W portalu Polonia Christiana ukazał się niedawno wywiad ze mną na temat św. Andrzeja Boboli. Ci którzy kupili ostatni numer „Szkoły Nawigatorów” i przeczytali tekst o św. Andrzeju wiedzą o co chodzi. O to, że do zamordowania Andrzeja Boboli doszło nie dlatego, że kilku Kozaków się upiło i chciało podokazywać z katolickim księdzem, ale z powodów całkiem innych. Pod tekstem, sami możecie to sprawdzić http://www.pch24.pl/-obdarty-ze-skory-na-rzeznickim-stole,22962,i.html pojawił się komentarz, którego autor zarzuca mi spłycanie historii i misji św. Andrzeja. To nie jest zarzut błahy moim zdaniem i ja się do niego postanowiłem dziś odnieść, bo kwestionuje on cały mój pomysł na opowiadanie historii poprzez losy świętych. Chodzi o to, czy my możemy pisać o świętych w kontekstach politycznych i analizować okoliczności towarzyszące im za życia i w czasie śmierci nierzadko męczeńskiej? To ważne pytanie, myślę, że kluczowe. Odpowiedź tego komentatora brzmi – nie można tak robić, bo to jest spłycanie misji i sprowadzanie jej do gier politycznych. Ja bardzo przepraszam, ale gdyby nie uczestnictwo w owych grach politycznych całej rodziny Bobolów o żadnej misji nie mogłoby być mowy. I możemy sobie do skończenia świata wmawiać, że św. Andrzej wszystko zawdzięczał osobistej pobożności i ćwiczeniom charakteru, ale nie przybliży nas to ani o milimetr do poznania prawdy o jego śmierci. A do tego przecież zmierzamy, do poznania prawdy.
Kiedy zgromadziłem sobie te wszystkie żałośnie cienkie książeczki na temat życia i śmierci św. Andrzeja i kiedy do nich zajrzałem uderzyły mnie dwie rzeczy. Po pierwsze nie wiadomo co św. Andrzej robił pomiędzy Pińskiem a Brześciem w maju roku 1657, po drugie autorzy opisujący koniec jego życia nie starają się dostrzec okoliczności najważniejszej czyli obecności armii siedmiogrodzkiej w odległości stu zaledwie kilometrów od miejsca gdzie św. Andrzej został zamordowany. To są rzeczy z ich punktu widzenia nieistotne. Zapewne dlatego, że spłycają problem, a ten zasadza się na czymś innym. Na tym mianowicie, że św. Andrzej prowadził misję, nawracał, dawał śluby kościelne i nauczał, a Kozacy to przerwali brutalnie zabijając go. To jest wyjaśnienie w stylu Feliksa Konecznego, który bardzo chciał żebyśmy wszyscy należeli do kręgu cywilizacji zachodniej, nawet gdyby ta cywilizacja uczestniczyła w najgrubszych świństwach. Powtarzam: nie ma żadnych pewnych wiadomości dotyczących misji św. Andrzeja w maju roku 1657. Opowieści o chrztach, ślubach i nauczaniu pochodzą z lat wcześniejszych. No więc co Bobola robił poza klasztorem w czasie kiedy armia siedmiogrodzka zdobywała Brześć i wszystko wskazywało na to, że Białoruś zostanie oderwana od Rzeczpospolitej, a cały kraj pokawałkowany? Czy Jezuici wiedzieli, że teren na którym żyją i prowadzą działalność misyjną został przeznaczony jako dziedziczne księstwo dla Jerzego Chmielnickiego? To są ważne pytania, na które nie mamy dokładnej odpowiedzi. Możemy jedynie spekulować. Nie możemy jednak kłamać, prawda? Nie możemy czynić ze św. Andrzeja człowieka nieświadomego okoliczności, wierząc jednocześnie w to, że on jest autorem ślubów lwowskich, wiedząc, że jego stryj był doradcą króla Zygmunta. To jest moim zdaniem spłycanie sprawy i to właśnie jest szkodliwe. Odciąga bowiem uwagę od rzeczywistych, realnych, bardzo w wymiarze osobistym, dramatycznych wyborów świętego, sprowadzając jego postać do laurkowego wizerunku w wieńcu z lilii. Takie postępowanie ma oczywiście swoją funkcję i jak go nie neguję. Chciałbym tylko mieć możliwość opowiedzenia tej historii tak, jak na jej przebieg wskazują bliższe i dalsze okoliczności polityczne. Chyba mogę, prawda? I nikt mi nie może stawiać zarzutu, że sprowadzam wszystko do gierek politycznych, bo nie o gierki chodziło, ale o istnienie ostatniego katolickiego królestwa na kontynencie, o życie setek zakonników na Pińszczyźnie i o misję Kościoła. To nie są do cholery żadne gierki polityczne. I nikt nie może tej narracji zastępować płaską laurką.
