Miałem się już tym nie zajmować, bo życie stygnie i takie tam...sami wiecie. No, ale skoro tyle głosów w sieci zabrzęczało nagle w związku z tą biedną dziewczyną, trzeba rzec coś jeszcze. A któż się odezwał? No Varga Krzysztof na przykład, gazowniany mizogin, Justyna Sobolewska moja dawna koleżanka, galopujący major, człowiek o nierozpoznanych póki co dysfunkcjach, który podjął się wśród istot zamieszkujących naszą planetę misji takiej, że broni czystości doktryny Marksa. Jak ktoś doktrynę brudzi i na przykład nie dość szczerze lituje się nad biednymi, wtedy galopujący mu dosrywa. Nie szczypie, nie szydzi, ale właśnie dosrywa. Potem zaś zmyka do swojej norki, żeby tam cygańskim zwyczajem ugotować kamień w garnku – na szczęście.
No i wczoraj wszyscy ci ludzie postanowili zabrać głos w sprawie pieniędzy co się słusznie należą pisarce Malanowskiej. Aha, jeszcze jakaś Piekarska głos zabrała, ale nie Małgorzata, którą znam, tylko jakaś inna, z innej galaktyki. No i ona akurat jakoś tak rachitycznie zaczęła młodą pisarkę bronić. No to ja teraz powiem raz jeszcze co myślę. Obojętnie czy książka Malanowskiej o tej Klarze jest dobra czy zła, obojętnie czy ludzie chcą ją czytać czy nie, pieniądze za jej napisanie, prawdziwe pieniądze należą się Malanowskiej jak chłopu ziemia. Dlaczego? Już mówię. Nie jest prawdą to co pisze Varga, że twórczość to jest jakaś misja, którą ludzie podejmują, bo coś im w duszy gra. Nie jest wcale tak jak mówi Justyna, że „jak ją coś dopadnie to siada do prawdziwego pisania” (czy jakoś podobnie to brzmiało). Pisanie to biznes i każdy kto się za pisanie zabiera czyni to z widokami na sukces. Nie z marzeniami, nie z nutką nostalgii w sercu, bo ten stan właściwy jest chyba tylko jakimś ciężkim zboczeńcom, ale właśnie z widokami na sukces. Jeśli ktoś w dodatku ma przed sobą ścieżkę kariery zarysowaną wyraźnie, mocno i w dodatku wartości co to je na owej ścieżce porozstawiali są w opozycji do różnych katolicyzmów, tradycji i ojczyzn, to jego widoki na sukces są tak wyraźne jak nie wiem co. Ma bowiem ów człowiek zadanie i wie, że jak spełni oczekiwania i zastosuje wszystkie obowiązujące zasady, musi wygrać. Jeśli w dodatku dookoła pełno jest ludzi, którzy utwierdzają go w słuszności podejmowanych działań, jeśli uczestniczy on we wszystkich sabatach czarownic, które mają go uwiarygodnić w oczach tych co sukcesy gwarantują, to w jego sercu nie ma lęku i stan ten jest po prostu naturalny. Jeśli w dodatku książka owego ktosia, jest nominowana do najważniejszych krajowych nagród to pryskają ostatnie wątpliwości i pozostaje już tylko czekanie na ten strumień gotówki, który zwali się za chwilę człowiekowi na głowę. No i Kaja czekała, czekała, czekała, a tu przyszło 6800 w niskich nominałach. Jak w filmie z tym śmiesznym Murzynem, co to zapomniałem jego nazwiska.
