coryllus coryllus
4362
BLOG

Mentalna prezerwatywa czyli Los Perfectos III

coryllus coryllus Polityka Obserwuj notkę 25

 Pamiętam jak dawno, dawno temu gazownia opisywała Polaków, którym się udało odnieść sukces. Chodziło o to, by wszystkim uświadomić, że jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej, ci zaś którzy marudzą to po prostu lenie i nieudacznicy. Spośród osób, które wtedy prezentowano ja zapamiętałem dwie, jakiegoś faceta który produkował zabawki z drewna pod Zieloną Górą i Palikota, nikomu nieznanego przedsiębiorcę z Biłgoraja, który za pożyczone pieniądze kupił linię produkcyjną do szampana, gdzieś we Włoszech, a potem zrobił sukces i sen amerykański żeniąc te bąble po 5 zeta za flaszkę w detalu.

Oczywiście wierzyłem w to wszystko, bo sam bardzo chciałem odnieść sukces i wydawało mi się, że wszystko będzie jak w piosence z programu o psie Pankracym - „już za chwileczkę, już za momencik...”. Chwileczka się przedłużała, a ja nie rozumiałem dlaczego. No, ale teraz wszystko jest jasne więc możemy sobie tu opisać ów proceder prezentacji ludzi sukcesu z większą dokładnością. Zaznaczam, że nie chodzi mi o oszustwa typu Palikot i ich demaskację, ale o pewien mechanizm prezentacji ludzi i tematów, związany nie tylko z propagandą, ale również z wysokością budżetów w mediach.

Kiedy każdego dnia włączam portal Wirtualna Polska uderza mnie w nim to, że tematy topowe dotyczą albo Rosji, albo cycków jakiejś nieznanej mi gwiazdy. Na trzecim zaś miejscu prezentowane są tak zwane sławy. I – co dziwne – nie są to sławy żyjące współcześnie. Z tych WP lansuje jedynie Donatana i jego modelki Aleksandrę Ciupę i tę drugą co masło robiła. Oni tam pokazują osoby takie jak Danuta Lato, albo Felicjan Andrzejczak, albo była żona Kukulskiego, której kiedyś w czasie występu w Opolu pierś wyskoczyła z sukienki. Owa pierś, jest pretekstem do tego, by omawiać życie i przygody tej pani. Czasem piszą o aktorze nazwiskiem Press, tym co grał Gruzina w „Pancernych”. On co prawda nie ma ładnych piersi, ale ponoć jest Żydem i może to przez ową okoliczność tak często go pokazują. Do czego zmierzam? Do konstatacji następującej: rynek treści pop jest sformatowany przez nie wiadomo kogo. Ponieważ ów ktoś uważa, że Polska jest krajem ubogim w ludzi i tematy, trzeba eksploatować to co już było: Żydo-gruzinów, cycki emerytek, choroby gwiazd, a z rzeczy nowszych Ciupę Aleksandrę. Do rozstrzygnięcia pozostaje czy stoją za tym ciemne siły manipulujące naszymi umysłami, czy może wynika to z lenistwa redaktorów i ich przyrodzonych ograniczeń, a także z ograniczeń budżetowych? Nie wiem. Jeśli rzecz przyłożyć do tak zwanej prasy prawicowej okaże się z pewnością, że chodzi o ograniczenia. To widać po prostu po twarzach, które tam są prezentowane na fotografiach. Jest jednak jeszcze coś, co może nieuważnemu obserwatorowi umknąć, chodzi mianowicie o funkcję mediów. Po co one są? Media mainstreamowe są po to, żeby upowszechniać dokonania i sukcesy Donalda Tuska i jego bandy. Media opozycyjne zaś są po to, by żywić kilka zaprzyjaźnionych rodzin. Media rozrywkowe mają najgorzej, bo oni muszą prezentować dokonania bandy Tuska i jeszcze z tego wyżywić te rodziny. Stąd właśnie imają się Ciupy i Danuty Lato, która była gwiazdą magazynu „Szpilki” 30 lat temu. To jest bezpieczne i nie wymaga zachodu, trzeba tylko poszperać w sieci i znaleźć jakieś zdjęcia. Na takich czynnościach zasadza się całe to dziennikarstwo. Nie jest to w zasadzie już dziennikarstwo, ale mediaworking. Tak to się nazywa, ludzie zaś którzy produkują te rzeczy to mediaworkerzy, nie żadni dziennikarze. Tak samo jest z prawicowymi mediami, co udowodnił ostatnio Toyah na przykładzie Marysi Sokołowskiej. Jest temat, jest bohaterka jak marzenie, są okoliczności i co? Nikomu się nie chce tyłka ruszyć, żeby pojechać do Gorzowa i zrobić materiał? No tak, trzeba by dać takiemu na benzynę, trzeba by mu hotel opłacić, trzeba, żeby on tam czegoś poszukał z ludźmi porozmawiał, a może jeszcze by miał z tego jakąś frajdę? A po co to komu, jak można siedzieć na dupie w redakcji i robić „publicystykę polityczną” i „opinie”. Tylko to się liczy, szczególnie jak człowiek ma dostęp do budżetu i jest naczelnym, albo wicenaczelnym, albo tylko chodzi co rano sprawdzać, czy naczelny dobrze zaparkował i czy nic go nie porysowało, a potem oznajmia o tym głośno na kolegium redakcyjnym. O ile są jeszcze jakieś kolegia, bo przypuszczam, że zwyczaj ten zarzucono i gazetami rządzi się z gabinetu, zza zamkniętych drzwi. Tak wygląda wolność prasy, którą wywalczył dla nas dawno temu Adam Michnik.

