coryllus coryllus
14390
BLOG

Czy Laura Palmer zginęła w Smoleńsku?

coryllus coryllus Polityka Obserwuj notkę 84

 Czasem wracamy na naszym blogu do tego serialu. „Miasteczko Twean Peaks” w reżyserii Davida Lyncha, wszyscy je pamiętamy i wszyscy pamiętamy histerię jaką ono wywoływało. Chodziłem wówczas, w czasie emisji serialu, do szkoły średniej i mieszkałem w internacie. W piątek wieczorem wszyscy się zwalali na stołówkę, żeby oglądać Twean Peaks, nie było siedzących ani nawet stojących miejsc. Kiedy akurat nie zostawałem w internacie tylko jechałem do domu, także zasiadałem przed telewizorem. To był obłęd prawdziwy, nie udawany, a David Lynch stał się dzięki temu filmowi człowiekiem naprawdę sławnym i bogatym. Myślę, że serial ten miał do spełnienia jeszcze kilka innych funkcji, a o jednej z nich postaram się dziś napisać. Powiem jeszcze tylko, że w Dęblinie, gdzie wówczas mieszkali moi rodzice i gdzie ja spędzałem wakacje, stała i nadal stoi przy przejeździe kolejowym, tym za którym są już tylko Rycice, taka budka pomalowana na różowo. Pewnego dnia ktoś na ścianie owej budki zostawił wielki napis tej treści: kto zabił Laurę Palmer!!! I myśmy się z tego pomysłu wraz z kolegami bardzo głośno śmiali.

Istotą serialu Lyncha było mnożenie stopni wtajemniczenia i budowanie nastroju grozy poprzez owe zagadki. I to było mistrzostwo świata, choć wielu z nas już w połowie serialu wiedziało do czego to doprowadzi. Do piekła po prostu. Mimo to wszyscy oglądali, bo bardzo byli ciekawi jak piekło wygląda i kto zagra Lucyfera, a kto Belzebuba, a także jak ów fakt wpłynie na życie widzów tego serialu. Na moje nie wpłynął, bo ja tuż przed końcem uwolniłem się od obsesji Twean Peaks, a w obsesję 'Przystanku Alaska' nie popadłem, wyobraźcie sobie, nigdy.

Mniej więcej od połowy serialu wiadomo było także, że nie dowiemy się, kto zabił Laurę Palmer i w ogóle nie o to w tym wszystkim chodzi. Zaakceptowaliśmy to, bo ludzie chętnie ulegają sugestiom zdolnych reżyserów, którzy mają do dyspozycji duże budżety i potrafią z nich korzystać. Niektórzy przywiązywali się emocjonalnie do postaci występujących w filmie, szczególnie zaś do agenta Coopera. Czy ktoś go jeszcze pamięta? Czy David Duchovny i serial „Archiwum X” przykrył to wspomnienia całkiem? Ja go pamiętam. Myślę, że Wy także. Agent Cooper bez względu na wszystko chciał się dowiedzieć kto zabił tę biedną dziewczynę. I gotów był iść do piekła by to sprawdzić. I widzowie, rzecz jasna i oczywista również byli na to gotowi, bo któż by się nie wybrał do piekła z człowiekiem tak sympatycznym, dobrze wychowanym i ułożonym, momentami wręcz dystyngowanym, jak agent Cooper. Zwłaszcza, że była to postać z serialu, czyli fikcyjna, postać stworzona w mózgu dobrego scenarzysty wynajętego przed dobrego reżysera, którzy opłaceni zostali przez bogatego i świadomego stojących przed nim wyzwań producenta. Nie ma żadnego niebezpieczeństwa, wszystko jest klarowne, możemy więc schodzić na dół i oglądać tych szatanów, co to Laurę porwali, a emocjami naszymi targać będą w tych momentach wichry, których się nawet nie spodziewamy. I życie nasze nabierze nowych barw i będziemy mieli o czym mówić, a wielu wręcz będzie tą fikcyjną wędrówką żyć. No, ale – powie ktoś – oddalimy się wówczas trochę od rzeczywistości, czy jak kto woli od prawdy. A gówno tam się oddalimy – usłyszy ów ktoś odpowiedź – serial się skończy i wrócimy. - Czy aby na pewno – będzie się upewniał defetysta co nie ufa agentowi Cooperowi. - Na pewno, na pewno – powiedzą entuzjaści – patrz, mam pilota robię pstryk i serial znika. - No, ale potem robisz pstryk i on się znowu pojawia. A co będzie jak wyemitują nowy serial? A co będzie jak wynajdą internet i wszystko dookoła stanie się jednym wielkim serialem? - Co wynajdą – dopytują się entuzjaści? Internat? U nas w mieście jest jeden internat, po co drugi?