Skoro tak się stało dla wszystkich poważnych ludzi jasne jest, że cała ta hierarchia, że te nagrody, te splendory, te zamyślenia i oczekiwania, ten wielki niepokój w sercu mają tę samą wartości co widoki królestw świata tego pokazywane przez takiego jednego Chrystusowi Panu naszemu na pustyni w czasie postu. Dla każdego jest już jasne, że to są rzeczy nieważne, skonstruowane po to, by łowić w pułapkę różne Kaje i inne motylki, by je potem trzymać w słoiku, a jak osłabną i nie machają skrzydełkami pobudzić nieco pukaniem w podziurawione wieczko. I tym właśnie zajmuje się taki Varga i Justyna Sobolewska – pukaniem w dziurawe wieczko. Po co jest to wszystko? To całe kłamstwo, te hierarchie, te dyscypliny sportów fikcyjnych i te nędzne 6800? Po to, by utrzymać w dobrej kondycji świat prawdziwy, który skryty jest za kurtyną, na której namalowane jest to w co wierzy pisarka Malanowska. Cóż to za świat? Czy tam są jakieś straszne albo dziwne rzeczy? Diabła tam...tam po prostu siedzi Varga z Sobolewską, z Orlińskim i całą resztą tej bandy. To oni są beneficjentami tego systemu, to oni mają zagwarantowane słowo „pisarz” przy nazwisku, nawet jak ni cholery nie piszą, to oni mają stałą robotę na trzech etatach, wszędzie fuchy i jeszcze do tego honoraria za książki, nie tak nędzne jak Malanowska rzecz jasna. Skąd ja to wiem? Stąd, że studiowałem w tym samym czasie co oni i dla wszystkich było jasne od samego początku, że taki Varga, nawet jak nie będzie przychodził na żadne zajęcia w Instytucie Filologii Polskiej to i tak jego przyszłość jest jasna. To samo było z Justyną i wieloma innymi. Oczywiście, studenci poddani są środowiskowemu terrorowi i nikt wówczas głośno takich rzeczy nie mówił, z obawy, żeby go nie nazwano frustratem, co to nie ma ambicji, jest słaby i zazdrości lepszym od siebie. No ale dziś już żadnego środowiskowego terroru nie ma. Można więc powiedzieć wprost – za tym wszystkim stoją układy rodzinne. Justyna jest córką Tadeusza Sobolewskiego z gazowni i „Polityki”, a Varga też ma jakąś stosownie sprofilowaną rodzinę. I tak jest ze wszystkim. Nagroda Nike i inne pierdoły zostały wymyślone po to, by chronić interesy kilkunastu rodzin, które mają oczywiście przepisaną misję polityczną z istoty nam wrogą, ale na pierwszym miejscu stoją tam jednak te środowiskowe biznesy, które oni czasem nazywają rządem dusz. To się robi coraz bardziej komiczne, bo póki co wytyczne są takie, że oni mają zakaz zauważania nas. Autorzy sieciowi nie istnieją, no chyba, że są tak głupi jak Nicpoń i zaczną opowiadać o strzelaniu do premiera. Wtedy się ich zauważa i piętnuje. My zaś tego nie robimy, moja krytyka jest merytoryczna i oparta na spostrzeżeniach z natury, poza tym nie chcę nikomu zrobić nic złego. Tak więc pozostaje milczenie. Póki co, bo sytuacja zmieni się na pewno, rynek bowiem, którzy nasi milusińscy obstawiają jest rynkiem treści, czyli rynkiem najbardziej dynamicznym jaki tylko może istnieć. To nie są diamenty, ani ropa, ani nawet kafle szkliwione. To jest treść. A co za tym idzie upilnowanie tego jest z istoty niemożliwe. Oczywiście, można mieć takie złudzenia, można zaklinać rzeczywistość i mówić, że autorzy z sieci się nie liczą, bo nie. Tyle tylko, że prędzej czy później przyjść musi do szykan nieporównywalnych z towarzyskim ostracyzmem znanym ze studiów. Musi przyjść do spraw poważnych, do prowokacji, do sądów i wymuszeń, których będziemy ofiarami. Chodzi bowiem o sprawy traktowane serio czyli o pieniądze i wpływy, których nikt im nie zagwarantował, oni tak myślą, ale to nie jest prawda. Mają bowiem ci ludzie wmontowane w głowy pewne silne złudzenie, im się zdaje, że są częścią jakiejś międzynarodówki wybrańców, która w razie co, gdyby im się coś z rąk zaczęło wymykać ujmie się za nimi i sprawę załatwi odgórnie. Nie załatwi, bo to nie działa w ten sposób, mafie ujmują się wyłącznie za tymi, którzy nie wykazują oznak zidiocenia. A o tym w przypadku wymienionych osób mówić można już coraz rzadziej.
