiczna, czytelnicy przychodzili i odchodzili, wielu bowiem zdawało się, że mają na mnie jakiś wpływ, albo, że ten blog to ich blog, a ja jestem tu tylko mało znaczącym dodatkiem. Nigdy nikogo nie zatrzymywałem. Nie ma to sensu albowiem najważniejszą rzeczą jest realizacja misji, a nie kokieteria. Pamiętam czasy, nie tak dawne przecież, kiedy ilość odsłon nie przekraczała 700 dziennie. Blog nie był pokazywany nigdzie, a jednak żył i ja żyłem wraz z nim i było to coś fantastycznego. I ani na moment nie zagościła w mojej głowie myśl, by zrezygnować, bo klikalność jest mała, albo towarzystwo nieodpowiednie. Byłoby to zachowanie skandaliczne i głupie, zważywszy na plany, które mam zamiar zrealizować. Jak wiecie doszliśmy już do tego momentu, kiedy nie ma znaczenia fakt obecności bloga na SG, nie ma to żadnego wpływu na ilość odwiedzin, jakość tekstów, a najmniej wpływ ten jest widoczny na sprzedaż książek. Strona główna nie jest w żaden widoczny sposób sprzęgnięta z wynikami sprzedaży naszych książek. I to jest moim zdaniem największe osiągnięcie. Dlatego właśnie, że w ten sposób objawia się siła i wolność. Dzięki takiej postawie właśnie jestem wolny. I za nic na świecie nie zrozumiem ludzi, którzy z wolności i siły rezygnują.
Chciałem się dziś właśnie zastanowić jakież to pułapki powodują, że ludzie porzucają myśl o wolności i rezygnują z samodzielności i wymyśliłem, że są to przede wszystkim pułapki psychologiczne. Zakłada się je z przeznaczeniem dla ludzi młodych, a kiedy oni już w nie wpadną, tak mniej więcej około 17 roku życia nie potrafią wydobyć się z nich nigdy. Pierwszą i najważniejszą pułapką jest wyszydzane wielokrotnie poszukiwanie akceptacji. Jeśli się komuś zdaje, że obłęd ten mija po trudnym okresie dojrzewania ten jest w błędzie. Poszukiwanie akceptacji to coś co zostaje z niektórymi na całe życie. Kotlet ten umiejętnie podgrzewany przez media i seriale może być przyprawiany w najrozmaitszy sposób. Może być podany na sposób barowy, z kartofelkami i kiszoną kapustą, a może też być postawiony na stole w charakterze dania egzotycznego, polany jakimiś dziwnymi sosami i ozdobiony kawałkami południowych owoców. Obojętnie jak będzie wyglądał zawsze znajdzie wielu amatorów. Szczególnie wśród ludzi aspirujących do ilorazu, którzy przekonani o swoim wewnętrznym pięknie usiłują wypróbować jego moc posługując się przy tym słowem pisanym. Kiedy okazuje się, że entuzjazm nie jest tak wielki jak go sobie zaplanowali rezygnują z pisania albo przekonują sami siebie, że czytelnik nie dorósł do tego by poznać przepastne głębie ich duszy. Jak ktoś jest trochę przytomniejszy to tłumaczy się inaczej, szuka jakichś lżejszych formuł, ale jak by to nie wyglądało zawsze zza pleców wychyla się ta upiorna gęba, z napisem „poszukuję akceptacji” wymalowanym na czole. A po kiego wała wam mili moi autorzy ta cała akceptacja? Możecie mi to jakoś wytłumaczyć w krótkich żołnierskich słowach?
Do czego ja zmierzam, brnąc przez ten przydługi wstęp? Zaraz opowiem, ale najpierw anegdotka. Wśród różnych obłąkań jakimi ludzie posługują się by wzbudzić zainteresowanie bliźnich jest kokietowanie tajemnicą i mądrością, najlepiej przedwieczną. Przybiera to różne formy wszystkie jak jedna fałszywe i niekiedy groźne. Bywa jednak i tak, że zaczyna być śmiesznie. I tak parę lat temu przy grodziskim szpitalu pojawił się banner reklamujący jakieś studio leczniczo terapeutyczne, a na nim napis: ajurwedyjski masaż olejem sezamowym. Po kilku miesiącach napis się zmienił. Zniknęło słowo „ajurwedyjski”, bo autor uznał pewnie, że przegiął i pozostał tylko masaż olejem sezamowym. I to jest coś co w sam raz pasuje do opisu różnych postaw mających wywołać wrażenie autentyczności i oryginalności. Kiedy się jeden z drugim połapie, że przegiął usiłuje się jakoś ratować i rezygnuje z tego co jego zdaniem wywołuje obciach największy. Zostawia tylko ten olej sezamowy, olej, który jest w prawie każdej kuchni i żeby się nim wysmarować nie trzeba lecieć do terapeuty, który bierze za seans 120 złotych.