I tak właściwie mogłaby się ta rozmowa zakończyć, ale my żyjemy w epoce posttelewizyjnej, w której techniki kuszenia są dużo bardziej efektywne, niż mogli to sobie wyobrazić ludzie w czasach gdy zamordowano Laurę Palmer. No i mamy zarysowaną dość wyraźnie istotną funkcję produkcji serialowych, którymi karmią swoje serca ludzie dorośli i tchórzliwi nie potrafiący niczego zmienić w swoim życiu, poza rzecz jasna bateriami w pilocie do telewizora. Funkcją tą nie jest bynajmniej rozrywka, jak się wielu wydaje, ale coś zupełnie innego. Kiedy zaś wymyślono w końcu ten internet okazało się, że każdy właściwie może tworzyć swoje seriale i będą one miały tę samą właśnie funkcję co Twean Peaks, pod jednym warunkiem – że ich autorzy nie wyjdą z sieci, nie ujawnią się i nie zdemaskują swojej misji. Jeśli bowiem to zrobią stanie się z nimi to co z wampirem na słońcu. Rozsypią się ja zeschłe liście. Oczywiście są takie przypadki, kiedy serial internetowy ciągnie się w nieskończoność, aż dochodzimy do takiego momentu, w którym autor, scenarzysta i główny moderator przestaje być potrzebny. Rzeczy toczą się swoim rytmem, bo w internecie, w przeciwieństwie do telewizji jest taka opcja jak osobisty udział widza w tworzeniu narracji. Już nie tylko można oglądać szatany w piekle przypominającym poczekalnie przychodni rejonowej w Grójcu, ale wręcz można się z nimi zakolegować i wypytać ich o co ciekawsze kwestie dotyczące piekła i panujących w nim warunków lokalowych. Ciekawość ludzka nie zna bowiem granic i mało kto zawaha się przed zadawaniem takich pytań.

Pamiętacie 10 kwietnia 2010 roku? Pamiętacie. Zapewne lepiej niż serial „Twean Peaks”. Pamiętacie co było najważniejszym problemem władzy podczas tych straszliwych dni po katastrofie? Tego już możecie nie pamiętać, bo wielu z Was dostało do ręki piloty z bateriami mającymi wydłużony termin ważności. Najważniejszym problemem było sprowadzenie ludzi z ulicy i odebranie temu okropnemu wydarzeniu charakteru sakralnego. To znaczy, żeby nie było mszy na ulicach, żeby nie było kapłanów w strojach liturgicznych i innych tego typu gadżetów. A co miało być? Przede wszystkim uspokajające komunikaty i szyderstwa, dla tych zaś, którzy są wyjątkowo podejrzliwi włączono specjalne telebimy z serialem, który tylko trochę różnił się od miasteczka Twean Peaks. Serial ten leci nadal i my go bez przerwy śledzimy, choć jasne jest, że nie dowiemy się kto zabił Laurę Palmer. Wielu jednak wierzy, że choć się tego nie dowiemy, to może przynajmniej, jak u Lyncha, pokażą nam piekło i będziemy mogli zamienić słów kilka z szatanami. Po co? Bo to jest takie ekscytujące i można się wreszcie dowiedzieć jakichś szczegółów. Dla widzów serialu jest to rzecz oczywista. Jak było – to jest najważniejsze. Trzeba wreszcie ustalić jak było, czy samolot wylądował w Smoleńsku, czy gdzie indziej, czy wywleczono ich z niego i pobitych zaciągnięto do autobusów, a potem pokawałkowano na żywca? Czy może było inaczej? Czy były dwa samoloty czy sześć? Czy brał w tym udział Arabski i kogo uda nam się posadzić do więzienia, jak już dowiemy się prawdy.

