Taki tytuł nosi jeden z rozdziałów w pracy Jerzego Serczyka zatytułowanej „Albretyna, Uniwersytet w Królewcu”. I to jest powiem Wam jeden z najbardziej inspirujących i dobrych tytułów jakie zdarzyło mi się przeczytać w życiu. W treści rozdziału nie ma pozornie żadnych rewelacji. Ot zwyczajne sprawy, wydział medyczny Albretyny z polecenie wielkiego elektora kontrolował produkcję leków, a także ich ceny. Co to mogło oznaczać w praktyce? Socjalizm rzecz oczywista, a także bezpieczeństwo dla elektora i jego najbliższych. Kiedy bowiem mamy pod kontrolą sprawę tak ważną jak produkcja medykamentów o wiele trudniej zaaplikować władcy truciznę, a nawet jeśli się to powiedzie o wiele łatwiej znaleźć winnego. Jest nim ten, który sprawował pieczę nad aptekami. To jest trochę niebezpieczne dla medyków z Albretyny, ale przecież daje też jakieś korzyści. Są oni korporacją, która ma władzę rzeczywistą i co najważniejsze ustala ceny medykamentów i jeszcze do tego może w każdej chwili utrącić konkurencję. Wystarczy, że napiszą medycy z Królewca stosowny raport do władcy i już. Jak pamiętamy, w pierwszym tomie Baśni jak niedźwiedź opisałem zapomnianą już historię laborantów z Karpacza. Laboranci byli korporacją medyków-zielarzy, którzy przygotowywali swoje specyfiki z naturalnych składników rosnących na karkonoskich łąkach. Póki Śląsk był w Austrii nic złego im nie groziło. Kiedy znalazł się w Prusach, praktyki monopolistyczne dotyczące obrotu lekami od razu dały im się we znaki. Cech laborantów został zlikwidowany w pierwszej połowie XIX wieku z inspiracji berlińskich lekarzy, którzy mając narzędzia administracyjne w rękach pozbyli się konkurencji.
Wróćmy do Albretyny. Jeśli ktoś dostaje do ręki takie narzędzie jak możliwość ustalania cen i narzucania tych cen na produkty konkurencji no to hulaj dusza piekła nie ma. Jest elektor, a potem król w Prusiech, ale on ciągle potrzebuje pieniędzy, więc jeśli wszystko idzie dobrze i ilość zgonów w wyniku omyłek lekarskich nie przekracza ówczesnych norm, nie wtrąca się ów pan w sprawy swoich medyków. Ci zaś mogą poszaleć. Wszyscy wiemy jakie pole do korupcji otwiera się w takich wypadkach, ale ani o korupcji, ani o wypadkach w książce Serczyka nie przeczytamy. Dowiemy się z niej jedynie, że nie wszystkie produkty medyczne udawało się objąć pełną kontrolą. Na przykład driakiew, lek na wszystko, wytarzany był na dziko i sprowadzany zza granicy i nijak nie dawało się tego zatrzymać. A to z powodu zbyt dużej ilości składników potrzebnych do jego wyprodukowania, z których tylko kilka występowało w Prusiech.
Piszę to wszystko nie dlatego, żeby analizować kwestie działalności przemysłu farmaceutycznego dzisiaj, choć gołym okiem widać, że dziś żaden król ani elektor nie ma nad nim kontroli. Lekarze przegrali, aptekarze są górą i oni narzucają ceny oraz decydują o składzie leków. A wiecie dlaczego? Otóż dlatego, że tak zwany oświecony absolutyzm i polityczne twory za jego pomocą zarządzane były tylko krótkim dziejowym epizodem. I odeszły bezpowrotnie w przeszłość. Nam, żyjącym w bezpośredniej bliskości tego epizodu, nam którym absolutyzm dopiekł do żywego, wydaje się, że cesarstwa i scentralizowane królestwa to coś najgorszego. Było to jednak chwilowe i nie utrzymało się długo. Likwidacja absolutyzmów dokonała się zaś w imię wolności i w imię dobra ludu, czyli w istocie w imię organizacji tajnych, takich, które chcą za naszymi plecami, według sobie tylko znanych receptur przygotowywać środki na porost włosów i proste plecy. Ja tu nie bronię króla Prus, nie daj Boże, ale zwróćcie uwagę na to, jak krótko to trwało i jak szybko dojrzewa rewolucja. Zwróćcie uwagę na narzędzia, którymi się posługuje, na to jaka jest oszczędna jeśli chodzi o wypłacanie żołdu swoim ludziom i jakie są jej istotne konsekwencje.
