Życie pełne jest niespodzianek i sytuacji zaskakujących, które mogą wywoływać konsternację. Często jednak jest tak, że to co powinno nas dziwić i oburzać traktujemy obojętnie lub z lekceważeniem. Czynimy tak powodowani obojętnością, ale czasem także strachem. W Krakowie, spotkałem się z dwoma takimi sytuacjami, a jedną, która przypomniała mi się z dawnych czasów, omawialiśmy, przy stoliku przed spotkaniem. Zacznę od niej.
Oto w czasach kiedy większość z nas była dziećmi telewizja polska była jednym gigantycznym kuriozum, instytucją, która pomiędzy kolejnymi wydaniami dziennika telewizyjnego emitowała wszystko co mogła, byle nie urażało to uczuć religijnych komunistów. Ramówka była zapychana rzeczami absurdalnymi i komicznymi, a czymś takim jak pora emisji nikt sobie nie zaprzątał głowy. Kiedyś puścili w niedzielne, wczesne popołudnie, jakiś węgierski spektakl, gdzie normalnie był striptiz. Nie to jednak zapadło mi w pamięć najbardziej. Pewnej soboty, przed południem kiedy mój tata od rana zajmował się tak zwanym „rozbieraniem połówki” czyli produkcją wędlin z połowy świniaka, kupionego na wsi, telewizja polska wyemitowała film Louisa Bunuela pod tytułem „Pies andaluzyjski”. I ja ten film, jako małe dziecko oglądałem. Ojciec zabronił mi wchodzić do kuchni, w której robił kiełbasę, siedziałem więc zamknięty w pokoju i gapiłem się na te wszystkie kurioza. Widziałem jak przecinają oko brzytwą i jak pod skalnej drodze spaceruje kary koń na dwóch nogach, a wszystko to podczas gdy z tyłu, za drzwiami tata mój „rozbierał połówkę”.
Wczoraj w nocy zaś, leżałem w hotelowym łóżku i gapiłem się w telewizor. Nie mogę spać w obcych łóżkach i tylko tak leżę całymi nocami. Całe szczęście w hotelach jest telewizor, pstrykałem więc pilotem i bawiłem się nieźle. Tak naprawdę oglądałem jeden tylko film, nazywał się „Free games”, albo jakoś podobnie. Bloki reklamowe przerywające projekcję były tak długie, że mogłem pstrykać i oglądać bez żadnych kolizji i ubytków treści. No, może bez prawie żadnych. Film ten był jednym z wielu amerykańskich i brytyjskich filmów opowiadających o rodzinie, która znalazła się w mocy zbrodniczych szaleńców. Coś jak „Zagubiona autostrada” tylko bez autostrady. Tym razem był dom nad jeziorem, kobieta, mężczyzna, dziecko i zwierzęta. Wszyscy oni znaleźli się nagle w mocy dwóch oszalałych psychopatów, którzy wyglądali jak absolwenci najlepszych angielskich szkół. Białe sweterki, spodenki, tenisówki, nienaganne maniery. Reżyser i scenarzysta zaplanował sobie wszystko tak, żeby napięcie rosło i co bardziej wrażliwych widzów przyprawiało o obłęd. Zaczyna się od tego, że ci dwaj przychodzą do posiadłości głównych bohaterów, żeby w czymś pomóc, nie pamiętam w czym, bo przerzuciłem akurat na mecz. Przychodzą więc, robią jak najlepsze wrażenie i wdają się w różne pogawędki, które zamieniają się powoli w życzenia i prośby, te zaś wkrótce stają się żądaniami. Potem zaś dwaj zbrodniczy szaleńcy wyglądający na chłopców z najlepszych domów, zaczynają się bawić ze schwytaną przez sobie rodziną w różne gry. Najpierw golf i kije pana domu, które posłużyły później do złamani mu nogi, potem ciepło-zimno i inne takie. Ten film jest naprawdę straszny, ale ja nie próbuję nawet oddać jego rzeczywistej atmosfery. Wszystko zaś zmierza do tego, by w możliwie najbardziej wyrafinowany sposób, pozbawić domowników, najpierw godności, potem nadziei, a na końcu życia. I to wszystko się dzieje przed naszymi oczami, na koniec zaś orientujemy się, że pan reżyser wcale nie zamierzał nas rozbawić, ani nawet przestraszyć, ale pozbawić nadziei właśnie. I wybrał w tym celu sposób dość przyznam wyrafinowany. Oto wariaci łamią nogę mężczyźnie, upokarzają kobietę, każąc jej się rozebrać, a na koniec, kiedy wszyscy myślą, że tymi ekscesami sprawa się zakończy zabijają dziecko. Rodzice mają nadzieję, że uda im się przeżyć i zaczynają się karmić nową nadzieją i myślą o zemście. Świry trochę przestraszone śmiercią chłopca gdzieś znikają, a kobieta wyrusza w poszukiwaniu pomocy. Prawie jej się udaje, ale kiedy po obejrzeniu kawałka meczu wróciłem do filmu świry znowu tam były i szykowały się do zamordowania mężczyzny. Oczywiście zrobili to dźgając go wcześniej kilka razy nożem gdzie popadnie. Reżyser był na tyle przytomny, że nie pokazał tego tylko dał nam posłuchać wycia tego pana. Na koniec zaś świry zabrały kobietę na łódź, posiadłość bowiem położona jest nad jeziorem i po jakiejś oderwanej od życia pogawędce wrzuciły ją do jeziora. Potem zaś przypłynęły do innej posiadłości, było ich bowiem nad tym jeziorem sporo. No i tak się ten film kończy.
