Wpadł mi w ręce numer periodyku pod tytułem „Duży format”. To jest dodatek do gazowni, który swego czasu robiony był tak, jakby miał zamiar konkurować z wydawnictwami amerykańskimi o nagrodę Pulitzera, czy jakiegoś innego oszusta. Teraz zaś został dożywotnio oddany w pacht Mariuszowi Szczygłowi i nie ma tam już prawie nic ciekawego. Prawie, bo interesujące jest tam to, jak osobowość prowadzącego rzutuje na układ treści. Szczygieł ma wyraźne zacięcie dydaktyczne i lubi naśladować tak zwanych najlepszych. Im bardziej się starzeje tym więcej z nim zachowań znany nam z obserwacji nauczycielek w naszych dawnych podstawówkach. W tym numerze, który mam, podwładni Szczygła uczą patriotyzmu. Zebrali jakąś gromadę młodych ludzi, których dziadkowie brali udział w Powstaniu Warszawskim i teraz opowiadają gazowni, co trzeba robić, żeby być prawdziwym Polakiem. Z grubsza chodzi o to, by się wykazywać odwagą, hartem i odpowiedzialnością. Ja jestem szczególnie wyczulony na tego rodzaju propagandę więc zacząłem się rozglądać za jakąś inspiracją, która mogłaby być siłą sprawczą dla tego rodzaju propagandy. Patrzę, a tu obok leżą „Wysokie obcasy”. Zaglądam do środka, a tam wielki materiał o Irenie Jurgielewiczowej i jej książce pod tytułem „Ten obcy”, nagrodzonej licznymi nagrodami. - Jesteśmy w domu – myślę sobie – tu Jurgielewiczowa i obcy, a tam wnuki powstańców gotowe do różnych poświęceń na gwizdek. W dodatku wśród tych wnuków zaznacza się taka sympatyczna gradacja poglądów, jeden jest zwolennikiem Korwina, inny zdaje się Gowina, a jakaś pani po prostu kocha babcię. I wszyscy chcą dobra Polski i szanują poglądy innych. Ktoś tam się nawet rzucił do rzeki, żeby ratować swoją narzeczoną i czuje się dziś z tego powodu fantastycznie.
Prócz wnuków Powstańców mamy w tym numerze także seryjnego mordercę, Adama Webera z Gliwic, wypuszczonego z więzienia przed terminem za dobre sprawowanie. To nie jest wcale dziwne, bo tak się robi w gazetach, trochę do śmiechu, trochę do płaczu, na końcu zbrodniarz, albo szlachetna striptizerka, która traktuje swój zawód bardzo serio, jako powołanie. Zastanawiające jest to, że XIX wieczna jeszcze konwencja „robienia” gazet, utrwalona w XX wieku przez różnych latających reporterów nie uległa zmianie. Skąd ja to wiem? Czytałem tyle tekstów o seryjnych mordercach, że mógłbym o tym napisać psychologizującą powieść, o seryjnych mordercach piszą nie tylko gazety, ale zajmują się nimi także autorzy uważani za poważnych, do tego publicyści i lekarze, wszyscy mają coś do powiedzenia na temat seryjnego mordercy i uważają, że ich spostrzeżenia są odkrywcze. Tymczasem jeśli zaczniemy zagłębiać się w tematykę okaże się, że sprawa jest boleśnie prosta i wszystko co tam jest napisane to jeden i ten sam schemat wzbogacany czasem trochę bardziej drastycznymi szczegółami. Podstawowa aktywność seryjnych dotyczy kamuflażu, to jest tam najważniejsze. Za każdym razem kiedy ktoś opisuje seryjnego nie może się nadziwić jak to jest, że oni tak dobrze udają. No i cóż tu rzec – dobrze udają, bo mają poważne plany i zainteresowania. Warto może zastanowić się produktem jakich mechanizmów są seryjni, ale tego nikt nie porusza. Oczywiście, od czasu do czasu jakiś Szczygieł czy ktoś podobny próbuje udowodnić, że seryjni to produkt wypuszczany przez tradycyjne katolickie rodziny. Tyle, że to jest teza nie do utrzymania. Pozostaje więc powtarzanie tych wszystkich ogranych już numerów z seryjnymi, którzy przysłuchują się ze zrozumieniem swoim przyszłym ofiarom i proponują im pomoc w różnych sprawach.
W tym miejscu pojawia się oczywiście pokusa, by stwierdzić, że seryjny to produkt systemu, służący do dyscyplinowania tego co Szczygieł i jego podwładni uważają za ciemną masę. Tych wszystkich ludzi, którym oni okazują fałszywe współczucie i którym próbują narzucać wzorce. Tyle, że to nie jest prawda, to jest furtka, którą seryjni uciekają na przedterminowe zwolnienia i znajdują zrozumienie u ludzi. Okazuje się bowiem, że seryjny też jest narzędziem systemu i jego ofiarą. Tymczasem jedyną obroną przed taką postawą, jak chęć mordowania bliźnich nie jest psychologia, ale religia. Kiedy stwierdzimy, że seryjny jest wysłannikiem Złego i ogłosimy to publicznie, wszyscy seryjni z wyjątkiem najcięższych psychopatów natychmiast zostaną postawieni do pionu, bo zorientują się, że żartów nie ma. Nie jest bowiem prawdą, że seryjny nie wie co czyni. On doskonale wie, ale ma przy tym duży margines swobody, bo bez pudła rozpoznaje deficyty ofiar, zbiorowe deficyty społeczne i deficyty systemu prawnego.