W blogosferze bardzo łatwo odkryć kto uprawia ajurwedyjski masaż olejem sezamowym, a kto tylko sam masaż bez ajurwedy. To widać gołym okiem. Taki, dla przykładu, FYM, był wielkim znawcą wszystkich wed, zanim się w końcu wyłożył i zdemaskował, a wreszcie zniknął. To był kaliber najgrubszy, bo on nie dość, że nie chciał być wolny to jeszcze ową niechęcią do wolności zarazić próbował innych. I ja mu kilka razy zadałem pytanie: dlaczego nie wyda swojego pisma „Miasto pana Cogito” w papierze? Zapytałem także jego czytelników dlaczego nie ma w papierze „Czerwonej strony księżyca”, ale nigdy nie dostałem innej odpowiedzi ponadto, że papier jest drogi. Olej zaś sezamowy, z czym musimy się wszyscy zgodzić, jest znacznie tańszy, a masowanie mózgów o wiele przyjemniejsze niż pakowanie książek do kopert i wysyłanie ich w świat. Wiem, bo to przećwiczyłem.
Co jakiś czas pojawiają się w blogosferze autorzy, którzy wydają e-booki. Zauważyłem kilku, którzy reklamowali te swoje e-booki w salonie. Za każdym razem było to poprzedzone chluśnięciem czytelnikowi wprost w oczy sporą porcją oleju sezamowego. - Patrzcie, patrzcie – woła autor – napisałem książkę, ale nie dla próżnej sławy, nie dla pieniędzy, ale po to, by was ubogacić. Tak właśnie – ubogacić, a jeszcze może uda mi się przy tym poznać jakąś dziewczynę i zyskać akceptację w jej środowisku. A wtedy, wtedy to dopiero będę szczęśliwy...To jest schemat niezmienny i w mojej ocenie całkowicie degradujący człowieka, a także społeczność, do której on należy. Wyobraźcie sobie, że brytyjski parlament któregoś dnia poddaje pod głosowanie ustawę o powszechnej akceptacji symboli monarchii i symboli imperium. Jaki byłby tego efekt? Wszyscy zaczęliby czyścić sracze flagą Union Jack i nosiliby w niej owies dla kur. To jest oczywiste i proste jak ajurwedyjski masaż olejem sezamowym. W wymiarze indywidualnym jednak i to bez względu na wiek ludzie zdają się nie tylko nie rozumieć, ale wręcz nie dostrzegać tej zasady. Potem zaś kiedy ich praca, ambicje i marzenia pójdą na marne, przychodzą na ten blog i mają do mnie pretensje, że ja się zachowuje arogancko i źle, że nie szukam akceptacji. No więc czas teraz na ważną deklarację. Brzmi ona: mam w dupie akceptację. Tak właśnie. Nie w plecach, nie w miejscu gdzie kończą one swą szlachetna nazwę, ani w czymś innym, ale właśnie w dupie.
Wczoraj na naszym blogu zdarzyło się coś niezwykłego. Oto onyx zamieścił link do tekstu opublikowanego w Onecie, tekstu całkowicie demaskującego tak zwany runek literacki i jego funkcje, przy których ajurwedyjski masaż olejem sezamowym jest po prostu uczciwą propozycją spędzenia wolnego czasu w sympatycznym towarzystwie. Może trochę dziwnym, ale któż z nas jest do końca normalny? O tym tekście pisał już Toyah, ale ja także dorzucić muszę coś od siebie. Okazało się, że w Polsce jest już dobrych kilka setek młodych pisarzy, którzy zamierzają robić kariery posługując się językiem polskim, wśród nich jest spora grupa kobiet, a w niej znajduje się niejaka Kaja Malanowska. Pani ta wczoraj właśnie powiedziała coś ważnego o literackiej fikcji rynku. Powiedziała, że rynek ten nie istnieje, bo nie ma na nim zwyczajnie pieniędzy. Oczywiście nie wyartykułowała tej prawdy wprost, ale zastosowała taki masaż olejem sezamowym i zdradziła po prostu ile dostała za powieść. No i Wy już wiecie ile – 6800. Okazuje się, że ludzie zostają pisarzami za 6800, a ich jednym pragnieniem jest znalezienie akceptacji. I ja bym się nie dziwił ani tej Kai ani innym dziewczynom, które piszą książki o swojej samotności, albo o różnych szajbach, które je dotknęły w związku z zawiedzioną miłością, ale tam są także faceci i z nimi jest gorzej. Jest tam niejaki Żulczyk, postać tragiczna i nieszczęśliwa, taki „głupi kaowiec” z „Rejsu” po prostu. Jak Kaja napisała, że za mało zarabia, Żulczyk od razu się włączył i razem z Dehnelem zaczął ją pouczać na okoliczność zachowań stosownych i niestosownych. Panie Żulczyk, że tak zażartuję, jak już pan jesteś pisarzem psychologizującym, to powinieneś pan wiedzieć, że nie ma takiej niestosowności przed którą cofnęłaby się kobieta, szczególnie zaś kobieta oszukana na pieniądzach. A pan tego nie wie miły panie Żulczyk i wystawia pan sobie tym samym świadectwo najgorsze z możliwych. I jeszcze podpiera się pan przy tym Dehnelem, to już lepiej doprawdy wysmarować się tym olejem sezamowym i rozpocząć jakąś mantrę.