Mnie zaś nurtują dwie kwestie. Po pierwsze: wszyscy pokazani w tym filmie ludzie, byli białymi anglo-saksońskimi protestantami. Czyli, w kategoriach czytelnych, ale ukrytych pod poprawnością polityczną, byli rasą wyższą. Za takich się uważali. No więc od razu nasuwa się pytanie: dlaczego rasa wyższa torturuje się takimi filmami? Bo do niej wszak są one kierowane? Myślę, że powód jest jeden: trzeba pielęgnować jakoś nienawiść do obcych i integrować rodzinę, której jednym oparciem jest własność i zwierzęta. Mamy tam bowiem wtargnięcie na teren prywatny, a ciepłe emocje ludzie żywią jedynie dla zwierząt. W sytuacji naprawdę beznadziejnej bohaterowie nie modlą się, ale próbują działać i to jest kolejna wskazówka dla rasy wyższej, wskazówka mówiąca co robić. Trzeba oczywiście działać, ale działanie kończy się klęską, królik zaplątuje się w sidła coraz bardziej, a pułapką – tak sugeruje autor filmu – jest wzajemna miłość tej rodziny. Scena kiedy sąsiedzi przypływają łódką i jest szansa na to, by zdemaskować świrów, bo jeszcze nic się nie stało, zabili tylko psa, mówi nam właśnie o tym. Kobieta zamiast wepchnąć tego gnoja do wody, bo on z nią stoi na pomoście, podczas gdy drugi ze strzelbą pilnuje syna i męża w domu, udaje że nic się nie dzieje i sąsiedzi wymieniwszy kilka uwag, odpływają. Fałszywie rozumiana troska o dobro rodziny – mówi reżyser – jest przyczyną waszych klęsk. Ja wiem, że to jest produkcja masowa i wiem, że w każdym takim filmie musi się znaleźć scena z sąsiadami, którzy chcą pomóc, ale strach jest silniejszy i nie można zdradzić im co się tak naprawdę dzieje. Wiem, to wszystko, ale rzadko oglądam filmy, jak się okazało słusznie i one wywołują we mnie takie właśnie refleksje. No, ale do rzeczy. Ponieważ wszystkie absolutnie produkcje kina anglosaskiego mają funkcję edukacyjną, ma ją również i ten film. Czego on nas uczy? A raczej nie nas, bo my byśmy się w tak idiotyczny sposób nie zachowywali, tylko ich. Polka po prostu narobiłaby takiego wrzasku, że pół jeziora zaroiłoby się łódek, na których staliby faceci ze strzelbami, głos po wodzie niesie się przecież daleko. Facet nawet jakby miał złamaną nogę, a zabili by mu psa, nie mówię o dziecku, napierniczałby nogą od krzesła w tych świrów, ażby gwizdało i musieliby go niestety zabić naprawdę już na początku filmu. A dzieciak po prostu by uciekł. No, ale my nie jesteśmy rasą wyższą, tylko niższą, więc możemy sobie pogadać. No, ale po co są te filmy? Czego one ich uczą? Tego, że człowiek jest bezradny, że rasa panów, musi mieć kogoś, kto ich obroni, bo sami sobie nie poradzą. Ja nie wiem kto to ma być, ale wiem, że wiele się zmieniło w kinie anglosaskim od czasów kiedy John Wayne galopował po prerii winchesterem przy siodle. Do niego żaden świr nawet nie próbowałby się zbliżyć, a jeśli już to jedynie po to, by złożyć mu uszanowanie. A gdyby wyglądał jak absolwent najlepsze angielskiej szkoły nie próbowałby się doń zbliżyć w sposób szczególny, bo miałby 100 procent pewności, że John zastrzeli go za sam wygląd.