Nie dowiemy się i w tym serialu, tak samo jak w innych, podobnych, które mają dziś już swoje remake'i nie chodzi o prawdę, tylko o kuszenie. Prawdy bowiem nie ma w serialu, ani tym, ani żadnym innym. Niczego się nie dowiecie. Możecie tylko schodzić ku coraz niższym kręgom przychodni rejonowej w Grójcu. I będziecie mieć szczęście jak Was na końcu zamordują w jakiś wymyślny sposób. Wtedy jedynie będziecie mieli trochę satysfakcji, ale na to nie zasłuży każdy i większość kiedy zorientuje się, co się święci, ucieknie. Normalnie na końcu czeka Was tylko drwina i śmiech tych kolesi co łażą po piwnicach tej przychodni i gadają do siebie słowami wymawianymi na opak.

Najciekawsze w tym naszym serialu jest to, że nie tylko akcja zbudowana jest jak u Lyncha, na zasadzie hierarchizowania wtajemniczeń, zhierarchizowane są także same narracje, które pokazywane są w różnych planach i w różnych okolicznościach. Mamy więc serial na bogato, czyli śledztwo smoleńskie, które od 4 lat próbuje ustalić jak było. Mamy też kilka odsłon niszowych, wśród których ta, realizowana przez Pawła Przywarę była najlepsza i przyciągała najwięcej użytkowników. Nie widzów, ale użytkowników. Bo serial ma dziś wyłącznie użytkowników. Nikt nie zauważył, że w pewnym momencie ci zamordowani w samolocie przestali być ważni, ich śmierć, życie, pamięć po nich przestała się liczyć, a istotne było to jedynie co się stało z FYM-em. Pamiętacie to jeszcze? Na pewno pamiętacie. Nie wstyd Wam? Pewnie nie. Podobnie było nie tylko z tym realizatorem ale także z innymi, którzy pracowali przy różnych formatach naszego najważniejszego serialu. Dziś to ich los i ich życie staje się serialem i wielu nawet nie zauważa jak dewaluują się ich emocje w związku z nowymi bohaterami i ich przygodami. Taki na przykład Tomasz Sakiewicz, jeden z wielu realizatorów serialu jest dziś prześladowany przez kolportera swoich wydawnictw, który nie zamierza już ich dystrybuować w takiej ilości jak wcześniej. I niech Wam się nie zdaje, że to jest sprawa błaha, to jest kwestia polityczna, to jest kwestia tak ważna, jak zrekonstruowanie na makiecie raz jeszcze bitwy pod Gettysburgiem, co było udziałem takiego jednego świra w serialu Lyncha. Wymyślił on, że to południe powinno tę bitwę wygrać i budując w swoim gabinecie makietę Gettysburga przeprowadził ją raz jeszcze udowadniając, że to konfederaci zwyciężyli, a potem pomaszerowali na Waszyngton. Można? Oczywiście, że można. Trzeba się tylko profesjonalnie zabrać za rozwijanie nowych wątków. Kiedy poszczególne wątki tracą na efektywności można je wygasić, tak jak to się stało z książką FYM-a, inne ciągnie się dalej, bo najważniejsze jest, byśmy schodzili coraz niżej i niżej. A także by nam się zdawało, że prawda jest tuż, tuż....