No, ale tego gazownia nigdy nie zrobi. Nie napisze, że Adam Weber działa z inspiracji szatana. To jest jasne, a jeśli ktoś ma wątpliwości powinien przeczytać zamieszczony w tym samym numerze Wysokich obcasów, gdzie jest Jurgielewiczowa, tekst o facecie ze Szczecina, który chciał pomagać ludziom na całym świecie. Najpierw jeździł ze swoim małoletnim synem autostopem po Azji, a potem znalazł się w Syrii. Tam został razem z tym dzieckiem – wtedy 12 letnim – aresztowany. Nadludzkim wysiłkiem woli zdobył telefon komórkowy i zadzwonił do swojego kolegi w Szczecinie, a potem niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki reżim Asada wypuścił ich na wolność. No i on teraz jeździ do tej Syrii z lekarstwami i namawia ludzi do tego, by zamiast budować pomniki Powstańcom Warszawskim przeznaczyć te pieniądze na lekarstwa dla ofiar bombardowań w Syrii. Wtedy dopiero będziemy prawdziwymi Polakami, bo w ten sposób okażemy współczucie potrzebującym. Człowiek ten, który ma na imię Roman, a przedstawiony jest jako Romek, buduje zaufanie czytelnika dokładnie tak jak to czyni seryjny morderca Adam Weber z tekstu w Dużym Formacie. Opowiada, jak jeździł z tym swoim synem po Azji i rozdawał mongolskim dzieciom pluszowe misie, a one odwzajemniały ten gest ciepłem spojrzenia, opowiada jak jadł wraz z tym synem ziemniaki z buddyjskimi mnichami, z jednej miski oczywiście, i jak jeden z tych mnichów odjął sobie od ust ziemniak i oddał go temu dziecku. To jest standardowe wystąpienie seryjnego, który próbuje uśpić czujność ofiary i możemy się o tym łatwo przekonać trzymając w jednej ręce Wysokie obcasy z Romkiem, a w drugiej Duży format z Adamem.
Romek ani słowem nie wspomina o tym skąd wziął w Mongolii ciężarówkę pluszowych misiów, kim jest jego kolega, który w ciągu 6 dni wyciągnął go z jednego z najcięższych więzień na świecie i od jakiego koncernu farmaceutycznego będzie kupował leki wyżebrane u prawdziwych Polaków, którzy poświęcają się dla innych. O tym, żeby powiedzieć słowo prawdy na swój temat także nie może być mowy. Romek przedstawia siebie jako romantyka, marzyciela, trochę gamonia, który nie radzi sobie z życiem i dlatego ciągle poszukuje nowych sposobów na jego zagospodarowanie, szczególnie interesuje go zaś pomaganie innym. Z więzienia nie zwolnili go co prawda za dobre sprawowanie jak wampira z Gliwic, ale wskutek interwencji kolegi, no ale też nie ma się czemu dziwić, on przecież nikogo nie zabił, a jedynie wypytywał ludzi o różne szczegóły ich życia.
W tym samym numerze Dużego formatu dyskutowany jest temat likwidacji transportu konnego turystów do Morskiego Oka. Wypowiada się jakiś świr z organizacji o nazwie „Pracownia na rzecz wszystkich istot”, jakiś przewodnik tatrzański no i Andrzej Gąsienica Makowski, starosta tatrzański. Świr z pracowni lamentuje, że zwierzęta cierpią i łamią sobie nogi. Starosta mówi, że ludzie też łamią sobie tam nogi, ale tego nikt nie nagłaśnia. Przewodnik mówi, że trzeba te wozy z końmi zlikwidować, bo do Morskiego Oka należy chodzić pieszo. Z przewodnikiem rzecz jasna, ale tego już nie dodaje. Nie wiem dlaczego świr z pracowni nie protestuje przeciwko rzeźniom dla świń, bydła i koni, miałby większą zasługę, może jest w zmowie z przewodnikami tatrzańskimi?
Najlepszy jednak popis daje w tej gazecie Krzysztof Varga. Opisuje on – rozumiem, że fikcyjny – odcinek serialu „Impersonalni”, w którym główni bohaterowie – amerykańscy agenci – zmagają się z mafią pruszkowską, która ma wytatuowane na piersiach wielkie, białe orły. To są seryjni mordercy i patrioci w jednym. I to jest właśnie wisienka na torcie, Varga zaś wciela się w rolę demaskatorskiego reportera, który odkrywa, że Kuba Rozpruwacz to wcale nie żaden bandyta z przedmieścia, ale szanowany psycholog, który wskutek powikłań pourazowych musi mordować kobiety, wciąż od nowa....
Zapraszam na stronę www.coryllus.pl gdzie trwa wielka sierpniowa promocja Baśni jak niedźwiedź – dwa tomy w cenie jednego, a do tego od wczoraj sprzedajemy tam monografię miejsca niezwykłego, miasteczka Jaśliska w Beskidzie Niskim, gdzie w roku 1619 Lisowczycy zorganizowali koło generalne i przyjęli statuty swojej organizacji. Dziś zaś umieszczam tam nowy komiks Jakuba Kijuca, autora serii albumów o Janie Hardym. Są to, zebrane w całość, rysunki i historyjki zamieszczane przez autora w Warszawskiej Gazecie. Zapraszam. Www.coryllus.pl



Komentarze
Pokaż komentarze (52)