Mam tu pod ręką także inne książki, nie tylko tę o Albertynie. Mam tu antologię o stosunkach polsko- moskiewskich w XVII wieku i tam są dopiero ciekawe sprawy, bo kilka artykułów poświęconych jest wojsku najemnemu w Szwecji, Moskwie i Polsce. Już chyba nie muszę nikogo przekonywać, że wojsko to składało się w przeważającej masie ze Szkotów, Irlandczyków i Anglików. Na kolejnym miejscu byli Francuzi i potem dopiero Niemcy. Autorzy próbują nas przekonać, że najemnicy moskiewscy, pochodzący z Wysp Brytyjskich byli wcielani do armii cara siłą. Nie podają jednak kto i w jaki sposób utrzymywał te roty w dyscyplinie na polu bitwy. Nie podają ile wynosił żołd takiej niewolnej brytyjskiej roty, ograniczając się do stwierdzenia, że choć niewolni to jednak służyli za pieniądze.
Autorzy z niejakim zdziwieniem konstatują, że zza pleców króla Jakuba wychylają się zdenerwowane i zapiekłe twarze urzędników różnych kompanii, ale nie podpierają tego spostrzeżenia żadnymi wnioskami. Musimy więc zrobić to za nich sami. W dawnych czasach, przed sprawą tak ważną dla historii Europy jak wystąpienie Lutra, polityka władców była ograniczana przez politykę miast. Ta ostatnia zaś maskowana była poprzez tak zwane bunty baronów, choć słuszniej byłoby nazwać je buntami baranów. Baronowie nie mogli się buntować sami z siebie, albowiem byli przeważnie zadłużeni, jak nie w mieście to u Żyda. Wszelkie więc bunty wywoływali wtedy kiedy ktoś im próbował zabrać jakieś pieniądze, należne im z tytułu szlachectwa lub rabunku, albo wtedy kiedy ktoś im ten bunt skredytował. Dobrze to widać na przykładzie Anglii czasów Edwarda I. Istotnym celem władców było więc podporządkowanie sobie miast, ale pomiędzy dworem a miastami stały właśnie te barany, to jest chciałem rzec – ci baronowie. W Polsce było inaczej niż w Anglii, bo władca szedł po prostu na pasku miejskich bankierów, a szlachta bezskutecznie próbowała zerwać go z tej uwięzi, przed czym on się bronił rękami i nogami, które to czynności zostały w XIX wieku nazwane przez historyków „walką o wzmocnienie władzy królewskiej”.
Był jeszcze Kościół, który kontrolował na spółkę z baronami produkcję żywności. Był więc przez to naturalnym wrogiem miast, gdzie żywność była sprzedawana. Miasta poprzez różne działania próbowały przejmować majątki ziemskie. Z baronami szło łatwo, bo oni wiecznie potrzebowali pieniędzy, z Kościołem było trudniej, bo istniały wspólnoty zakonne, które znacznie obniżały koszta produkcji, zysk zaś wypracowany w wielkoobszarowych gospodarstwach przeznaczały na budowę świątyń. Nie wprowadzały go do obrotu przez co był on niemożliwy do przejęcia i przepraszam za kolokwializm – do skitrania w jakiejś piwnicy pod ratuszem.
