Nie przysporzy mi to pewnie zwolenników, ale muszę się tu z czegoś zwierzyć. Nigdy nie robiła na mnie wrażenia przypowieść o synu marnotrawnym. Sam zmarnotrawiłem wystarczająco dużo czasu i pieniędzy, żeby podchodzić do kwestii tak poważnej jak młodzieńcza lekkomyślność z wielkim dystansem. Marnotrawienie dóbr i czasu jest to poważne narzędzie służące do zdobywania zwolenników i prosty komunikat dla różnego rodzaju werbowników, którzy takiego marnotrawnego chętnie przytulą do swoich obwieszonych orderami piersi, zanim zdąży to uczynić jego wzruszony ojciec. Może w czasach Chrystusa było inaczej, ale kiedy już to skonstatowaliśmy to właśnie w tym momencie rozmijamy się z istotnym sensem owej przypowieści. W historii syna marnotrawnego chodzi jak pamiętamy o to, że nawet jeśli ktoś nawróci się w ostatniej chwili to nie zostanie odrzucony i przepędzony, ale jego także czeka nagroda w niebie. Ma więc historia syna marnotrawnego sens wyłącznie metaforyczny. W czasach nam współczesnych zaś interpretuje się ją dosłownie i nikt z tych, którzy za synów marnotrawnych się podają, nie myśli o życiu wiecznym i nagrodzie po śmierci, ale o czymś wręcz przeciwnym. O nagrodzie w gotowym pieniądzu i różnych bonusach, która czeka na niego już za chwileczkę, już za momencik. Ja tu nie będę nikomu zaglądał do serca, ale mamy za chwilę dwie kanonizacje i w związku z tym aktywność istot świeżo nawróconych lub takich, które od zawsze kochały Pana Jezusa, ale się z tym nie obnosiły, a teraz postanowiły to zmienić, jest przerażająca. Zanim do nich przejdziemy, wróćmy jeszcze na chwilę do tego syna marnotrawnego. To jest jeden z najczęściej wykorzystywanych przez sztukę motywów, na na pewno najczęściej omawiany. Głównie ze względu na Rembrandta i ten fatalny obraz, na którym jakiś do połowy ukryty w ciemnościach pan przyciska do piersi żebraka bez twarzy. Można oczywiście upierać się, że o synu marnotrawnym mówi się bez kontekstów religijnych i emocjonalnych, a jedynie ze względu na moc jaka jest w tej sztuce, ale to jest przepraszam za kolokwializm „gówno prawda”, bo bez emocji i kontekstów w żadnej sztuce nie ma ani grama mocy. Jest tylko ziewanie, nuda i szurające po parkiecie kapcie. Wie to każdy kto choć raz był w muzeum. Nie ma się więc co łudzić, że aktywność interpretatorów wszelkich redakcji malarskich przypowieści o synu marnotrawnym ma jeszcze jakieś dno. I ono się moim zdaniem ujawniło teraz, w telewizorze. Ja to widziałem na własne oczy, tego Kraśkę, wnuka ministra Kraśki, który nie odpowiada za błędy i wypaczenia swojego dziadka, a jedynie stara się robić dobrą robotę w telewizji, widziałem jak stał przy furtce i mówił głosem drżącym z emocji, że to właśnie stąd, z tej furtki wyszedł ostatni raz Karol Wojtyła, by wyruszyć do Rzymu i tam zostać papieżem. Przedtem zaś Beata Tadla, mistrzyni w swoim fachu, robiła coś podobnego. Ona co prawda nie jest wnuczką ministra, a jedynie córką jakiegoś oficera z Legnicy, który działał w opozycji i nienawidził komuny. Teraz zaś dzięki swoim niezaprzeczalnym zdolnościom robi karierę w telewizji i zamierza wyjść za mąż za tego Kreta co pogodę zapowiada. Póki co na wizji nie ma Tomasza Karolaka z gawędą na temat szlaków pielgrzymkowych, które przebył w czasach kiedy jego rodzice pracowali a tajnych jednostkach wojskowych. Nie ma go, ale jest jego filmowa partnerka Kożuchowska, która na okładce „Wprost” oznajmia nam, że „nie wstydzi się Jezusa”. To jest fantastyczne wyznanie, szczególnie jeśli się gra z Karolakiem w filmie pod tytułem „Rodzinka”. Prócz Kożuchowskiej na tej okładce jest jeszcze jakiś smutny młodzieniec, on też się nie wstydzi Jezusa i mówi o swojej wierze głośno.
Żeby odejść nieco od kontekstów religijnych a pozostać przy rodzinnych, bo emocje należy wszak stopniować, powiem Wam co widziałem ostatnio w witrynie naszej księgarni na deptaku. Otóż widziałem tam książkę Moniki Jaruzelskiej zatytułowaną „Rodzina”. Na okładce zaś było zdjęcie samej autorki, która patrzyła na mnie wzrokiem matki tak zatroskanej o życie i zdrowie swojego dziecka, że tylko ostatnia świnia nie uwierzyłaby w jej szczerość. Do środka nie zajrzałem, albowiem miałem w pamięci to co Monika Jaruzelska pisała w swojej wcześniejszej książce. No i pamiętam ten wywiad z Sipowiczem, który przeprowadzała ona na YT parę lat temu. Ponoć sam generał też zabiera głos w sprawie Jana Pawła II i ma o nim jak najlepsze zdanie.
