coryllus coryllus
3130
BLOG

Dziennikarze ekonomiczni i ich etaty

coryllus coryllus Polityka Obserwuj notkę 14

 Słyszeliście kiedyś o jakimś dziennikarzu ekonomicznym, który głosiłby pochwałę Marksa i wymyślonego przezeń systemu? Ja nie. Wszyscy, którzy tak czynią nie podpadają pod kategorię – dziennikarz ekonomiczny – zajmują się polityką, albo wróżbiarstwem, albo czymś innym od ekonomii bardzo dalekim, na przykład deklarują współczucie dla biednych i poniżonych. Dziennikarze ekonomiczni są wszyscy jak jeden zwolennikami liberalizmu, wolnego rynku i innych takich wynalazków propagandowych. Kiedy jednak spytalibyście jednego czy drugie jakie biznesy prowadzi i ile ostatnio zarobił oni otworzą usta ze zdumienia. Na pewno w coś tam inwestują, jak większość ludzi, ale ich podstawowym marzeniem oraz programem gospodarczym jest etat. Nie ma dziennikarza ekonomicznego bez etatu. Żaden z nich nie wyobraża sobie nawet życia bez takiego zabezpieczenia. Jak ktoś spośród nich jest wyjątkową pierdołą, wtedy da się wpędzić w jakieś faktury i umowy zlecenia, ale większość twardo siedzi na etatach.

Wczoraj zauważyłem kolejnego. Przyszedł tu z Rzeczpospolitej i nazywa się Bartosz Marczuk. Napisał już dwa teksty, które są jakąś popłuczyną po dyskusjach sprzed pięciu lat, toczonych tu z udziałem Jareckiego i FYM-a i od razu wylądował na pudle. W deklaracji pod zdjęciem poinformował nas, że ma pięcioro dzieci. Po co to zrobił? Myślę, że chciał nam wszystkim, ( bo przecież pisze ów człowiek dla nas, prawda, my jesteśmy jego czytelnikami?), powiedzieć, że jest nie tylko zwolennikiem rynkowych deregulacji, czy też na odwrót – wprowadzenia ceł na granicach, ale także obyczajowym konserwatystą. Szkoda, że nie jestem jego szefem bo wyrzuciłbym go od razu i popatrzył jak sobie radzi na rynku. Jak w pocie czoła dochodzi do sukcesu i jak zmaga się z przeciwnościami niczym Bogumił Niechcic z powieści Marii Dąbrowskiej „Noce i dnie”. Że, co...że nie zmagałby się tylko poszedłby do pośredniaka, a potem zadzwonił do swoich kumpli na etatach, żeby go gdzieś zatrudnili? Oczywiście, że tak, przecież żartowałem. Zastanawiam się tylko gdzie mieści się ta fabryka, z której ich wypuszczają. Kto jest projektantem tej serii robotów i kto zajmuje się serwisowaniem. Bo to nie mogą być przecież ludzie. Nie wiem co to był za film, oglądałem go dawno temu, chodziło op to, że jakiś gość łazi po wymarłej planecie, gdzie grasują roboty pułapki, musi odnaleźć jakąś ocalałą resztówkę prawdziwej ludzkości. No i na jego drodze pojawia się mnóstwo tych pułapek. Na przykład mały obdarty chłopczyk poszukujący ratunku. Chłopczyk jest tak autentyczny, że wszyscy płaczą jak go widzą. No, ale w pewnym momencie zza horyzontu wyłania się armia takich chłopczyków, z tak samo potarganymi włosami, z tak samo przekrzywionym szalikiem owiniętym wokół głowy, w takich samych porwanych portkach. I wszyscy naraz wołają, że potrzebują pomocy. My mamy to samo. Kiedy już, już wydaje się, że zaraz w salonie zaczną pojawiać się prawdziwi ludzie zza skały wyłania się jakiś Kędryna, albo Marczuk i woła: pomocy, pomocy, pomocy....I my powinniśmy się zachować tak, jak ten facet na tej skalistej planecie, powinniśmy wygarnąć do nich z obydwu rur grubym śrutem, żeby im łeb odleciał i podzespoły się przepaliły, żeby im kółka zębate wpadły do piachu, a ten olej co mają go w rurkach imitujących żyły rozbryzgał się po skałach. My jednak nic zrobić nie możemy. Oni są bowiem gorsi niż macherzy rynku muzycznego. Mają bowiem etaty. Ich obecność zaś w sferze wolnego słowa, czyli w blogosferze, to jasny komunikat, że te etaty są nie wystarczające. Że przydałby się jeszcze jakiś autentyczny kawałek publiczności, która nie jest zdalnie sterowana, ale ma jakieś własne, autorskie odruchy. Od razu dzieci inaczej na tatusia popatrzą, od razu szef się zmityguje przy opieprzaniu, wszystko lub prawie wszystko się zmieni. I co najważniejsze bohater nasz nie będzie się musiał martwić o to, że go nie zauważą. Jest bowiem czerwonym zawodowcem, publicystą z Rzeczpospolitej czy czego tam, a tutaj przyszedł na rekonesans, żeby się zorientować w możliwości zarobkowania, kiedy ta Rzeczpospolita go wywali na zbity łeb albo się całkiem zamknie.

