coryllus coryllus
11894
BLOG

O istotnych funkcjach gwarancji bezpieczeństwa

coryllus coryllus Polityka Obserwuj notkę 68

 Od wczoraj próbowałem znaleźć jakiś przykład gwarancji bezpieczeństwa, które spełniłyby swoją funkcję deklarowaną. Nie udało mi się. Być może za takowe może uchodzić wystąpienie Francuzów w czasie amerykańskiej wojny o niepodległość, ale i to połowicznie jedynie, bo samo wiecie ile to trwało, zanim Francuzi w końcu przypłynęli.

Ponieważ na antenie radio Wnet zadeklarowałem, że na tym blogu zajmujemy się poszukiwaniem paralel historycznych głębszych niż te sięgające II wojny światowej, czyli, że nie satysfakcjonuje nas porównanie Putina do Hitlera, spróbujmy tak zagrać również dziś.

Jakież to misje z gwarancjami bezpieczeństwa odniosły sukces? Mnie od razu przypomina się misja Władysława I, syna Jagiełły, który jako król Węgier przyjął weneckie gwarancje bezpieczeństwa i wyruszył pod Warnę. Nie wiedział biedny król, co jest istotą polityki weneckiej na Bałkanach. A było nią utrzymywanie poprawnych kontaktów handlowych z Turcją, co nie było łatwe przyznajmy, ale dla Wenecji najważniejsze. Przejęcie rynku bizantyjskiego, a najlepiej przejęcie całego cesarstwa. No i jeszcze nie dopuszczenie Genueńczyków nad wschodnie rynki. Reszta kwestii stanowiła w polityce Wenecji didaskalia jedynie. Trudno dziś orzekać, czy napuszczenie Węgrów na Murada, było próbą odegrania się na krnąbrnym sułtanie, czy może miało podłoże głębsze i chodziło o opanowanie Węgier i postawienie na ich czele jakiegoś posłusznego człowieka. Jak by te intencje nie wyglądały, w stosunku do nich gwarancje bezpieczeństwa, jakich udzielono Władysławowi miały inną funkcję niż deklarowana. I ta inna funkcja została zrealizowana całkowicie.

Ulubionymi gwarancjami bezpieczeństwa, na które się powołują polscy publicyści, są te udzielone Polsce przez Wielką Brytanię przed II wojną światową. Tam bowiem w pełni ujawnił się istotny sens wszystkich gwarancji bezpieczeństwa, czyli potrzeba zyskania na czasie.

Ja mam tu przed sobą cienką książeczkę, kupioną niedawno w księgarni „Semper” przy Bednarskiej w Warszawie. Ona nosi tytuł „Polskie stronice” a jej autorem jest Sven Grafstrom, ambasador królestwa Szwecji w Warszawie w latach poprzedzających II wojnę światową. Mamy w tej książeczce trochę nieznanych szczegółów obyczajowych i politycznych, ale mnie najbardziej zainteresowało to w jaki sposób dziennikarze ówcześni wyobrażali sobie sytuację w razie wybuchu wojny. Oto jeden z dziennikarzy „Gazety Polskiej” stwierdził w obecności ambasadora Szwecji, że jeśli Wielka Brytania nie udzieli Polsce pomocy to będzie oznaczało jej koniec – koniec Wielkiej Brytanii nie Polski. Nic bowiem nie powstrzyma Niemców przed rozbudową floty i zepchnięciem Brytyjczyków z mórz. Przepowiednia ta się zmaterializowała, ale to nie Niemcy zepchnęli Anglię w oceanów, ale ktoś zupełnie inny. Tak więc bezpośredniego związku z tym co się wydarzyło w latach 1939-40 sugestia dziennikarza przedwojennego GaPola nie miała. Upadek Polski nie spowodował upadku Wielkiej Brytanii, okazało się, że są rzeczy, o których się dziennikarzom Gazety Polskiej nie śniło i to one decydują, a nie ich proste wyobrażenie na temat relacji politycznych pomiędzy mocarstwami.