W filmie „Free games” rasa panów podejmuje grę z psychopatami, bo ma nadzieję, że ich pokona, a jeśli nie to wywoła w nich jakiś ludzki odruch. To się kończy klęską. Popatrzmy teraz czy my czasem nie mamy w pobliżu kogoś kto wygląda i zachowuje się jak absolwent najlepszej angielskiej szkoły, a w rzeczywistości jest zbrodniczym psychopatą. Oczywiście, że mamy kogoś takiego, to Radosław Sikorski, brudny, niebieski kołnierzyk, mały hitelerek z manią wielkości. On przez ostatnie 20 lat robił w konia ludzi, którzy uważali się za rasę wyższą, czyli polską klasę polityczną optującą za wartościami tradycyjnymi. I co? Czy ktoś wrzeszczał, wołał pomocy, albo alarmował sąsiadów? No, skąd, wszyscy liczyli, że uda się jakoś otorbić tę larwę i ona przestanie kąsać. No, ale się nie udało i teraz mamy z jednej strony grozę, a z drugiej kupę śmiechu, bo wielu ludziom wydaje się, że to tylko taki film, podobny do „Zagubionej autostrady” tyle, że bez autostrady. Czy ktoś z polityków wytłumaczył się przed nami z obecności w naszym życiu Radka Sikorskiego? Ja sobie tego nie mogę przypomnieć, a uważam, że takie wydarzenie jest bardzo potrzebne. O wiele bardziej niż opowieści Jarosława Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza o rządzie ekspertów, który należy powołać przed wyborami. Jak Kaczyński z Macierewiczem chcą powołać ten rząd ekspertów kiedy Tusk nie zamierza ustępować? Rozumiem, że w grę wchodzi kryterium uliczne, tyle razy ćwiczone w ostatnich latach? Nic innego nie przychodzi mi do głowy. No, ale kryterium uliczne zostało przez swoją powtarzalność i nieskuteczność pozbawione mocy już dwa lata temu. Można więc do woli łazić po ulicach tam i z powrotem, bez szans, że to coś zmieni. Czy Jarosław Kaczyński i Antoni Macierewicz liczą na ustąpienie Tuska? Tak jak ta biedna rodzina liczyła na to, że świry będą miały jakieś ludzkie odruchy? Jeśli tak, to bardzo przepraszam, ale oznacza to, że wszyscy są w zmowie. Nie widzę innego wyjścia. Jak można, mając za plecami Radka Sikorskiego i te jego sympatyczne oczy, tak uważnie zawsze wpatrzone w rozmówcę, opowiadać wyborcom o rządzie technicznym? Czy ktoś może mi to wyjaśnić? I kto miałby ten rząd tworzyć? Gliński, Bugaj i Zybertowicz? Może jeszcze jakiegoś psa dobrać do kompletu, jest szansa wtedy, że Tusk z Sikorskim zaczną realizować swoją misję od niego i będzie można zyskać na czasie.
To co mamy przed nosem, nie jest filmem i nie nosi tytułu „Free games”. My sami zaś nie jesteśmy rasą wyższą, przeciwnie, wszyscy uczestnicy przedstawienia starają się nam wmówić, że jesteśmy rasą niższą i zachowują się stosownie do tej konkluzji. W poczekalni zaś już czeka Kukiz z kolegami, który podpisał umowę opiewająca na wyprowadzenie rasy niższej na ulicę celem zmiany rządu. No więc my, w przeciwieństwie do tej osaczonej rodziny, musimy teraz podejmować jakieś prawdziwe decyzje. Na sąsiadów nie ma co liczyć, ale może chociaż spróbujmy wyrwać Zdradkowi kij golfowy? To taka propozycja na początek, a temu drugiemu, jakże mu tam...Tuskowi...zabierzmy pilot od telewizora. Będziemy się wtedy przynajmniej wyraźnie słyszeć.
Na tym kończę.
Pora na omówienie jeszcze jednej kuriozalnej sytuacji, z którą spotkałem się w Krakowie. Oto na widowni siedział sobie lekko podcięty pan z teczką, po spotkaniu podszedł do mnie i przedstawił się. Powiedział, że jest królem Polski, potomkiem Stanisława Leszczyńskiego, że nazywa się Kazimierz V i potrafi wykonywać różne sztuki, na przykład zmieniać lokalne warunki pogodowe. Przynosi również ludziom szczęście i kiedyś jak go milicjant zatrzymał, żeby mu wlepić mandat, to Kazimierz V, król Polski powiedział, żeby go poniechał, to będzie miał szczęście. I wyobraźcie sobie, że przy kolejnym spotkaniu naszego bohatera z milicjantem okazało się, że tamten przeżywa od czasu pierwszego spotkania jakąś nieprawdopodobną hossę. Podarowałem panu Kazimierzowi jeden egzemplarz „Szkoły Nawigatorów”, bo wyraźnie było mu szkoda pieniędzy na zakup, a odchodzić nie zamierzał, gadał tylko i gadał. Musiałem więc jakoś tę sytuację rozwiązać. Udało się. No, ale popatrzcie teraz sami, jakie to szczęście, że po naszej stronie są tacy ludzie, nie dość, że przynoszą szczęście, to jeszcze potrafią zmieniać pogodę, nie w skali kraju co prawda, a tylko lokalnie, ale to i tak dużo. A oni kogo mają? Tylko tych świetnie wyglądających absolwentów najlepszych angielskich szkół. A nasi co...? Z rządem technicznym wyskakują....?Nie dajmy się nabrać na ten rząd techniczny...bo wtedy koniec...już lepiej, żeby pana Kazimierza do Sejmu wybrali....zmieni lokalne warunki pogodowe i po herbacie.
Zapraszam na stronę www.coryllus.pl



Komentarze
Pokaż komentarze (39)