O co chodzi tak naprawdę? O to, żebyśmy się nie mogli przejrzeć w mediach. Żeby nas tam nie było, żeby nas reprezentował Palikot, albo jakiś prawicowy hipster, albo ktokolwiek, byle nie my sami. Jeśli pojawiamy się w mediach to jedynie jako karykatura samych siebie, niedźwiedź na sznurku prowadzony przez Cygana-Warzechę, niedźwiedź, któremu wyrwano zęby, żeby nie robił głupstw. Tak to wygląda. Ta procedura nie jest charakterystyczna tylko dla naszego kraju i dla naszych okoliczności. Takie próby podejmowane są wszędzie, ale w sposób nie tak obrzydliwie nachalny i nie z takimi czarnymi intencjami. Nie po to, by jak najmniejszym kosztem uzyskać równie nędzny efekt, czyli dać zarobić jakiemuś Adamskiemu. My nawet nie uczestniczymy w porządnej manipulacji obliczonej na dużą jumę. To byłby przywilej, my jesteśmy po to, by Adamski z „W sieci” mógł spokojnie spłacać swoje kredyty. No a on jest po to, żeby się czasem nie okazało, że w Polsce żyje ktoś jeszcze prócz Jana Pietrzaka, profesora Krasnodębskiego, Zybertowicza, a ze złych Tuska i Palikota. Głos elit głosem Boga – takie hasło powinno przyświecać naszym mediaworkerom. Tyle, że oni nawet tego wymyślić nie potrafią.

Wyjaśnię teraz gdzie tkwi sprężyna napędzająca ten ruski zegarek. Myślę, że już o tym pisałem, jeśli nie celowo, to przypadkiem, ale widać trzeba rzecz powtórzyć. Mamy oto media, które wobec ogólnego braku możliwości dorobienia się i zrobienia kariery innej niż korporacyjna stanowią swoistą nobilitację. Człowiek z mediów jest lepszy, ważniejszy, zna różnych ludzi i porusza się swobodnie na zamkniętych imprezach. Wśród ludzi mediów wytworzyła się w ostatnich 25 latach hierarchia, równie swoista jak one same. Okazało się, że formy takie jak reportaż są szkodliwe i niepotrzebne dla jednych, dla innych zaś stanowią ostatni stopień czarnoksięskiego wtajemniczenia dostępny nielicznym. Stało się to dokładnie wtedy kiedy Kapuściński został ogłoszony cesarzem reportażu, a ludzie z gazowni zaczęli czekać na jego śmierć, by pożywić się truchłem (tak to widzę i chętnię będę polemizował na ten temat). Chodziło o to, żeby zaklepać ten reportaż dla niego, ogłosić go tym cesarzem i żeby już nikt do tego mauzoleum nie wchodził. Oczywiście, Hugo Bader i Jagielski mogą sobie jeździć, mogą sobie coś tam pisać, ale to już nie to, nisza jest zamknięta i takiego huku jak Kapu, nikt już nie zrobi. Mowy niem ma. To jest bezpieczne i daje każdemu z nich pewność, że nie będzie skakania wyżej krzyża i żadnych niespodzianek. 

