coryllus coryllus
5549
BLOG

Czy Maleńczuk napisze pieśń o generale Jaruzelskim

coryllus coryllus Polityka Obserwuj notkę 76

 Toyah napisał wczoraj arcyważny, który wcale nie dotyczy nędzy rynku muzycznego w Polsce, a na pewno nie tylko. Tekst ten dotyczy nędzy naszych dusz i naszych umysłów, a także nędzy warsztatowej tych tak zwanych twórców oraz faktu iż nie ma w nas za grosz odwagi. I ja tu nie będę szydził z nikogo, bo sam tej odwagi nie mam za dużo. Chodzi mi jedynie o naświetlenie pewnego zjawiska, które wszyscy mamy przed oczami, ale nie zwracamy nań uwagi, bo klasyfikujemy je jako zjawisko natury artystycznej, a powinniśmy myśleć o tym jak o propagandzie. Być może jest to jeszcze jedna demaskacja tej tak zwanej kultury i sztuki pop, która bazując na najniższych instynktach zatruwa umysły i serca.

Był oto Toyah na koncercie w Łodzi, gdzie śpiewał stareńki już, a niegdyś popularny wykonawca nazywany Peterem Gabrielem. Ja się muzyką nie interesuje w ogóle, ale tego faceta pamiętam z emitowanego dawno temu programu „Przeboje dwójki”. Pamiętam też piosenkę, o której wczoraj pisał Toyah, a która była chyba w owym czasie sztandarowym utworem tego wykonawcy. Chodzi o utwór zatytułowany „Biko”, który opowiadał o życiu i śmierci murzyńskiego terrorysty z RPA. Pan ten najpierw, podejrzewam, że za namową złych ludzi, myślę nawet, że samego Nelsona Mandeli, rozkręcił w swoim kraju spiralę przemocy, a kiedy już się jej nie dało zatrzymać, policja postanowiła go załatwić urządzając tak zwaną pokazówkę. Biko został aresztowany i zamordowany w więzieniu z zachowaniem różnych nieostrożności, tak by świat i jego koledzy jak najszybciej dowiedzieli się o tej zbrodni. No i brytyjski wykonawca, który robił wtedy wielką karierę czyli ten cały Peter Gabriel postanowił napisać o nim piosenkę. Moim zdaniem jest to utwór tak nędzny, wtórny i żaden, że nie ma w ogóle o czym gadać. Jedyne co go utrzymywało na listach przebojów to temat właśnie, a wszyscy wiedzą, że jak coś aspiruje do miana sztuki, a żyje jedynie anegdotą, to znaczy, że jest owa rzecz po prostu nędzna. No i ten Gabriel wykonuje swoją piosenkę o zabitym murzynie już ponad 40 lat, a ludzie klaszczą. Jeśli Wam się to nie wydaje dziwne, to trudno, mnie się wydaje.

Pisał kiedyś Toyah o innej piosence, innego wykonawcy, mianowicie Boba Dylana. On z kolei napisał i zaśpiewał utwór o zamordowaniu innego czarnego, ale poszedł w sztukę prawdziwą, bo co by o Dylanie nie mówić, on ma przynajmniej jakieś pomysły. Lepsze lub gorsze, ale jakieś ma. Tamten, jak sądzę, pisał po prostu na zamówienie gangów, które szykowały zmianę władzy w RPA i wyszło jak wyszło. Dylan zaś opowiedział o tym swoim murzynie poprzez osoby trzecie związane z zabójstwem, zdaje się, że chodziło o morderstwo sądowe, ale dokładnie nie pamiętam. No i ta piosenka także była popularna i wszyscy się wzruszali. I Toyah też się wzruszał, ale ja zupełnie nie rozumiem dlaczego. Im bardziej się bowiem starzeję, tym silniej narasta we mnie przekonanie, że sztuka musi być najściślej związana z sacrum i musi podlegać kanonom. Wszystko co jest ponadto to propaganda. Im luźniejsze zasady rządzące rynkiem i kryteriami oceny tym większe pole do popisu dla manipulatorów. Fakt iż ktoś śpiewa i tańczy w rytm muzyki nie usprawiedliwia go wcale i nie podnosi jakości jego pracy, przeciwnie obniża ją. Dlatego właśnie rynkowi muzycznemu towarzyszą tak kosztowne i tandetne akcje promocyjne, żeby zakryć jakoś tę obrzydliwą propagandę.