My tutaj w sieci kilka już razy mieliśmy takie manewry z elitarności. Były portale, które kreowały rzeczywistość taką jaką mamy dostępną na rynku książki, czyli zachęcały dobrych autorów do pisania, po to, by ich potem wystawić do wiatru i na ich miejsce włożyć albo polityków, którzy coś tam im mieli załatwić, albo swoich kumpli-głupków. To się za każdym razem kończyło klęską, bez względu na to ile pieniędzy zaangażowano w projekt. Nie pieniądze są tutaj ważne, ale to o czym stale pisze Toyah czyli pasja i autentyzm. Trudno zaś podejrzewać takiego Vargę, człowieka z ulepionego z jogurtu i pokruszonych liści, o jakiś autentyzm. O Justynie nawet nie ma co gadać. Projekt, o którym tu mówimy jest oczywiście przeskalowany, to nie jest jakiś tam Nowy Ekran, czy coś, to jest zabawa w skali kraju, a niektórzy myślą, że nawet w skali Europy i to strażnikom kulis, za której zajrzała Malanowska daje niejaką nadzieję. Złudną mili państwo, bo nie zamkniecie internetu. I w końcu będziecie musieli sięgnąć po prawdziwe szykany, które pozbawią was resztek przytomności i odrą z prawdy, i nic już wtedy nie sprzedacie, zostanie wam tylko budżetowa juma. A i ta się kiedyś skończy. Tak się bowiem składa, że na rynku treści wiele zależy od czytelnika. Tego zaś, wbrew różnym teoriom, wychować się nie da. Można mu kłaść do głowy słomę i psie kupy, ale kiedy znienacka pokazać takiemu coś fajnego, nie mówię, że od razu diament, ale niechby to była tylko bułka z masłem, on się od razu zorientuje co jest grane. I wy ten mechanizm poznacie wkrótce. Malanowskiej jeszcze się upiecze, tak sądzę, ale następny, który wyskoczy z czymś takim oberwie porządnie. I nie wyślą na niego tego jakiegoś Żulczyka czy innego śmiecia, ale po prostu policję, tajniaków, komornika, albo wręcz TVN24 jak na Nicponia. Musimy się oswajać z tą myślą, bo przecież nie zostaniemy w tym rezerwacie, który nam wyznaczono, tym bardziej, że oni nie potrafią go upilnować. Ich problemy są bowiem natury następującej: w rękach mają coś znacznie gorszego niż psia kupa i próbują wmawiać ludziom, że to pierniczki. Żeby ta sztuka się udała trzeba mieć solidne chórki za sobą, czyli cały rządek pisarzy mniejszego kalibru ułożonych warstwami, którzy wydają z siebie głos kiedy ich żgnąć w tyłek gorącym pogrzebaczem. To się udawało dopóki Malanowska nie zabrała głosu i teraz będzie już znacznie trudniej. Potrzebna będzie pokazówka, żeby tę całą pisarską trzodę utrzymać w jakim takim porządku. Ciekawe na kogo padnie? System ten był finansowany z budżetu i coś tam generował na rynku, ale do wykarmienia była taka ilość potomków znanych opozycjonistów i ich wrogów, że się budżety pokurczyły, a każdy chce przecież jeść. No więc co? Przecież nie można przyznać się do klęski, kłamstwa i własnego nieudacznictwa, maskowanego koneksjami. Trzeba grać dalej. No i grają, Varga gra mizogina, a Sobolewska pisarkę z fazą. Grają, ale idzie im coraz gorzej. Bo zaraz okaże się, że nie tylko Malanowska zorientowała się iż coś jest z tym Tolkiem Bananem nie tak, nie tylko Malanowska kuma, że to taki wymysł, a ten facet co organizuje zajęcia w podgrupach nazywa się Szymek Krusz i jest zwyczajnie nasłany przez opiekę społeczną. Po co go ta opieka nasłała? W filmie sprawa była jasna, po to, by stworzyć dom dzieciom z patologii. No, ale my wiemy, że to jest fikcja, bo pamiętamy tamte czasy. Różne Szymki przychodziły do ludzi nie po to by im domy stwarzać, ale po to by ich werbować do zadań nic z domem nie mających wspólnego. Przychodziły te Szymki po to, by namawiać ludzi do tak zwanego zaangażowania po stronie prawdy, dobra i piękna, które to wartości okazywały się później czymś innym zgoła. A to końską giczą, a to łajnem, choć wcześniej wyglądały jak złota papierośnica i skrzypce jaworowe. Czy proponowano wtedy jakieś wynagrodzenie? Mniej więcej takie samo jak dostała Malanowska – 6800 za 16 miesięcy, przy intensywnym zaangażowaniu w niszczenie marzeń bliźniego swego i przy silnym popychaniu go w stronę piekła. Tylko w takich wypadkach można było dostać te 6800. A Malanowskiej się zdawało, że nie, że to wszystko naprawdę. A Varga jak ten cały Szymek Krusz co go opieka społeczna przysłała znów coś o misji pieprzy...I nic, zauważcie, więcej mu nie zostało. Niedługo wiatr go porwie i rozsypie po cmentarzu, a jogurt, którym był pociągnięty zliże z chodnika jakiś pies. Może nawet będzie to pies Żakowskiego. I to jedyna nagroda jaka czeka tego pana, on bowiem też nie zna całej prawdy i też idzie w złą stronę.