Ja niestety nie umiem już klarowniej wyjaśnić Wam, że sukcesu nie będzie, nie w tej sprawie. Tym mniej mam pewności, że nie będzie sukcesu im częściej Jarosław Kaczyński zabiera głos w sprawie prześladowania Sakiewicza przez firmę „Ruch”. Dlaczego? Ponieważ pamiętam inne, wcześniejsze seriale medialne, z udziałem tak zwanej twardej i nieprzejednanej prawicy. Nie wiem, czy ktoś to jeszcze kojarzy i czy się tego wstydzi, ale kilkanaście lat temu, za twardą prawicę uchodził Tomasz Wołek i jego ekipa. Wołek był prześladowany najpierw przez faceta nazwiskiem Nicola Grauso, który chciał go wyrzucić z pracy w związku z linią pisma – konserwatywno, prawicowo, katolicką – którą tenże Wołek narzucił „Życiu Warszawy”. Kiedy swoją krecią robotę zakończył Grauso na Wołka spadł kolejny kataklizm, „Życie Warszawy” kupił człowiek nazwiskiem Jakubas i on wyrzucił z pracy tych wszystkich, którzy byli wierni ideom prawicowo, konserwatywno, chrześcijańskim. I wtedy powstało nowe pismo, na które pieniądze wyłożył częściowo Andrzej Olechowski, a częściowo jacyś inny zwolennicy kursu prawicowo, konserwatywno, chrześcijańskiego. Pismo miało jakieś sprawy w sądach, a w końcu padło, nie z winy redakcji, rzecz jasna, która robiła wszystko by je utrzymać, ale z winy złych ludzi, co nie kochają prawdy i wartości. Większość czynnych wówczas w gazecie Wołka dziennikarzy, spotkać dziś możemy w wielkich wydawnictwach prasowych, w Newsweeku, w Fakcie, w Rzeczpospolitej i w innych jeszcze tytułach. Nie wiem, czy pamiętają oni te czasy i swoją misję? Ona się niczym nie różniła od dzisiejszej misji Sakiewicza, tyle, że wydarzenia, które ludzie ci omawiali były nieco mniejszego kalibru. Nie było Smoleńska, tylko jakiś Ałganow i inne podobne historie.

Dlaczego takie gazety jak to całe „Życie” padają? I dlaczego Sakiewicz ma dziś kłopoty z kolportażem? Nie dlatego bynajmniej, że siły ciemności się przeciwko takim akcjom sprzysięgają. Powód jest o wiele bardziej prozaiczny. Miłośnicy seriali to tylko margines widzów i o tym ludzie tacy jak Tomasz Wołek i Tomasz Sakiewicz nie chcą pamiętać. To po pierwsze, po drugie oferta konkurencji jest o wiele bogatsza, a powoływanie się na prawdę w przypadku obydwu panów, nie ma racji bytu, jak widać, bo ludzie, nie uzależnieni od seriali dość precyzyjnie rozpoznają intencję ich twórców.

Ktoś może mi zarzucić, dlaczego ja się czepiam akurat tych, którzy deklarują intencję szlachetną, a nie tych, którzy z zamordowania prezydenta szydzą. Czynię to, albowiem nie wierzę w szlachetność tej intencji, uważam, że istotnym celem tego serialu jest prowadzenie dialogu z szydercami i mnożenie wątpliwości. To się chyba nazywa dialektyka. Możecie sobie wybrać – idziecie z tymi, co mówią, że brzoza rozwaliła samolot, a Błasik był pijany, czy z tymi, co mówią, że Lech Kaczyński wyleciał nie tym samolotem, który pokazują w telewizji, a potem został zamordowany w bestialski sposób w miejscu, które póki co jest nieznane. Innych dróg nie ma. Na styku tych dwóch narracji powstają napięcia, z którymi my mamy wiązać swoją polityczną przyszłość. To się nie uda. To jest droga do katastrofy, do podziemi przychodni rejonowej w Grójcu. I wielki mam żal do tych polityków, którzy tego nie dostrzegają. Bo świadczy to po prostu o ich małości i całkowitym nierozpoznaniu tak przeciwnika jak i sojuszników.

 

Na naszej stronie dostępne są od przedwczoraj nowe książki. Przede wszystkim nowa książka Krzyśka Osiejuka, o nauczaniu języka angielskiego i różnych przygodach z tym związanych. Mamy także fantastyczną zupełnie książkę napisaną przez rodziców Grzegorza Brauna, która nosi tytuł „Dobrzy księża” i opowiada o kapłanach, których Zofia Reklewska-Braun i Kazimierz Braun spotkali w swoim życiu. Mamy tam też nowy numer dwumiesięcznika 'Polonia Christiana”. Zapraszam – www.coryllus.pl

 

Aha, byłbym zapomniał – zerknijcie jeszcze raz na trailer naszego komiksu „Romowe”.

 

http://vimeo.com/88819935

I jeszcze jedno. Jutro z rana będę w radio Wnet, nie wiem czy wywiad, który ze mną przeprowadzi Krzysztof Skowroński pójdzie od razu na antenę, czy może później, ale informuję Was, że będzie taki wywiad.  

coryllus
O mnie coryllus

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (84)

Inne tematy w dziale Polityka