Co jest najistotniejsze w tej wczorajszej demaskacji? To mianowicie, ze nasi wrogowie postanowili ciąć budżety na propagandę. Nie można mieć bowiem żadnych wątpliwości w kogo wymierzony jest ten cały rynek pełen młodych, zagubionych pisarzy i pisarek co poszukują akceptacji i oleju sezamowego. I teraz właśnie okazało się, budżety są ograniczone i nie każdy się załapie. Kaji się nie uda, bo jest dziewczyną, a kasę zapewne trzyma dziś diaspora pederastów. Jak każda diaspora, w której uczestnictwo warunkowane jest czynami nie akceptowalnymi przez wszystkich, radzi sobie ona lepiej. Nie ma bowiem ta społeczność innej misji poza utrzymaniem swojego diasporycznego charakteru kosztem innych. W przypadku naszego rynku propagandy literackiej wszystko odbywa się kosztem dziewczyn. Ktoś musi cierpieć, by zarabiać mógł ktoś. I to się póki co nie zmieni, no chyba, że powstanie jakieś jednoznacznie biseksualne lobby, ale to będzie się wiązać z dalszymi ograniczeniami budżetowymi oraz z walką frakcji wewnątrz tego lobby, co doprowadzi do dalszego obniżenia honorariów. Gdzie w tym wszystkim jest czytelnik zapytacie? Już mówię: czytelnik jest w dupie. Nie w plecach, nie w miejscu gdzie kończą one swoja szlachetną nazwę, ale właśnie w dupie.
Na koniec anegdota, którą zawsze powtarza mój przyjaciel. Oto mamy rysunek Czeczota czy kogoś tej klasy, na rysunku kłąb ludzkich odnóży, męskich i damskich, rąk, cycków i pośladków. Przed kłębem stoi stolik, na stoliku flaszka i kieliszki. Nad całym układem zaś mamy napis: miała być joga i zen, a wyszło jak zawsze. I tym odkryciem Was dziś pożegnam.
Na naszej stronie www.coryllus.pl pojawił się już regulamin konkursu na komiks według „Baśni jak niedźwiedź”. No więc jest tak, mamy trzy kategorie: bitwy, kresy, święci. Do każdej kategorii przyporządkowane jest jedno opowiadanie i można sobie wybrać co się chce rysować. Czy bitwę pod Żyrzynem według opowiadania „Żyrzyn 1863”, czy historię księcia Romana Sanguszki według opowiadania „Baśń kresowa”, czy może historię św. Ignacego de Loyola według opowiadania „Trzydniowa spowiedź kochanka królowej”. Nagrody są niekiepskie, w każdej kategorii po trzy. Za pierwszą 5 tysięcy minus podatek, który w takich razach koniecznie trzeba odprowadzić, za drugą 3 tysiące minus tenże podatek, a za trzecią 2 tysiące minus wspomniany podatek. Myślę, że warto się pokusić, tym bardziej, że z autorami najlepszych prac chciałbym potem podpisać umowy na stworzenie całych albumów, według mojego scenariusza. Aha, jeszcze jedno: na konkurs nie rysujemy całej historii, ale jedynie od 4 do 6 plansz formatu A 4 w pionie. Szczegóły są już na stroniewww.coryllus.pl w specjalnej zakładce „Konkurs”. Prace będzie można nadsyłać do 20 maja, a ogłoszenie wyników nastąpi 20 czerwca.
Ponieważ intensywnie zbieramy pieniądze na nagrody, które są dość poważne, umieściłem w sklepie kilka nowych tytułów, są to albumy z archiwalnymi zdjęciami, dość szczególne o tematyce raczej mało spopularyzowanej. Opisy znajdziecie przy zdjęciach okładek. Zysk z ich sprzedaży przeznaczamy w całości na nagrody konkursowe.
Na stronie www.coryllus.pl mamy nowe obrazy Agnieszki Słodkowskiej, ze słynnej już serii „japończyków” mamy też cztery portrety bohaterów naszego komiksu o bitwie pod Mohaczem. Można tam także kupić poradnik „100 smakołyków dla alergików” autorstwa Patrycji Wnorowskiej, żony naszego kolegi Juliusza. No i oczywiście inne książki i kwartalniki. Jeśli zaś ktoś nie lubi kupować przez internet może wybrać się do sklepu FOTO MAG przy stacji metra Stokłosy, do księgarni Tarabuk przy Browarnej 6 w Warszawie, albo do księgarni wojskowej w Łodzi przy Tuwima 33, lub do księgarni „Latarnik” w Częstochowie przy Łódzkiej 8. Nasze książki można także kupić w księgarni „Przy Agorze” mieszczącej się przy ulicy o tej samej nazwie pod numerem 11a. No i jeszcze jedna księgarnia ma nasze książki. Księgarnia Radia Wnet, która mieści się na parterze budynku, przy ulicy Koszykowej 8.


Komentarze
Pokaż komentarze (54)