Zwycięstwo musi być nasze i ja to wyartykułuję wprost. Powiem co trzeba zrobić, żeby wygrać naprawdę. Ponieważ im nie zostało już nic poza profilowaniem treści coraz bardziej płaskich, trafiających do czegoś co oni uważają za masowego odbiorcę, my musimy robić na odwrót. Trzeba kreować rynki lokalne, na które osoby takie jak Beata Stasińska nie będą miały wstępu z zasady. Nawet jak bardzo będą się chciały kolegować i nawet jak przyniosą dużo pieniędzy. Żeby taki stan rzeczy osiągnąć muszą na tych rynkach obowiązywać inne także niż biznesowe zasady. I jeśli ktoś mi teraz wyskoczy z hasłem, że to jest nieuczciwe, albo że ja tu niszczę konkurencję, w dodatku zdrową, nie idzie ze swoją książką do Stasińskiej i spróbuje ją przekonać, że jest pisarzem. Na wszystkich rynkach rządzą zasady nie mające nic wspólnego z biznesem, po prostu na wszystkich, to jest prawda podstawowa, której ludzie tacy jak galopujący major czy bliscy jego sercu wielbiciele liberalizmu gospodarczego nie rozumieją. Żeby owe zasady „niebiznesowe”, czyli po prostu ustalenia co jest, a co nie jest koszerne, utrzymać, potrzebne są organizacje posiadające hierarchie i stopnie wtajemniczeń, a także strefa, w której durniów karmi się złudzeniami i opowiada im a to o sukcesie literackim, a to o nagrodach. Nas to wszystko nie powinno interesować. Oni, już to zostało zapowiedziane, muszą iść w stronę coraz silniejszych regulacji rynkowych, czyli muszą kreować coraz więcej pośredników, którzy gwarantować będą stały dopływ gotówki do układu. My zaś musimy się pośredników pozbywać, no i musimy mieć znaki, które ułatwią nam identyfikację. Znak krzyża, obawiam się, nie wystarczy. Trzeba będzie rozbudować jakoś tę heraldykę. Ponieważ nie można zamknąć rynku, nie można zamknąć targów, nasze musi być na wierzchu. Oni zaś coraz bardziej uzależnieni będą od jumy. W końcu zaś przyjdzie do rabunku prostego, którym zainteresuje się prokurator. Oczywiście, nie będzie łatwo, tym bardziej, że wszystko trzeba będzie zrobić samemu, a pokus jest dużo. No, ale moim zdaniem zacząć należy od przedostania się na rynki obce z jak najbardziej kontrowersyjnymi treściami. I do tego właśnie wkrótce się zabierzemy.
Napisał ktoś wczoraj, nie wiem czy nie Justyna, o tym ile zarabiają ludzie, którzy osiągnęli sukces na rynku książki. Wygrywa oczywiście Cejrowski, który za książkę dostaje 2 melony. No i tego Cejrowskiego, a potem jeszcze Grocholę i Kalicińską postawili za wzór tej Malanowskiej. Ja szczerze współczuję Pani Kaji, bo wiem jak może się czuć autor z ambicjami, któremu – zaprzyjaźnieni przecież i duchowo bliscy ludzie – stawiają za wzór Cejrowskiego, Grocholę i Kalicińską. Dyslektyka co nie potrafi zdania po polsku napisać i dwie starzejące się wariatki-grafomanki. Ja to doskonale rozumiem, ale powiem Pani, że na te dwa miliony, ani Pani, ani tym bardziej ja nie mamy co liczyć. Żeby zarabiać dwa miliony na książce trzeba być po prostu człowiekiem ciężko zaburzonym, myślę, że sama dysleksja nie wystarczy. Gamoni w tej konkurencji przebijają jedynie twardzi sataniści tacy jak Joan Rowling. Jak pani pójdzie w tę stronę, a wcześniej znajdzie dobrego duchowego przewodnika, szansa jest przed Panią. Odradzam Nergala, bo zamiast do piekła trafi Pani do skupu butelek, albo gdzieś na jakieś zapomnianego torowisko. To się tak właśnie kręci i lepiej nie będzie.
W czwartek będzie nowa książka Toyaha, za tydzień nowy numer „Szkoły nawigatorów”, na stronie www.coryllus.pl jest już nowy numer miesięcznika 'Tatry”. Od 3 do 6 kwietnia trwają targi Wydawców Katolickich, na których spodziewam się być, choć jeszcze nie dostałem faktury, w połowie kwietnia będą targi książki w Białymstoku, gdzie też będę. Będę tam miał także pogadankę o św. Andrzeju Boboli. Same, mówię Wam sensacje, w niej będą. 31 marca zaś, czyli niebawem w Hotelu Tumskim we Wrocławiu, na wyspie Słodowej, będziemy mieli kolejne spotkanie we dwóch: Grzegorz Braun i ja. Zapraszamy.


Komentarze
Pokaż komentarze (99)