Wspomnianego komentatora obruszył też ostatni akapit, w którym mówię o postawie Jezuitów wobec władzy. O tej wyszydzonej tyle razy uniżoności, której przeciwstawia się rycerski animusz i sprzeciwiający się władzy. Otóż misja ojców Jezuitów była poważna i miała cele inne niż ziemskie. Tych celów nie dało się zrealizować przeciwko lokalnej władzy. A skoro dochodzimy do takiej konstatacji, od razu nasuwa nam się pytanie: a jakie cele i przez kogo wysuwane realizuje się przeciwko władzy? To jest także ważna kwestia, szczególnie jeśli popatrzmy na kampanię wyborczą do PE. Jeśli ktoś sprzeciwia się władzy – tak napisałem – to znaczy, że ma za sobą inną władzę. Może być także oczywiście szaleńcem. Popatrzcie teraz na film reklamujący Migalskiego i jego sukcesy w opozycji lat osiemdziesiątych, nie jestem w stanie uwierzyć w ich autentyczność. Głównie z tego powodu, że ksiądz Jerzy Popiełuszko nie żyje i został zamordowany w okolicznościach przypominających te, które towarzyszyły śmierci św. Andrzeja. Czy za księdzem Jerzym stała jakaś ziemska władza sprzeciwiająca się komunistom? Oczywiście, że nie, nawet episkopat go nie popierał. Ksiądz Jerzy prowadził misję wśród ludzi prostych, którzy potrzebowali pocieszenia, ale poparcia żadnej ziemskiej władzy nie miał. Dlatego został zamordowany. Co innego Migalski i inni ludzie walczący z systemem na ulicach. Im się nic nie stało. Żyją i mają się dobrze. Ktoś może powiedzieć, że przesadzam. No ale jak przesadzam? Mieliśmy przecież groźną komunę, która chciała dla nas jak najgorzej i tej komunie sprzeciwili się, sami z siebie, opozycjoniści tacy jak Wałęsa i Migalski. Tak było prawda? No i co? Nie doszło do żadnych masowych zbrodni z wyjątkiem strzelaniny na wybrzeżu w 1970, której przyczyn do dziś nie wyjaśniono. Pewnie dlatego, żeby nie spłycać tematu. Podobnie jest ze śmiercią księdza Jerzego Popiełuszki i kilkoma innymi zgonami. A skoro tak jest, to ci którzy przeżyli i teraz lansują się na swojej opozycyjnej przeszłości powinni kupić sobie tęgi gumowy młotek i walnąć się nim w sam środek czoła, a jeszcze lepiej poprosić o to jakiegoś silnego kolegę.
Powtórzę: praktyka polityczna wykazuje, za każdym razem w dodatku, że ten kto sprzeciwia się władzy i żyje ma za sobą silniejszą władzę. Tak jest zawsze. Oczywiście masowe ruchy, zwane czasami oddolnymi bywają pacyfikowane, ale szkody ponoszą w takich akcjach zwykle frajerzy, którzy wierzą, że oto nadeszła jutrzenka swobody i pierwsi chwytają sztandar, by biec wprost pod nadjeżdżające czołgi.
Oczywiście, zaraz przyjdzie tu ktoś i zacznie pisać o powstaniach. Powstania, jak już o tym wspominałem, dzielą się na dwa rodzaje. Pierwszy rodzaj powstań to bunty źle opłacanych oficerów, którzy mają zamknięte drogi kariery, a drugi to prowokacja. Innych powstań historia póki co nie odnotowała.
Zapraszam wszystkich na stronęwww.coryllus.pl, gdzie sprzedajemy książki Toyaha i I tom Baśni jak niedźwiedź, w cenach bardzo przystępnych. Mamy także trzy zeszyty komiksowe o przygodach Jana Hardego – żołnierza wyklętego. Jeśli ktoś nie lubi kupować przez Internet może zajrzeć do księgarni Tarabuk przy Browarnej 6 w Warszawie, do księgarni „Przy Agorze', która mieści się przy ulicy o tej samej nazwie pod numerem 11a, do sklepu FOTO MAG przy stacji metra Stokłosy, a także do księgarni „Latarnik” przy ulicy Łódzkiej w Częstochowie.


Komentarze
Pokaż komentarze (46)