W Wirtualnej Polsce zaś ten Dominikanin co go Toyah już kilka razy opisywał zastanawia się dlaczego Kościół się denerwuje kiedy media robią mu lewatywę. Tak tam było napisane, nic nie zmyślam. No i siostra Bernadetta na tym wszystkim niczym wisienka na torcie. Wszystko zaś jest praktyczną realizacją hasła: pamiętamy, ale i wy pamiętajcie. W poważnych zaś programach publicystycznych na temat religii katolicy walczący, tacy jak Terlikowski i Hołownia kierują naszą uwagę na sprawy poważne i istotne w życiu każdego wierzącego człowieka. Na homoseksualizm, na pornografię, na właściwe relacje z żoną oraz na taką wiecie, codzienną, prostą ludzką uczciwość, bez której nie można być po prostu dobrym chrześcijaninem. Tak właśnie, to jest szczególnie ważne przed kanonizacją Jana Pawła II. I ja tu nie szydzę, żeby Wam się nie zdawało, chcę tylko powiedzieć, że na tych targach w Białymstoku co były niedawno miałem przed oczami taką paradę asów tego samego dnia pojawili się w operze Wajrak, Hołownia i Hugo-Bader, każdy z inną opowieścią, każdy prawdziwy i emanujący rzetelnością, siłą i czym tam chcecie. To było fascynujące widowisko, naprawdę.
No, ale wróćmy do emocji i kontekstów w sztuce. Sprawa jest z taka, że każde dzieło, żeby sobie zasłużyć na uwagę i sławę musi być najpierw pozbawione swojej funkcji pierwotnej, musi być pozbawione istotnego kontekstu, który doprowadził do jego powstania. Ołtarz trzeba wynieść z Kościoła i postawić w muzeum, trzeba mu dać ochronę i stworzyć odpowiednie warunki, żeby trwał i cieszył oko. Obraz o treści religijnej nie może być już nośnikiem tych treści, bo to jest passe, on musi być czymś innym, musi nas informować o absolutnym mistrzostwie twórcy, który go namalował. I my w to wierzymy bezwiednie, bo nie mamy innego wyjścia, nie znamy się na technice malarskiej i nie potrafimy niczego ocenić jak fachowcy, możemy jedynie powtarzać opinię innych, tych którzy zarezerwowali dla siebie rolę mędrców. Obrazy impresjonistów i wszystkich innych, którzy przyszli po nich nie są propagandą państwową późnego cesarstwa i trzeciej republiki, ale swobodną grą światłocieni, co powinno nas interesować samo przez się. Jeśli zaś nie interesuje to znaczy, że jesteśmy niedojrzali emocjonalnie, nie znamy się na malarstwie, a nasza wrażliwość po prostu nie istnieje. Kanonizacja zaś Jana Pawła II i Jana XXIII powinna być dla nas ważna nie poprzez nich samych, ale przez emocje Kraśki, Tadli, generała Jaruzelskiego i poprzez zmarszczone i zatroskane czoło Szymona Hołowni. Jeśli zaś ktoś nie lubi emocji, jeśli ktoś chce poznawać rzeczywistość rozumem telewizja TVN ma dla niego stosowną ofertę. Nie sposób przecież dyskutować o kanonizacji Jana Pawła II i Jana XXIII bez kontekstów historycznych, o tych zaś może mówić tylko znawca, jakiś specjalista od historii Kościoła i proszę, pokazali takiego specjalistę, a raczej specjalistkę w święta. Była nią Magda Ogórek, dziewczyna Grześka Napieralskiego z SLD, wybitna znawczyni zagadnień związanych ze średniowiecznym Kościołem, autorka książki „Beginki i Waldensi na Śląsku i Morawach w XIV wieku”. Książki znanej mi dość dobrze, w której, co za odwaga, użyła ona aż dwa razy słowa „tkacze” w odniesieniu do opisywanych przez siebie heretyków. W telewizorze zaś mówiła tak zawile, że taki niedorobiony inteligent jak ja nie mógł ni w ząb zrozumieć o co chodzi. Pocieszam się tym, że prowadzący, pan o wyglądzie prowincjonalnego alfonsa, także nie mógł i co jakiś czas zadawał pytanie: ale to dobrze, że Jan Paweł II zostanie kanonizowany czy źle? Kanonizacja dopiero jutro, może się więc zdarzyć, że telewizja zaskoczy nas czymś jeszcze. Oby tylko nie umarł generał Jaruzelski, bo wtedy będzie naprawdę strasznie i nawet boję się myśleć, co z tym zdarzeniem zrobią Palikot i Rozenek w gazecie Urbana.
Zapraszam na stronę www.coryllus.pl do księgarni Tarabuk, Przy Agorze w Warszawie, do sklepu FOTO MAG przy stacji metra Stokłosy, także w Warszawie i do księgarni „Latarnik” w Częstochowie przy Łódzkiej 8.


Komentarze
Pokaż komentarze (29)