Gadajmy jednak dalej o tych dziennikarzach ekonomicznych. W ich przypadku najłatwiej zdemaskować całą tę hucpę wolnych mediów. Bo kimże są ci panowie z istoty? Są prorokami, prawda? Gdyby byli prawdziwymi specjalistami od ekonomii robiliby pieniądze na rynku, nie chciałby im się pisać co tydzień nędznego felietonu o sprawach, które każdy uważa za oczywiste. Po co to robią? Bo nic innego nie mają, poza tym muszą utrzymywać pewne pojęcia w obiegu, bo bez nich ludzie mogliby stracić wiarę w rynek, w kapitał i takie tam...stanęliby oko w oko z bezrobociem i łapczywością banków. I co wtedy? Mogliby zostać terrorystami. Prawdziwymi terrorystami, a nie takimi co łażą tylko po ulicach w czasie różnych rocznic i smętnie machają flagami. Dzięki jednak uporczywej działalności rozmiękczającej naszych etatystów czekają ci biedni ludzie, aż się zmieni koniunktura, aż wprowadzą nowy program gospodarczy, aż otworzy się kolejny wolny rynek dla Polaków, albo aż Unia skończy wreszcie ze swoją polityką rolną. Funkcją dziennikarzy ekonomicznych jest obsługa propagandowa banków i nie jest ważne doprawdy, czy jakie poglądy głoszą, czy są bardziej konserwatywni czy bardziej liberalni. Oni muszą dbać o to, by pewne pojęcia i kalki stale były w obiegu.

Cóż bowiem się stanie, jeśli by ich zabrakło? To co już napisałem, ale prócz tego zobaczylibyśmy jak z konstrukcji nas otaczających odpada cały kit i klarowane masło. I cóż byśmy ujrzeli? To co było tam pod spodem zawsze, czyli organizacje o charakterze politycznym, religijnym i finansowym. Zauważylibyśmy łatwo, że cała ta ekonomia, to kult złotego cielca i próba podporządkowania organizacjom finansowym organizacji religijnych. Konkretnie zaś Kościoła Katolickiego. To się odbywa wprost, albo ogródkami, ale chodzi zawsze o to, by jak najmniej osób inwestowało w wota na ołtarzu, bo to głupie i nieracjonalne, a jak najwięcej wkładało pieniądze na lokaty, bo to jest rozumne i ma przyszłość. Czy organizacje religijne mają jakieś szanse w tym starciu? Jeśli po swojej stronie będą miały jakieś twory polityczne wtedy tak, ale jeśli konstrukcje mające cele wyłącznie ziemskie czyli państwa i ich ministrowie pieprzący bez przerwy o rozwoju albo zwoju, czyli o ruchu do przodu lub wstecz, będą szły na pasku banków, wtedy szans nie ma. I my jesteśmy w tym momencie dziejowym kiedy trzeba właśnie owe szanse zważyć. To jest najważniejszy problem ekonomiczny jaki mamy do rozwiązania, ale w tym nie pomogą nam dziennikarze z działów ekonomicznych. Nie pomoże nam w tym także Kościół. Tutaj mechanizm działa tylko w jedną stronę – my możemy pomóc Kościołowi. Bez nadziei na to, że pomoc ta zostanie zauważona. Pomyślcie jednak o tym, co będzie kiedy już zadłużą się wszystkie parafie? Jak będzie wyglądała polityka banków i co wtedy będą pisać dziennikarze ekonomiczni na łamach prasy i w salonie. Czy będą nas epatować ilością swoich dzieci? Czy może czymś innym?

 

Od wczoraj na prawdziwie wolnym rynku, czyli na stronie www.coryllus.pl sprzedajemy komiks o Janie Hardym – żołnierzu wyklętym. Cały czas trwa promocja I tomu Baśni jak niedźwiedź. Wyprzedajemy ostatnie egzemplarze książki „Dobrzy księża” autorstwa rodziców Grzegorza Brauna i ostatnie egzemplarze pierwszego numeru „Szkoły nawigatorów”. Zapraszam www.coryllus.pl

coryllus
O mnie coryllus

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (14)

Inne tematy w dziale Polityka