Nie wiem czy zauważyliście, Toyah to wczoraj napisał, a ja dziś powtórzę, że artyści pop nie interesują się bohaterami takimi jak Przemyk, Jerzy Popiełuszko czy ksiądz Zych. Nie ciekawią ich losy tych ludzi, co innego czarni bojownicy o prawa i przywileje. Wynika to z prostego faktu, że za pisanie piosenek o Przemyku i innych wymienionych nikt nie płaci, a za piosenkę o Biko na pewno ktoś zapłacił, być może jego kumpel Mandela, który wypuścił go na linię strzału niczym zająca, a sam poszedł na 27 lat do sanatorium, które ogłupiała lewicowa prasa nazywała ciężkim więzieniem. Ja tego dokładnie nie wiem, ale wszyscy orientujemy się jak funkcjonuje polityka, szczególnie ta na styku z terrorem.

Parę lat temu kolega pokazał mi teledysk nakręcony w RPA, żeby już pozostać w tych samych klimatach, był to teledysk do piosenki opowiadającej o losach jednego z burskich generałów walczących w wojnie z Brytyjczykami. Pokazywali tam kawałek wojny i obozy koncentracyjne i plenery, a także gospodarstwa tych Burów, takie farmy, jakie znamy z filmów o Dzikim Zachodzie. I nie było w tym teledysku ani jednego czarnego. Nie wiem czy to prawda, ale utwór ten wzbudził wiele kontrowersji i spotkał się z krytyką środowisk postępowych. W samym RPA zaś, wśród ludności białej został on głoszony utworem kultowym. Łatwo go znajdziecie. Nie jest to najwspanialsze dzieło, ale powód jest przypuszczam ten sam, który stoi za uporczywym wykonywaniem przez Petera Gabriela piosenki pod tytułem „Biko” - pieniądze. Tam nie było dużego budżetu, nikt nie ma też zamiaru dalej promować tej piosenki, w krajach takich jak Polska zaś jest ona zupełnie nieznana. Toyah, gdyby ją usłyszał, powiedziałby pewnie, że muzycznie jest ona żadna, nie ma startu do „Biko” i innych kawałków Gabriela. Ja zaś myślę, że jakość tych piosenek i teledysków jest sprawą drugorzędną. Przekonuje mnie zaś do tego występ Conchity Kiełbasy i Donatana, na festiwalu Eurowizji, a także wszystkie, wcześniej tu przez nas omawiane, produkcje muzyczne. To jest jedna bieda, która musi się ratować propagandowymi budżetami, albo ględzeniem o filozofii, albo narkotykami, albo biustem wywalonym na wierzch. I nie ma znaczenia czy to Peter Gabriel, czy Jolanta Ciupa. Bo nie wiem czy wiecie, ale ta miła pani z Eurowizji, co markowała pranie bielizny, tak że wszystko było widać, ma na nazwisko Ciupa. Nie żartuję, Cleo, Donatan i Ciupa - trzy w jednym.

No, ale wracajmy do propagandy. Jej siła jest wprost proporcjonalna do nędzy umysłów, które ją zasysają. Myśmy to przećwiczyli dawno temu na tak zwanej „Telewizyjnej liście przebojów”. Występował tam taki facet pozbawiony słuchu, z potężną wadą wymowy, ze ślinotokiem i całą masą ciężkich deficytów, który siedząc na krzesełku udawał, że gra na gitarze. No i oczywiście śpiewał. Jak wszyscy, którzy nie potrafią śpiewać, a mają w domu gitarę. Nie mógł się powstrzymać. Najlepsze było to, że człowiek ten nie występował jako solista, ale jako zespół, zespół o nazwie „Universe”.Tak naprawdę zaśpiewał ów zespół tylko jedną piosenkę, tę o Lennonie i potem zniknęli. Było to w czasach, kiedy nie można było śpiewać piosenek o Przemyku i Popiełuszce. No, ale nie było przymusu, żeby śpiewać o Lennonie, nędznym komunistycznym propagandyście i prostym świrze. Ale zespół „Universe” właśnie o nim zaśpiewał licząc na to, że temat ich uskrzydli. Ja wiem, że ten biedny człowiek już nie żyje. Miał raka i zmarł parę lat temu, wiem, ale to nie znaczy, że mam nie zwracać uwagi na jego pokazy sprzed lat, bo miały one bardzo istotny sens w całej machinie propagandowej lat osiemdziesiątych. Żal mi tego wykonawcy, bo on pewnie naprawdę wierzył, że zrobi karierę jak zaśpiewa o Lennonie. Jak oni wszyscy, wszyscy konformiści świata wierzą, że kariera i sława biorą się z kiwania głową w rytm. A to nieprawda, kariera bierze się z dobrze przemyślanego buntu, po którym, jeśli zakończy się sukcesem, można już tylko wystawiać rachunki gangsterom takim jak Mandela i jego kumple.