Wszyscy wymienieni z wyjątkiem Kościoła byli zainteresowani zmianą tej sytuacji. Ta zaś była niemożliwa do uzyskania bez herezji. Nie wiem kto i gdzie wpadł pierwszy na pomysł, by wpuścić władców w tę pułapkę, ale musiał być to ktoś, kto kombinował w perspektywie dłuższej niż dwa dziesięciolecia. Wprowadzenie herezji, o czym już wielokrotnie pisałem oznaczało rabunek Kościoła i napędzanie zrabowanymi pieniędzmi wojny. I tym były zainteresowane zarówno miasta jak i niektórzy władcy. Wszystkim bowiem się zdawało, że jak Kościół zniknie i wszystkie jego aktywa zostaną przejęte to świat wypięknieje od razu, przynajmniej w niektórych miejscach. No, ale Kościół nie zniknął, przeciwnie zaczął się bronić. Miasta i banki znalazły się w defensywie, ale tylko chwilowo, bo na miejscu średniowiecznych patrycjatów, które czerpały swoją potęgę z rynku i targu pojawił się twór nowy, który żywił się aktywami z giełdy – kompania handlowa. Możemy to pojęcie nawet uściślić – brytyjska kompania handlowa. Polityka brytyjska – najważniejsza polityka w Europie – to polityka kompanii. Dlatego właśnie wyjaśnianie czegokolwiek poprzez posunięcia i pomysły królów z dynastii szkockiej nie ma sensu i nie daje nam odpowiedzi na żadne z istotnych pytań dotyczących czasów nowożytnych. Powtórzmy - polityka brytyjska to polityka kompanii. Te zaś mogą się nawet zwalczać. Jedna może werbować najemników dla Polski, a druga dla Szwecji, w tym wszystkim są jeszcze urzędnicy królewscy, którzy mają własne sprawy do załatwienia i wysługują się tak do końca nie wiadomo komu. Jedno tylko w tym wszystkim jest stałe – strumień zrabowanych i pozyskanych dóbr kierowany jest w jedno miejsce – do Londynu. Czy Wam to coś przypomina? Mnie przypomina wielogłowego smoka z jednym żołądkiem. Przeciwko tej hydrze kontynentalna Europa broni się kumulując władzę w jednym ręku i wprowadzając różne obostrzenia na granicach mające na celu ochronę rynków. Jednocześnie władcy z kontynentu próbują się jakoś dogadać z dworem w Londynie, co ma oczywiście sens, ale tylko w pewnych granicach, które dla nikogo nie są wyraźne. W stuleciu XVIII udaje się jakoś ustabilizować sytuację, ale kompanie ani na moment nie przestają szukać miejsca, w którym mogłyby rozpocząć rabunek. Takich miejsc jest kilka, ale najważniejsze to Francja i Polska. W tej pierwszej władza oświeconego absolutyzmu usycha, a w tej drugiej władza jest fikcyjna. Nie ma więc tam nawet potrzeby organizowania rewolucji. Trzeba się tylko porozumieć z ludźmi, którzy trzymają w rękach stery i pokawałkować ten dziwny twór pod byle jakim pretekstem. No, ale wcześniej konieczne jest jeszcze zdefasonowanie struktury Kościoła na tym terenie, co nie jest wcale trudne, bo większość biskupów należy do organizacji tajnych, które są w istocie narzędziem banków służącym do paraliżowania i ogłupiania elit. Co nie zmieniło się do dnia dzisiejszego, o czym przekonać się może każdy kto poświęci pięć tylko minut na rozmowę z tak zwanymi masonami.
Kompanie są jak smok i muszą cały czas coś pożerać. Kiedy nie ma majątków Kościoła, pożerają aktywa państw, potem pożerają się nawzajem, a kiedy ludziom, w ten czy inny sposób udaje się trochę odkuć, wszystko zaczyna się od początku.
Świat współczesny znacznie wypiękniał od czasów ostatniej rewolucji i wszystkie gwałtowne zmiany mające na cel podważenie stosunków własności i transfer gotówki oraz dóbr z jednego miejsca w drugie maja dziś dużo delikatniejszy charakter. Co nie znaczy, że obywają się bez krwi i trupów. Kompanie ani na moment nie przestają mówić o wolności i prawach ludu do samostanowienia, a władcy absolutni jak dawniej próbują utrzymać kontrolę nad produkcją driakwi. Nie wiem tylko co z Kościołem. Budzi się, czy śpi nadal? Nie mnie to oceniać, ale może wy spróbujecie.
Na koniec kilka spraw organizacyjnych. Tak się składa, że nakład książki autorstwa rodziców Grzegorza Brauna „Dobrzy księża” jest już wyczerpany. Ostatnie 40 egzemplarzy właśnie zostało wysłane kurierem na mój adres. Wydawnictwo może oczywiście zrobić dodruk, ale wyłącznie dla mnie. Ja zaś nie wiem czy chcę sprzedawać tę książkę kiedy pomiędzy mną a autorami stoi pośrednik. Pewnie nie chcę, ale nie mam też póki co możliwości, by zawrzeć z autorami jakąś umowę. Zbyt wiele kosztownych imprez przede mną. Będę musiał z tym poczekać. Nie wiem jak długo. Tak więc jeśli ktoś jest zainteresowany książką „Dobrzy księża” musi podejmować decyzję już. Kończy się także nakład pierwszego numeru „Szkoły nawigatorów”. Dodruków nie będzie.
Wszystkich zapraszam na stronę www.coryllus.pl oraz do księgarni Tarabuk, Przy Agorze w Warszawie, do sklepu FOTO MAG przy stacji metra Stokłosy w Warszawie i do księgarni 'Latarnik” przy ul. Łódzkiej 8 w Częstochowie.


Komentarze
Pokaż komentarze (49)