Wróćmy jednak do czasów dawniejszych. Omawialiśmy tu króciutko najazdy Mongolskie, to jest przykład ważny, bo on pokazuje ile organizacji mogło być zainteresowanych przeprowadzeniem takiego najazdu na określony obszar i spustoszeniem go. Były to organizacje jawne w dodatku, których misję możemy sobie jakoś tam wyobrazić. No więc przede wszystkim dwory: cesarski i książęce w Niemczech. No, a ponadto organizacje o których nigdy nie pamiętamy i które lekceważymy, czyli patrycjaty wielkich miast. Kiedy myślimy o takiej Wenecji wyobrażamy sobie bankierów, składy, kupców no i przede wszystkim gigantyczną flotę. I to robi wrażenie. Były jednak także inne miasta, które co prawda nie miały floty, ale dysponowały budżetami, agentami handlowymi i oddziałami zbrojnymi, a także siecią agentów. I to wszystko tworzyło potężne narzędzia wpływu. Były miasta takie jak Augsburg, Norymberga i inne miasta południowych Niemiec prowadzące interesy na Węgrzech i w Azji mniejszej.

Czy dziś istnieją jakieś organizacje, które można by porównać z tymi średniowiecznymi. Zapewne, ale one mają charakter tajny i nawet nie bardzo wiemy czym się zajmują. Nie wiemy jaką politykę prowadzą poszczególne domy bankowe, czy są trzymane na sznurku przez rządy, czy też może odwrotnie. Przez ów brak widoczności nasze prognozy dotyczące przyszłości są mocno niedoskonałe i kulawe. No i sprowadzają się jedynie do tego, że porównujemy Putina z Hitlerem, a to co się dzieje dziś na Ukrainie z Monachium. Obawiam się, że jest znacznie gorzej, a przekonuje mnie o tym pogodna, za każdym razem, gdy ją pokazują, twarz Arsena Jaceniuka. Być może on się zachowuje na co dzień inaczej, ale w mediach, obojętnie o czym by nie mówił wygląda jak zadowolony z siebie głupek. Nie to co prezydent Saakaszwili w czasie wojny z Rosją, który był albo przestraszony, albo poważny. Bardzo jestem ciekaw jakich gwarancji mu udzielono i na ile on te gwarancje traktuje poważnie. Głupiej bowiem od Jaceniuka wygląda dziś tylko szef NATO nazwiskiem Rasmussen, który powinien – sądząc z miny – nazywać się Zasmuccen, albo jakoś podobnie. Pan ów co kilka chwil obiecuje coś członkom NATO, którzy na pewno nie zostaną przez tę organizację pozostawieni sami sobie. No to ja mam pytanie: jakie są dziś istotne cele organizacji znajdujących się na obszarze ochranianym przez NATO? Jaką te organizacje maja misję? Krzewienie demokracji na Ukrainie? Czy ta misja koliduje w jakichś sposób z deklarowaną misja NATO, a jeśli tak to w jaki?

