399 obserwujących
2903 notki
12303k odsłony
  7829   0

Czy Cenckiewicz i Woyciechowski dostaną nagrodę Nike?

 Obejrzałem sobie wczoraj nagranie z Klubu Ronina, to w którym pan Woyciechowski opowiada z jaką empatią i ciepłem potraktowali profesora Kieżuna, a on w zamian za to zaczął wymachiwać pistoletem. I wyobraźcie sobie, że wcale przy tym nie było córki jak twierdził. Był sam i o mało nie zabił Woyciechowskiego, ale mu magazynek wypadł. W czasie tego spotkania wystąpił również człowiek nazwiskiem Roch Baranowski. Wcielono go, bo jakoś mi się nie chce wierzyć, że on to zrobił samodzielnie, w rolę polemisty z wymienionymi panami. Kiedy skończył, Sławomir Cenckiewicz, powiedział mu, że mógłby polemikę z nim zakończyć z wyżyn swojego autorytetu, tak jak kiedyś czynił to profesor Geremek, ale nie zrobi tego. Po czym rzecz jasna to zrobił. Ja również mógłbym już dać sobie spokój z Kieżunem i jego lustratorami, bo cóż mnie w końcu obchodzi, że Wojciechowski w miarę jak wspina się po szczeblach kariery zmienia sobie nazwisko na Woyciechowski, cóż mnie obchodzi, że mówi „gówny temat”, zamiast „główny temat”, albo że nie może się zdecydować, czy Cenckiewicz jest dla niego Sławkiem, profesorem Cenckiewiczem, czy nie wymienionym z nazwiska doktorem habilitowanym? No, nic mnie to nie obchodzi i postaram się nie napisać dziś o tym ani słowa. Będę się tylko zastanawiał, czy Wojciechowski, pardon, Woyciechowski i Sławomir Cenckiewicz, mogliby w dzisiejszych okolicznościach dostać nagrodę Nike.

Zacznijmy od merytorycznej zawartości ich wypowiedzi. Dwie rzeczy zwróciły moją szczególną uwagę. Pierwsza to nazwanie przez Woyciechowskiego tygodnika „W sieci” konkurencyjnym pismem. Druga zaś to wspomnienie przez Sławomira Cenckiewicza, że o agenturalnej działalności Witolda Kieżuna dowiedział się od zaprzyjaźnionego dziennikarza z tegoż tygodnika. Nie wymienił go jednak z nazwiska, a szkoda. Nikt z sali zaś o to nie zapytał, wszyscy bowiem byli skupieni na tak zwanych sprawach merytorycznych. Ja się trochę dziwię Sławomirowi Cenckiewiczowi, bo mógł przecież o Kieżuna zapytać swojego kolegę Piotra Gontarczyka, który o wszystkim wiedział od dawna i wyjawił to przed kilkoma dniami. No więc mamy dwóch sławnym autorów: Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka. Jeden z nich jest lepiej poinformowany, a drugi gorzej. I tu spotyka nas pewne zaskoczenie, bo kiedy obserwujemy ich w tak zwanej publicystycznej codzienności, nigdy by nam do głowy nie przyszło, że to akurat Gontarczyk wie lepiej niż Cenckiewicz, a ten drugi, żeby wnieść coś nowego do kwestii lustracji musi się wspierać na zaprzyjaźnionych dziennikarzach z gazety Karnowskich. No, ale pozory mylą. Może to Gontraczyk jest tą lepszą, a Sławomir Cenckiewicz tą słabszą częścią tandemu.

Woyciechowski zaś twierdzi, że dokumenty na Kieżuna były dostępne powszechnie, ale on się o nich dowiedział dopiero jesienią zeszłego roku. No, jak to? Jeśli do dawna wiedział Gontarczyk, jeśli wiedział Jan Żaryn, jeśli dokumenty były dostępne, to jak Woyciechowski i Sławomir Cenckiewicz mogli dowiedzieć się o tym jako jedni z ostatnich? Przecież Cenckiewicz to autor książki „Długie ramię Moskwy”, a Woyciechowski to członek zespołu Antoniego Macierewicza. Jak to możliwe, że oni dowiedzieli się ostatni? I jeszcze do tego od razu postanowili wiedzę swoją przekuć w czyn i opublikować materiał o agenturalności Kieżuna.

Przez cały czas trwania tego spotkania, Sławomir Cenckiewicz przestrzega widzów przed podnoszeniem argumentów emocjonalnych. Mówi to już po tym, jak Woyciechowski wygłosił swoją tyradę i empatii i współczuciu, które towarzyszyło im obydwu kiedy siedzieli długie godziny i rozmawiali z Kieżunem o jego agenturalnej przeszłości. Tej empatii Sławomir Cenckiewicz nie zalicza jakoś do argumentów emocjonalnych, które wytropił w tekście Rocha Baranowskiego.

Najbardziej jednak ucieszyła mnie wypowiedź Cezarego Gmyza, który – przytaczam jego słowa – do 14 lat siedzi w teczkach IPN. Powiedział on, że gdyby nie opublikowano tych materiałów teraz to, w czasie przyszłorocznych wyborów mogłoby się zdarzyć, że opublikowałby je Newsweek i wtedy dopiero byłaby afera, bo w dokumentach są adnotacje dotyczące osób, które je wcześniej przeglądały. - Wiedzieliście – argumentował Gmyz – a nie powiedzieliście – tak by napisali w Newsweeku. Dlaczego ja się z taką radością do tej wypowiedzi odniosłem? Oto kilka dni temu nasz kolega Ironiczny Anglosas napisał notkę pod tytułem „Kto mi wcisnął Kieżuna”. No więc drogi Grzegorzu, masz już odpowiedź. Udzielił Ci jej Gmyz Cezary, który od 14 lat siedzi w teczkach IPN. Kieżuna wcisnęli Ci ludzie, którzy dziś go zdemaskowali. A zdemaskowali go, bo się przestraszyli, że ktoś w nieodpowiednim momencie zrobi to za nich. Postawiłbym tu jeszcze jedną, śmiałą hipotezę, wcale nie emocjonalną. Skoro Sławomir Cenckiewicz dowiedział się o papierach Kieżuna od kogoś z „W sieci”, to znaczy, że wszyscy mieli pewność, że sprawa Kieżuna wypłynie przy okazji wyborów, ale Karnowscy zdecydowali po prostu, że nie będzie to miało znaczenia. Być może uczynili tak, bo mają lepszą sprzedaż niż „Do rzeczy”, a być może z jakichś innych powodów. Wydawca Lisickiego zaś, zasłaniając się Woyciechowskim, Cenckiewiczem, prawdą i empatią zdecydował się na publikację. Bo rozumiem, że odbyło się to za zgodą wydawcy, a nie wbrew niemu czy wręcz przy jego sprzeciwie, albo pod jego nieobecność.

Lubię to! Skomentuj88 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale