coryllus coryllus
5003
BLOG

Ewolucjoniści i buddyści

coryllus coryllus Polityka Obserwuj notkę 88

 Zadzwonił tu wczoraj Toyah i wspólnie ponarzekaliśmy na „naszych”, których zaczyna przybywać w tempie ekspresowym. Pogadaliśmy głównie o gazetach i on polecił mi zakupienie nowego numeru 'W sieci”. Ponieważ jednak ja nie słucham nikogo i nigdy poszedłem do kiosku i kupiłem „Do rzeczy”. Może i kupiłbym to drugie, ale na okładce gazety Lisickiego było napisane, że Ziemkiewicz napisał obrazoburczą książkę. - O Boże! Znowu....?! Tak sobie pomyślałem i od razu wyciągnąłem te 7 zeta, żeby zobaczyć, których bogów tym razem Ziemkiewicz obraził. No i okazało się, że tych samych co wcześniej. On znowu napisał książkę o tym, że honor i wdzięczność w Polityce nie istnieją, że tylko twarda walka interesów się liczy, a Polacy tego nie rozumieją, nie kumają po prostu, bo nie dorośli do pewnych spraw. Rozpisuje się Ziemkiewicz głównie o Francji w czasie II wojny światowej i o Belgii w czasie wojny I. Pisze też, że alianci nie mieli ochoty okazywać nam wdzięczności za Bitwę Warszawską, choć powinni, a za to rozkręcali wielkie prasowe kampanie w obronie Belgów. No i on nie wie dlaczego tak było, ale z tą wdzięcznością i honorem z naszej strony to po prostu zwykłe frajerstwo. Można by sobie nie zawracać głowy Ziemkiewiczem, ani innymi producentami mułu i lasowanego wapna kładzionego ludziom do głów. Można czy nie można? Nie można, bo człowiek po lekturze tych jego tekstów czuje się jakby wypił bełta i przepalił sportem. Musi wstać, włos pod górę zaczesać i wygłosić jakiś monolog. Chodzi o to, że czytelnik ma inne, subtelniejsze oczekiwania niż to, co realizuje Ziemkiewicz i ja je spróbuję tu opisać. W tekstach publicystycznych nie chodzi o to, by wychowywać Polaków, jak się zadaje Ziemkiewiczowi i Semce, który jego książkę recenzuje. Trzeba wychowywać tamtych, tych co uratowali Belgię, a nie chcieli ratować Polski. Można to robić jedynie w jeden sposób – pokazując jak koniunktury gospodarcze wpływały na politykę światową. Ja oczywiście wiem dlaczego Zachód interesował się Belgią bardziej niż Polską. Jest takie słowo, bardzo wdzięczne, które można znaleźć na mapie Afryki – Kongo. Tam są wszystkie odpowiedzi na ważne pytania dotyczące Europy i świata przed I wojną. Żeby odeprzeć kłamliwe narracje nie powinniśmy pisać o własnym frajerstwie i liczyć na to, że w kolejnym rozdaniu to ho, ho, ho...już my im pokażemy jak się twardo broni interesów. Nic nie pokażemy, bo my tych interesów nawet nie potrafimy rozpoznać. A feler ten mamy między innymi przez publicystów takich jak Ziemkiewicz i Semka. Żeby odeprzeć kłamliwe narracje musimy wejść na teren tych co gotowi byli umierać za Belgię i napisać coś o sprawach, które są im bliskie i na temat których oni nałgali tak, że już się o te kłamstwa przewracają, jak Jerzy Połomski o kable na estradzie w Opolu, w roku 1974. Inaczej się nie da. No, ale nikt nie ma pomysłu jak to zrobić. To znaczy ja mam ten pomysł i go przeprowadzę na skalę taką, na jaką mnie stać. Potem zaś zobaczymy co się stanie. Wymienieni panowie zaś nadal będą realizować się w swojej roli kaowców zatrudnionych w domu wariatów.

Semka o książce Ziemkiewicza pisze, że powtarza ona tezy z książki Zychowicza, tam zaś są powtórzone tezy z książki Wieczorkiewicza. Nie wiemy niestety od kogo zapożyczał swoje tezy Wieczorkiewicz, ale to chyba nie jest już istotne. I to jest moim zdaniem coś, przed czym powinni klękać sataniści i wznosić te swoje bezbożne okrzyki. Jak Semka może coś takiego napisać? Coś tak bezwzględnie demaskującego? Jak on może napisać, że cała ta hucpa służy temu jedynie, by konsolidować ten ich gang Olsena wokół treści zatwierdzonych dawnego temu, przez nierozpoznane czynniki i powtarzanych dziś do, przepraszam za słowo, porzygania?

To są jacyś uniwersyteccy buddyści, łażą w kółko i kręcą te swoje bębenki modlitewne, szepcą mantry takie jak ta na przykład: bici i zwyciężani uciekamy się niekiedy do mitów o bezgrzesznej II RP oraz mądrych przywódcach konspiracji wojennej. Albo: książka ma wiele „firmowych” cech Rafała – ostry język, barwne porównania i typowy dla niego publicystyczny żar.