To są moim zdaniem kwestie, na które powinni starać się odpowiedzieć dobrze poinformowani politycy i publicyści. No, ale oni tego nie czynią? Dlaczego? Ponieważ wbrew deklaracjom składanym po wielokroć codziennie, to nie my, czyli nie naród, jesteśmy ich pracodawcami. Gdyby tak było ludzie ci zwracaliby się do nas bezpośrednio, a komunikaty płynące z ich ust, nawet jeśli kłamliwe, byłby bliższe prawdy niż to co mamy dzisiaj. Ludzie tacy jak Radosław Sikorski nie są z pewnością zatrudniani przez demokratycznie wybrany rząd, tylko przez kogoś innego. Podobnie jest z tym Jaceniukiem i jego otoczeniem. Oni mogą mówić co im się podoba, bo nie są w żaden sposób zagrożeni. Oczywiście organizacje które ich wynajęły mogą zapomnieć o nich w chwili próby, ale to się raczej nie stanie, bo stracą wiarygodność w oczach ponurych karierowiczów, takich jak Sikorski czy ten cały Jaceniuk i następny sort pomagierów będzie już tak głupi, że nie nastarczą na opłacanie im asystentów. Pozory muszą być zachowane. Czemuż one służą te pozory? Jak choćby pozór demokracji i wolnych wyborów? Temu by maskować dobieranie współpracowników poprzez kooptacje. Tylko Pawłowi Piekarczykowi może się zdawać, że jakaś brudna banda idealistów, także mających różne chętki, a to na władzę, a to na pieniądze, będzie kontrolować rząd wyznaczony przez organizacje mające jakieś nierozpoznane interesy na Ukrainie. To są głupstwa nie warte dyskusji. Gdyby odrzucono pozory i ludzie stanęliby wobec gołej prawdy, gdyby im pokazano, że tak naprawdę nie mają żadnych szans, wtedy dopiero zacząłby się majdan. I nie byłoby mowy o rzucaniu petardami, a stosy opon paliłby się rzecz jasna, ale w każdym takim stosie tkwiłby jakiś człowiek, jeden z tych dokooptowanych do bandy, który coś tam ściemniał o demokracji, ale został zdemaskowany. Oczywiście, w czasie takiej próby władza zostałaby natychmiast przechwycona przez ludzi pokroju nieboszczyka Muzyczko. Ci zaś niebawem przejęci zostaliby przez któreś z mocarstw lub któryś z banków i rozpoczęli tę samą grę czyli gromadzenie współpracowników poprzez kooptację. Zaczęliby także normalizować sytuacje poprzez wprowadzanie różnych ciekawych narracji do obiegu. Tak to się już bowiem plecie w tym cholernym życiu.

Czy jest na to jakaś rada? Nie łatwa, ale moim zdaniem jest. Organizacje sieciowe oparte o lokalne budżety, które łączy misja. Tę misję zaś może realizować tylko Kościół. Organizacje te, a przynajmniej ich liderzy muszą być świadomi sytuacji i muszą mieć budżety na przeciwdziałanie niebezpieczeństwom. Ktoś powie, że taka organizacja już istniała i była niesłychanie trudna do przejęcia. Była to demokracja szlachecka I Rzeczpospolitej. Oczywiście, że tak było i do tego trzeba wrócić czym prędzej. Tyle, że nie jest to łatwe, zważywszy na ilość zainteresowanych utrzymaniem obecnego porządku, czyli tej niby-demokracji, która polega na śpiewaniu piosenek i machaniu chorągiewkami, a także na oddawaniu głosów na rzecz ludzi wybranych w zakulisowych przetargach. Można się do usranej śmierci łudzić, że ten system nas od czegoś uratuje, ale wystarczy spojrzeć na twarze Zasuccnena i Arsena, żeby pozbyć się złudzeń.

 

Na naszej stronie dostępne są od przedwczoraj nowe książki. Przede wszystkim nowa książka Krzyśka Osiejuka, o nauczaniu języka angielskiego i różnych przygodach z tym związanych. Mamy także fantastyczną zupełnie książkę napisaną przez rodziców Grzegorza Brauna, która nosi tytuł „Dobrzy księża” i opowiada o kapłanach, których Zofia Reklewska-Braun i Kazimierz Braun spotkali w swoim życiu. Mamy tam też nowy numer dwumiesięcznika 'Polonia Christiana”. Zapraszam – www.coryllus.pl

 

Aha, byłbym zapomniał – zerknijcie jeszcze raz na trailer naszego komiksu „Romowe”.

 

http://vimeo.com/88819935

coryllus
O mnie coryllus

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (68)

Inne tematy w dziale Polityka