Oczywiście, możecie powiedzieć, że w Polsce każdy bunt był sterowany przez władzę, nawet bunt tak idiotyczny jak pomarańczowa alternatywa. I to prawda, ale każdy kto pamięta niemiecką okupację powinien się zastanowić dlaczego za komuny nikt nie wpadł na pomysł, żeby śpiewać na ulicy piosenki takie jak za Hitlera. Nie o Przemyku zaraz czy o Popiełuszce, ale o tym, o czym zwykle traktują piosenki – o miłości, szczęściu i prostych dramatach. Nikt tych piosenek nie pisał i nie wykonywał na ulicy. Oczywiście były piosenki i byli wykonawcy zbuntowani, ale oni się realizowali na różnych organizowanych bądź zatwierdzanych przez władzę festiwalach, a to poetyckich, a to rockowych, a to piosenki turystycznej. Tam to było kanalizowane i żadnemu z tych buntowników przez małe „b” nie przyszło do głowy, by po prostu wyjść do ludzi i zaśpiewać na ulicy. Dlaczego? Myślę, że dlatego iż każdy z nich liczył na karierę. Nawet ci niezrozumiani przez nikogo poeci, być może oni właśnie najbardziej na nią liczyli. I to mnie właśnie zniechęca do kultury popularnej i jej twórców, ta bieda i próba oszukania wszystkich poza sponsorem, który na żywca podsuwa jednemu z drugim cyrograf i mówi – podpisz synu i nic się nie martw, wszystko będzie dobrze. Nic nie będzie dobrze bo nie może być dobrze. Nie może, bo ci nasi z cyrografami to jakieś podrzędne szatany z trzeciego kręgu piekła, ten zaś co umówił się z Peterem Gabrielem, żeby tamten śpiewał o terroryście przez 40 lat, rezydował gdzieś między szóstym a siódmym kręgiem i miał o wiele więcej do gadania.

Do czego ja tu dziś zmierzam spytacie? Do prostego wniosku, nie oglądajmy się na to co płynie do nas z estrady, tym mniej się oglądajmy im więcej potrzeba środków by artystę estradowego wypromować. Tym mniej się oglądajmy im bardziej dramatyczne sytuacje opisuje pieśń przezeń wykonywana, bo to nam daje gwarancję, że utwór jest nędzny, a pieśniarz należy do plemienia pozorantów.

I wiecie nad czym się teraz zastanawiam? Nad tym jaki charakter będzie miała piosenka, którą Maleńczuk napisze i zaśpiewa po śmierci generała Jaruzelskiego. Bo, że napisze i zaśpiewa to pewne. Nie tylko on zresztą, inni także będą pisać i śpiewać, bo ktoś im podsunie nowy cyrograf i powie, że teraz to już naprawdę chłopcy, teraz kariera będzie pewna, tylko coś o generale musicie zapodać...Może nawet jakiś festiwal ku czci zorganizują? Kto wie? Na piosenki o Przemyku i Popiełuszce jednak nie liczcie, nie ma żadnych szans, że powstaną. Skoro Kaczmarski nie napisał nic o Przemyku to nikt inny się za to nie weźmie. Swoją drogą ciekawe dlaczego on milczał w tej sprawie? Może ktoś coś wie?

 

Zapraszam wszystkich na stronęwww.coryllus.pl, gdzie sprzedajemy książki Toyaha i I tom Baśni jak niedźwiedź, w cenach bardzo przystępnych. Mamy także trzy zeszyty komiksowe o przygodach Jana Hardego – żołnierza wyklętego. Jeśli ktoś nie lubi kupować przez Internet może zajrzeć do księgarni Tarabuk przy Browarnej 6 w Warszawie, do księgarni „Przy Agorze', która mieści się przy ulicy o tej samej nazwie pod numerem 11a, do sklepu FOTO MAG przy stacji metra Stokłosy, a także do księgarni „Latarnik” przy ulicy Łódzkiej w Częstochowie.

coryllus
O mnie coryllus

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (76)

Inne tematy w dziale Polityka