Prawica zaś doszła do wniosku, że skoro nie ma u nich żadnego kandydata na prawie świętego nieboszczyka od reportażu to w ogóle się nie będzie tych reportaży robić. Nie dość, że jest to kłopotliwe to jeszcze drogie. Czasem może, jak przypadkiem ktoś przez jakieś miasto będzie przejeżdżał, a tam się wypadek zdarzy, no to wtedy, ale też bardzo rzadko. Wywiady zawsze spuszczało się na głupków, nadpobudliwych maniaków, albo ludzi pokręconych wewnętrznie. No i w ten sposób z chaosu wyłonił się Mazurek z jednej strony a wspomniany Szczygieł z drugiej. Po wyłączeniu tych dwóch form z aktywności zawodowej i obudowaniu ich płotem oraz warunkami, pozostało to co najlepsze, czyli komentarze, opinię i felietony. I tutaj się zaczęło. Bo okazało się jednakowoż, że tych stron do zapełnienia jest trochę. Nie ma lekko, coś trzeba wymyślić, bo na reportaż z wymienionych wyżej względów wysłać nikogo nie można. Trochę ten Mazurek porobi, ale i tak pół numeru puste. No to może Semka o kuchni, bo jest gruby? Dawajcie go...Potem coś o winie, że smaczne i zdrowe i ma te...no wiecie...roczniki ma...odinactat', dwienatctat', trinatcat'...Mazurek się na tym zna, bo on w dzieciństwie dużo Kaszpirowskiego oglądał. Środek zapełni Zaremba, po flankach puści się dwa Ziemkiewicze, no i koniecznie trzeba do głosu dopuścić facetów z tych różnych instytutów, Staniłkę i jego bandę. Oni się nadają, sól ziemi po prostu. Ludzie sukcesu nie gorsi niż Palikot, kiedyś będą rządzić w kraju i trzeba im pomóc. Żeby rzecz nie wyglądała na ostatnią chamówę koniecznie trzeba dać jakiś felieton znalezionej gdzieś na korytarzach gazowni pani, która pracowała dawniej w „Kobiecie i życiu”, a teraz może robić za autorytet w sprawach savoir vivre, dobrego smaku i innych tego typu pierdół. Dobrze, żeby ze dwa razy była w Nowym Jorku, to będzie czasem korespondencje z tego ciekawego miejsca pisać. Pani musi wyglądać jak była arystokratka, co nie jest trudne, bo nikt dziś nie wie jak naprawdę wyglądały prawdziwe arystokratki. Wystarczy więc, że będzie mądrze patrzeć i pisać ze swadą. No i mamy program prasy prawicowej na całe lata. Nic tylko realizować go i patrzeć jak honoraria spływają na konto. Cóż się jednak okazuje? Oto pojawia się jakaś Marysia Sokołowska. Nie wiadomo czy jest autentyczna czy nie. Jeśli nie jest to znacznie gorzej, bo oznaczać to może, że ludziom władzy, którzy nie lubią premiera, nie podoba się również formuła mediów na prawicy. I mogą oni zechcieć coś zmienić, coś zdynamizować. Żeby na przykład Semka pisał o winie i robił wywiady, a Mazurek o jedzeniu. Wszystko jest możliwe, a jak się trafi jakiś wyjątkowy łobuz, gotów ich obydwóch na reportaż do tego Gorzowa wysłać. I co wtedy?

Nas jednak bardziej interesuje co będzie jak Marysia okaże się „prawdziwkiem”. Toyah twierdzi, że już się tak okazało, a to co oni robią w tych „naszych” mediach jest żywym dowodem jej autentyczności. Być może. Bo oni po prostu z tej dziewczyny szydzą. Im głupszy redaktor tym szydzi bardziej, dwa pierwsze miejsca obstawiają rzecz oczywista Warzecha z Adamskim. Reszta – tak sądzę – też da głos w tej sprawie.

Kochani jako były pracownik prasy kobiecej i ezoterycznej pragnę oświadczyć, że praca w mediach nie wygląda w ten sposób. Żaden z tych opiniotwórców nie utrzymałby się nawet przez tydzień w tygodniku „Gwiazdy mówią”, bo zostałby stamtąd wyrzucony za idiotyzm. Tygodnik ten bowiem mimo wszystkich swoich ograniczeń miał jeden wyraźny cel – zainteresować czytelnika publikowanymi treściami. To jest wymaganie podstawowe jakie stawia się człowiekowi piszącemu. I tego wymagania nie spełniają w sposób uporczywy dziennikarze „W sieci” ani dziennikarze „Do rzeczy”. Być może spełniają oni jakieś inne wymagania, stawiane im przez kogoś innego, ale tych akurat nie spełniają. I nigdy nie spełnią. Szkoda, że nie możemy ich za to rozliczyć. No, ale takie są te wolne media wywalczone dla nas dawno temu przez Adama Michnika.

 

Zapraszam wszystkich na stronę www.coryllus.pl,. Do sklepu FOTO MAG przy stacji metra Stokłosy, do księgarni Tarabuk przy Browarnej 6, do księgarni Przy Agorze mieszczącej się przy ulicy o tej samej nazwie pod numerem 11A, do księgarni Latarnik w Częstochowie przy Łódzkiej 8 w Częstochowie i do księgarni Radia Wnet przy Koszykowej 8 w Warszawie. W piątek 6 czerwca zaś zapraszam na kiermasz książek IPN, który odbędzie się w budynku gdzie dawniej mieściła się restauracja Cristal-Budapest, przy Marszałkowskiej 22 w Warszawie.   

coryllus
O mnie coryllus

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (25)

Inne tematy w dziale Polityka