I wszystko jest jasne. Żeby sprzedać jedną, wtórą książczynę, która powtarza to, co już zostało po wielokroć przemielone, angażuje się Semkę i Wildsteina, który też napisał recenzję książki Ziemkiewicza. A wszystko w ramach debaty historycznej „Do rzeczy”. Może o Retingerze zorganizujecie mili panowie jakąś debatę? Albo o ograniczeniach w polskiej polityce wynikających wprost z tępoty publicystów ją opisujących i polityków, którzy ją kreują? Nie? Jaka szkoda.

Toyah twierdzi, że „W sieci” jest jeszcze gorzej. Czy to aby możliwe? Pewnie tak, wszystko jest możliwe.

My tutaj na blogach ulegamy pewnemu złudzeniu, każe nam ono wierzyć, że poglądy podlegają jakiejś ewolucji. I tak jest, ale w wypadku, kiedy towarzyszy im świadome działanie, które ma jakiś cel. No, a w przypadku „naszych” jedynym celem jest pilnowanie domu wariatów i ograbianie pensjonariuszy z papierosów i ciastek. Można to też zauważyć w salonie24 gdzie Igor Janke opowiada o tym, jak to będziemy mówić Orbanowi twardo o swoich interesach. Powtórzę: ani Igor Janke, ani nikt z polskich polityków, nie potrafi dziś rozpoznać czym jest polski interes narodowy. Zamiast tego mamy mantry. O mieszkaniach dla młodych, o honorze, że niepotrzebny, o „gospodarka głupcze”, o silnym bloku w Europie Środkowej, który stworzą Polska i Węgry. Jeśli do tego dojdzie, w co wątpię, okaże się na koniec, że cały ten blok, to ekspozytura jakiegoś banku.

Po przekartkowaniu tej gazety rzuca się w oczy coś jeszcze. Zaczyna ona przypominać sensacyjne periodyki sprzed pierwszej wojny właśnie. Mamy jakieś sfingowane afery, jakieś namiastki Dreyfusa i kanału panamskiego, jakieś gendery i korwiny, a wszystko to okraszone pitavalowym materiałem o zamordowaniu młodej prostytutki. Właściwa funkcja mediów aspirujących do uczciwości i deklarujących ją na każdym kroku ujawnia się przed nami po raz kolejny. Kiedy znów wybuchnie wojna powiedzą, że ich to zaskoczyło jak zima drogowców, że miało być inaczej, ale wyszło jak zwykle.

No, ale wróćmy do naszych ewolucyjnych złudzeń. Musimy zdać sobie sprawę z tego, że nie mamy wpływu na nic. Możemy nie zgadzać się z tymi bredniami i proponować coś innego, ale oni tam mają potężną maszynę do wytwarzania mułu wymieszanego z wapnem, zawsze mogą ją puścić w ruch. Przyjdzie Lisicki, odkręci zawór i muł popłynie szeroką strugą, a wszyscy się będą w nim taplać jak punkowcy na przystanku Woodstock. No, ale nie możemy ustawać w wysiłkach, nie będziemy przecież czytać o Korwinie i gender.
Grzegorz Braun namówił mnie, żebym wydał książkę, niewielką, ale ważną, pod tytułem „Irlandzki majdan”. I ja to zrobiłem. Książka będzie, ale nie wiem czy zdążymy na targi w maju. Postaramy się zdążyć. No i kiedy już ustaliliśmy, że przygotowujemy tę książkę, moja żona wpadła na pomysł, żeby to była seria. I zaraz wymyśliliśmy tytuł serii: Małe książki o ważnych sprawach. Tomek zaprojektował okładkę tak dobrą i nowoczesną, że podjąłbym się sprzedawania tylko okładki, bez żadnych treści w środku. Pomysł by seria przypominała nieco serię z żółtym tygrysem wpadł mój kolega i oto na oczach wszystkich z niczego właściwie, ze wspólnego wysiłku kilku osób powstała jakość. Kocham to. Ten moment kiedy coś się materializuje w powietrzu i buch – spada na stół. Obyśmy zdążyli z wydaniem. Kolejną książkę w tej serii napisze Toyah, albo ja wspólnie z nim. Następną zaś nasz kolega boson. Potem zaś zobaczymy. Chodzi o to, by mały wydawca, taki jak jak, miał możliwość przyciągnięcia do siebie innych autorów. Nie znaczy to, że będę wydawał wszystko co dostanę do rąk, nie mam czasu czytać wszystkiego. Będę jak zwykle podejmował arbitralne i skrajnie niesprawiedliwe decyzje. Na razie zapraszam na stronę www.coryllus.pl

coryllus
O mnie coryllus

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (88)

Inne tematy w dziale Polityka